Showing posts with label pop. Show all posts
Showing posts with label pop. Show all posts

Monday, July 12, 2021

3 razy retro, odc. 9 (tak jakby specjalny)


Lata lecą, blog usycha od popytu na teksty anglojęzyczne, a ja się zastanawiam, czy nie stworzyć nowej rubryki pod nazwą "Dwa na jednego". Ostatecznie zrezygnowałem, ale i tak będzie się tu sporo w lipcu działo.

Saturday, December 12, 2020

3 z 1: Johnny Hates Jazz


Kontynuujemy temat zespołów, których "słuchało się, bo nie było jeszcze boysbandów", chociaż właściwie były (New Edition, a także słusznie zapomniane Big Fun i Brother Beyond).

Friday, December 11, 2020

Monografia: Living in a Box


Głową muru nie przebijesz - czas zakończyć bojkot Blogspotu związany z jego niezdarnym redesignem. W lipcu obiecywałem kontynuację Muzycznej Autobiografii, ale problem polega na tym, że o mojej relacji z muzyką mógłbym napisać nie tylko post, ale powieść, więc selekcja materiału trochę potrwa.

Monday, January 14, 2019

3 razy retro (cz. 4)


Już na pewno kiedyś to napisałem na tym blogu: jak ująłby to Sławomir Mrożek, zdarza mi się hodować trzy tysiące królików zamiast słonia. Mówiąc prościej: zamiast zapowiadanego wpisu o najlepszych albumach 2018, dostaniecie dziś coś innego, wydawałoby się o wiele mniej istotnego, ale przy okazji podzielę się kilkoma obserwacjami muzycznymi ogólniejszej natury.

Wednesday, November 21, 2018

Muzyczna autobiografia, odc. 3


Wątpiłem już, czy ten cykl kiedykolwiek powróci, jednak konieczność napisania kilku słów na temat historii drużyny piłki nożnej plażowej prowadzonej przez tatę obudziła we mnie wspomnienia. Poza tym - wznawianie bloga po tak długiej przerwie kolejnymi tłumaczeniami piosenek byłoby pójściem na łatwiznę :)

Friday, March 2, 2018

Friday, January 19, 2018

Tygodnik nr 3/2018


Utwór tygodnia

Najnowsza piosenka The Wombats Cheetah Tongue nie wywarła na mnie większego wrażenia, za to wciąż chętnie słucham poprzedniego promo tracka Turn. Porównałem go w rankingu ulubionych singli 2017 do Jump Into the Fog, chociaż chyba lepszym punktem odniesienia było My Body Is a Weapon.

Thursday, January 11, 2018

Tygodnik nr 2/2018


Wiadomo, na co tak naprawdę czekacie - na post z rankingiem moich ulubionych singli 2017 r. Ciekawi mogą sprawdzić wyniki na Twitterze i Facebooku. Tyle nagłówkowałem się nad kolejnością, że muszę na jakiś czas odpocząć o tematu. Wciąż zastanawiam się nad trafnym oddaniem moich opinii w słowach, więc ten tygodnik będzie wyjątkowo krótki.

Saturday, January 6, 2018

Meen Streets - Playboys of the Western World


This blog used to specialize in euphoric, vaguely retro electropop, but acts that revel in such sounds don't surprise me positively so often anymore. Many budding electronic artists seem to be entirely engulfed with gimmicky bloops those days - sometimes entirely forgetting to write, ahem, good songs. But these are still some ways to stand above the crowd. What about...meaningful lyrics maybe?

Wednesday, January 3, 2018

Tygodnik nr 1/2018



Piosenka tygodnia

Witajcie w Nowym Roku! Proponowany przeze mnie dziś utwór jest wyjątkowo krótki, jak na tę rubrykę, więc opis też będzie krótki.

Thursday, May 17, 2012

Playlista: moje wspomnienia eurowizyjne

O fenomenie Eurowizji świadczy fakt, że mimo, że ten organizowany w tym roku po raz 57 konkurs, który w przyszłym tygodniu odbędzie się w Baku, nie będzie transmitowany przez TVP, zdążyłem już tyle razy słyszeć o Buranowskich Babuszkach i o tym, że Euphoria Loreen to niezła piosenka, że nie mam ochoty słyszeć tego ponownie (tym bardziej, że to drugie moim zdaniem nie jest prawdą :P) Mój stosunek do tego całego przedsięwzięcia na przestrzeni lat mocno ewoluował. Na początku interesowały mnie wyłącznie występy Polski - naszą pierwszą reprezentantką, której świadomie kibicowałem była Anna Maria Jopek. Do dziś uważam, że jechała w 1997 r. do Dublina z naprawdę dobrą piosenką. Dobrze pamiętam krajowe eliminacje w 2003 r. - mój głos pofrunął na konto Goyi, który to zespół nadal bardzo lubię i jego piosenki na pewno będą gościć na antenie Radia Iwelynne. Preselekcje pomogły wtedy wylansować przeboje Wilkom i Blue Cafe, a jak pamiętamy zwycięzcy wewnętrznej rywalizacji - Ich Troje zapewnili nam ostatecznie najlepszy rezultat w konkursie od niezapomnianych czasów Edyty Górniak.

Nie chcę wdawać się w szczegółowe dywagacje, dlaczego moim zdaniem tych sukcesów nie było więcej i ogólnie dlaczego wygrywają ci, którzy wygrywają. Musiałbym wdać się w dłuższe dywagacje, w których na pewno pojawiłyby się takie zwroty, jak "prawosławie", "diaspora grecka", "emigranci z Turcji", "ropa naftowa", "gaz ziemny", a gdybym się mocno rozpędził może nawet "wanad" i "molibden". W każdym razie wydaje mi się, że nieprzypadkowo ostatnie dwie edycje wygrały akurat Niemcy i Azerbejdżan. Jeszcze bardziej utwierdziłbym się w tym przekonaniu, gdyby wrzawa wokół Babuszek okazała się samospełniającą przepowiednią i to im przypadły w udziale laury. A propos: pamiętacie, jak któraś z Tatuszek powiedziała o swojej rywalce z Niemiec, że "Rosjanie bardzo troszczą się o starych ludzi, ale nie wysyłają ich na Eurowizję"? Jak mawiał (rosyjski) klasyk: "I byłoby to wszystko śmieszne, gdyby nie było takie smutne".

W tym wpisie chciałby się skupić na festiwalach z ostatnich 10 lat, kiedy wraz z koleżankami i kolegami z forum.80s.pl starałem się wyłuskiwać co ciekawsze występy. O dziwo, trochę się ich uzbierało! W każdym finale pojawiało się 1-2 desperatów, którzy próbowali zainteresować publicznością muzyką akustyczną, rockową, a nawet alternatywną. Najczęściej bez większego powodzenia, ale przynajmniej zasłużyli sobie na moją wdzięczną pamięć. Tym bardziej cieszę się, że byli wśród nich reprezentanci bliskich mi krajów bałtyckich.



Odechciewa się wierzyć w jakąkolwiek odmianę sprawiedliwości na myśl, że Lovebugs z bezwstydnie przebojowym The Heighest Hights zajęli w 2009 r. dopiero 14 miejsce w półfinale(!). Nieco tłumaczy ich fakt, że pochodzą ze Szwajcarii. Nieźle wyszła im też ballada Shine.



O popularnej także w Polsce łotewskiej kapeli Brainstorm po raz pierwszy świat usłyszał w 2000 r. Mimika Reynarda wydawała mi się wtedy dziwna, ale piosenka od razu wpadła mi w ucho :)



Bośnia i Hercegowina raczej nie kojarzy się z alternatywnymi brzmieniami, ale w 2008 r. postanowiono tam dać szansę Elvirowi Lakoviciowi znanemu pod pseudonimem Laka. Rezultat był wręcz magiczny.



The Ark to zespół o ustalonej renomie w Szwecji. W 2007 r. wnieśli do święta muzyki, którego gospodarzem była wtedy Finlandia, elementy zaczerpnięte z glam rocka lat 70.



Inna wesoła ekipa z tamtej edycji - Les Fatals Picards z Francji.


O ile wierzyć materiałom prasowym, LT United tworzyli szanowani litewscy muzycy, ale w 2006 r. postawili oni zdecydowani na performance :)


W Estonii - na styku Skandynawii i Słowiańszczyzny - żyją niesamowite kobiety i powstają niebanalne dźwięki...

Na pewno znalazłoby się jeszcze kilka ciekawych występów, pamiętam np. energetyczny show pop-punkowej kapeli z...Andory o groźnej nazwie Anonymous. A wam udało się wyłowić coś godnego uwagi? |
Czuję, że w komentarzach wspomnicie o Ewelinie Saszenko ;)

Friday, May 4, 2012

Playlista: Joey Tempest

 
Niestety z powodu problemów technicznych, które - mam nadzieję - jak najszybciej pokonam, ponieważ kładą się cieniem także na rozruchu Radia Iwelynne, ostatni post z "drugiego cyklu skandynawskiego" mocno się odwlekł. Ale chyba "lepiej późno niż wcale", ponieważ jego grupa docelowa pewnie dopiero otrząsnęła się z emocji, których dostarczył im koncert grupy Europe, który odbył się 1 maja we Wrocławiu w ramach kolejnej (udanej) próby pobicia rekordu Guinnessa pod względem największej liczby jednocześnie grających gitarzystów. Z zakulisowych informacji wiem, że jak to zwykle bywa we Wrocławiu piękne były nie tylko dźwięki, ale i widoki ;), aczkolwiek wielu melomanów skarżyło się na wybryki pewnej części (przypadkowej) publiczności i nonszalanckie (łagodnie mówiąc) zachowanie występującego razem z kolegami jako support Muńka Staszczyka. Według relacji fanów gwiazda wieczoru jednak tradycyjnie dopisała, zaskakując wykonaniem piosenek Girl From Lebanon i Little Wing bohatera tego gitarowego święta - Jimiego Hendrixa, a tych, którzy jeszcze go nie znali - także premierowego materiału ze świeżutkiej płyty Bag of Bones.

Może Was zawiodę, ale moje wrażenia po kilku pierwszych przesłuchania są bardzo podobne do wrażeń bywalców forum.80s.pl. Wyróżniają się "ballady z powerem" - Bring It All Home i tytułowa, Beautiful Disaster (niestety dostępna tylko w wersji japońskiej) oraz króciutkie instrumentalne Requiem - naprawdę trudno powiedzieć, dlaczego ten frapujący moment nie doczekał się rozwinięcia. Mimo, że na początku nie byłem przekonany do pierwszego singla Not Supposed to Sing the Blues, już na niego nie wybrzydzam. Jego tytuł jest dość ironiczny, ponieważ piosenki mają wybitnie bluesowy posmak - chwilami ma się wrażenie, że to Breakout lub Ray Charles :) Nie jestem fanem takich klimatów, ale i tak płyta wydaje mi się przystępniejsza od dwóch poprzedniczek.

Dzisiaj chciałem jednak zwrócić uwagę na co innego. Starsi melomani powinni jeszcze pamiętać o tym, że wokalista tej grupy Joey Tempest nagrał trzy solowe krążki: A Place to Call Home (1995), Azalea Place (1997 - nie mylić z Azealią Banks ;) i Joey Tempest (2002). Zaprezentował w nim bardziej popową muzykę niż w macierzystej kapeli (mówił o sobie w tym czasie "singer-songwriter") Swego czasu dwie z tych piosenek próbowały przebić się do trzydziestki Listy Przebojów Trójki, a dzisiaj chyba mało kto do nich wraca, a to naprawdę urokliwe, pełne ciepła kompozycje. Nie jest to zestawienie wszystkich jego singli - kierowałem się osobistymi sympatiami i rekomendacjami znajomych z forum.









Chyba za mocno wsłuchałem się swego czasu w Cherokee, bo jakoś trudno mi pojąć, że to nie piosenka o Indianach ;) Chyba.



Słuchając tej piosenki po raz pierwszy dowiedziałem się o Joeyu Tempeście, którego jeszcze nie kojarzyłem z Europe (ech, stare Radio Plus...) Wiele gwiazd emo popu zabiłoby za możliwość nagrania takiego kawałku i teledysku...



Joey jako członek projektu Mike'a Batta (twórca zespołu The Wombles w latach 70., menedżer Katie Melua, kompozytor Vanessy Mae, twórca kwartetu Bond, wydawca Carli Bruni, oficjalny kompozytor partii konserwatywnej) Philharmania wykonuje dawny przebój Bruce'a Springsteena z towarzyszeniem Royal Philharmonic Orchestra.



Joey w duecie ze śpiewaczką Anną Marie Kauffmann. Piosenka w pierwotnej wersji towarzyszyła niemieckim piłkarzom na Mundialu w 1998 r. (dotarli do ćwierćfinału). Szwedzi nie uczestniczyli w tej imprezie ;)



Jeszcze jeden duet - z wokalistą Patrikiem Isakssonem (ur. 1972, od 1999 r. nagrał 6 albumów, dwukrotnie występował w wyjątkowo popularnych w tym kraju preselekcjach eurowizyjnych, popularny też w Danii, gdzie w tym roku ubiegał się o bilet do Baku i był bliski jego wywalczenia) w utworze Pugha Rogefeldta z 1969 r. Bardzo udane uwspółcześnienie psychodelicznego klasyka. Na składance Osannolikt Svenskt (Niewiarygodnie Szwedzkie) z 2001 r. można też usłyszeć m.in. Robyn.

Następnym razem spróbuję łaskawszym okiem spojrzeć na Eurowizję ;)

Wednesday, April 25, 2012

Za co cenimy...a-ha i Mortena Harketa?


Każdy z nas na pewno czegoś w swoim życiu bardzo żałuje. Moim największym muzycznym wyrzutem sumienia jest absencja na koncercie A-Ha w Łodzi w listopadzie 2009 r., tym bardziej, że było tam wielu moich znajomych z forum i świetnie się bawili (co było dla mnie zrozumiałe samo przez się). Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi - zazwyczaj chodzi o pieniądze, o kobietę albo obydwie rzeczy na raz. Nie pamiętam, jak było w moim przypadku i nie chcę już do tego wracać. W każdym razie wyciągnąłem wnioski i ani nie odpuszczę New Order - kolejnej kapeli, która być może daje nam w tym roku ostatnią okazję posłuchać się na żywo (inna sprawa, że jak mówią specjaliści bez Hooky'ego to już nie to...), ani nie odpuszczę Norwegom, jeżeli jeszcze kiedyś pojawią się w Polsce. Wprawdzie oficjalnie była to ich pożegnalna trasa, ale przecież z show-businessem żegnali się i Scorpions, i Cher, i Tina Turner, a potem z realizacją tych deklaracji bywało różnie. A przecież wszystko to przedstawiciele jeszcze starszej generacji. Stali bywalcy wątku poświęconego tej grupie na forum.80s.pl (Gosia, obserwator, Sylvia i inni), który uważam, że najbardziej aktualne i najpełniejsze źródło wiedzy o A-Ha i solowych projektach członków tego tria w Polsce, chyba się już z tymi pogodzili, ale ja wierzę, że natura ciągnie wilka do lasu.

Pisanie o A-Ha przypomina nieco pisanie o Europe. Obydwa składy mimo poruszania się w zupełnie innej stylistyce należą do moich ulubionych i trudno byłoby mi ograniczyć się do wymienienia mojego Top 10 ich ulubionych numerów. Z drugiej strony mam świadomość, że dla coraz większej części populacji jest to gwiazda jednego przeboju (jak on się nazywał...Lesson One?) A jeszcze w okresie promocji albumu Lifelines w playliście Radia Zet były po 3-4 jego piosenki... Dlatego mimo, że nie próbuję iść w zawody ze wspomnianym forumowym wątkiem, uważam, że dzięki takim postom, jak ten, mój blog spełnia ważną rolę edukacyjną ;)


Analogii z Europe jest zresztą więcej - to dwie formacje ze Skandynawii składające się z przystojnych muzyków (ze szczególnym wskazaniem na wokalistę), które z tego powodu nie były traktowane tak poważnie, jak na to zasługują. Oczywiście trudno traktować poważnie zapewnienia gitarzysty Pala Wakhtaara, że jego zespół był "bardziej rock'n'rollowy niż Stonesi", jednak gdyby nie kilka chwytliwych syntezatorowych singli, prawdopodobnie Norwegów wspominalibyśmy dzisiaj nie jako gwiazdy lat 80., lecz...legendy indie. I też nie tylko wbrew pozorom ze względu na płyty wydane w XXI wieku, lecz również wcześniejsze dokonania.

Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć na naprawdę mnóstwo różnych sposobów:
1. Za pięciooktawowy głos wokalisty Mortena Harketa, o którym mówi się, że mógłby nim ciąć szkło :) "Powrotny" singiel Summer Moved On z 2000 r. zawiera najdłuższą nutę wyśpiewaną przez wokalistę w singlowym nagraniu notowanym na brytyjskiej liście przebojów (trwa 20,2 sekundy!). Nieszczęsne Take On Me to też doskonały materiał do wokalnych popisów.





1b) Za piękne kości policzkowe wokalisty :)


2. Za piosenki "w stylu a-ha", czyli podniosłe, dynamiczne, bardzo ejtisowe numery z nośnymi refrenami, w których Morten może w pełni ukazać swoje wysokie rejestry. Gdyby każda ich piosenka spełniająca te kryteria miała zostać singlem, mieliby ich dwa raz więcej. Załapałoby się m.in. The Swing of Things.





3. Za piękne ballady, z których co najmniej trzy zyskały status klasyków muzyki pop ostatniego ćwierćwiecza. Jedna nawet półwiecza, ponieważ jest coverem kompozycji The Everly Brothers z 1963 r. (Klip numer trzy znajdziecie w punkcie czwartym). 





4. Za nowatorskie teledyski. Bardziej od nich swoimi klipami w latach 80. namieszali chyba tylko Michael Jackson, Madonna i Duran Duran. Obsypane nagrodami MTV Take On Me było pierwszym tego typu obrazem wykonanym w technice rotoskopii (połączenie gry aktorskiej z animacją i komiksem). W 2002 r. wiele pochwał zebrało oparte na filmie dokumentalnym Mortena Skalleruda z 1991 r. wideo do Lifelines, którego pełna wersja przedstawiała w przyspieszonym tempie rok z życia wioski w północnej Norwegii.







5. Za "nordycki chłód i tajemniczość" :) Na albumie Memorial Beach z 1994 r. panowie wręcz przesadzili z budowaniem nastroju, ponieważ poza singlami Dark Is the Night (For All) (ale by ta piosenka szalała po amerykańskich koledżowych radiostacjach w wykonaniu trochę młodszego zespołu...) i może Angel in the Snow sprawia ona wrażenie zbioru niedopracowanych pomysłów. Lepiej pod tym względem prezentuje się np. wcześniejsze nagranie Living a Boy's Adventure Tales. Na ostatnich krążkach także można znaleźć kilka numerów, przy których czuje się na plecach oddech Buki... (Aby usłyszeć to drugie w Radiu Plus kilka razy zrezygnowałem z obiadu w licealnej stołówce :), bo miałem wrażenie, że najczęściej jest nadawane po godz. 19.00 :)





6. Za umiejętne wykorzystanie kobiecych wokali. To domena ostatnich albumów. Na singlu Velvet oraz w uroczym You'll Never Get Over Me można usłyszeć Amerykankę Lauren Savoy - żonę Pala, z którym tworzy zespół Savoy (to on jako pierwszy wykonywał Velvet), w Turn the Lights Down - uznaną norweską wokalistkę Annelie Drecker, którą być może kojarzycie z promowanej w ubiegłej dekadzie w Trójce formacji D-Sound.



7. Za rekord Guinnessa w kategorii "największa widownia na biletowanym koncercie", pobity na festiwalu Rock in Rio II stadionie Maracana w Rio de Janeiro w 1991 r. Na występ Norwegów pofatygowało się 198.000 fanów - więcej niż np. na Guns 'n' Roses. Szacun! (O ile pamiętam jeśli chodzi o występy niebiletowane rekord dzierży Rod Stewart i też został on pobity w Rio, tylko, że na Copacabanie).

8. Tak zupełnie prywatnie - za raczej niedocenianą, a pełną smaczków, płytę East of the Sun, West of the Moon z 1990 r. Moim osobistym faworytem jest utwór Rolling Thunder, który doskonale łączy "stare" syntezatorowe a-ha z "nowym" gitarowym. Ale warto też zwrócić uwage na Slender Frame, Waiting for Her czy Cold River.

9. Za to, że rzeczywiście kończą na szczycie, jak to anonsowało ich ostatnie tournee. Album Foot of the Mountain, mimo że promował go dość nijaki singiel, mógł się podobać fanom zespołu z lat największej świetności, Depeche Mode :), a mniemam, że również "nowego" a-ha.

10. Last but not least, za ciekawe projekty solowe. Klawiszowiec (ale też gitarzysta) Magne Furuholmen współpracował poza a-ha z muzykami Coldplay i Travis, a z Guyem Berrymanem z tej pierwszej ekipy, Jonasem Bjerre z Mew i producentem Martinem Terefe tworzy alternatywną supergrupę Apparatjik. Pal Waaktaar-Savoy (zmienił nazwisko po ślubie) tak jak wspomniałem nagrał wraz z żoną sześć albumów, a w 2011 r. zapoczątkował nowy projekt Weathervane. Czemu trudno się dziwić, największy solowy sukces z całej trójki odniósł wokalista. W tym miesiącu ukazał się jego piąty album wydany na własne konto pt. Out of My Hands. Zebrał bardzo ciekawe grono autorów (muzycy Pet Shop Boys, Kent, Dave Sneddon - pierwszy zwycięzca programu Fame Academy w Wielkiej Brytanii, idol nastolatek z lat 90. Espen Lind), ale rezultaty ich pracy spotkały się z dość mieszanymi recenzjami. Poprzednie indywidualne dokonania Harketa w porównaniu z muzyką a-ha brzmiały albo introspektywnie, albo staromodnie. Tym razem mamy właściwie przedłużenie ostatniego etapu historii macierzystej grupy - melodyjny pop, który równie dobrzy brzmi w radiu teraz, jak brzmiałby ćwierć wieku temu. Trochę brakuje mi na tej płycie urozmaicenia - do pewnego stopnia stanowi je przeróbka przeboju grupy Kent sprzed dekady. Jednak jak pokazują, wyniki sprzedaży fanom wokalisty w ojczyźnie, Niemczech i Europie Wschodniej taka sentymentalna podróż chyba wystarcza. Ale skoro można to robić w pojedynkę, czemu by nie w trzech?

Na koniec dodam jako ciekawostkę, że członkowie a-ha są też ludźmi utalentowanymi plastycznie, a Morten miał epizod aktorski, po którym została urocza piosenka :)

Friday, April 13, 2012

Donkeyboy i Miike Snow, czyli wszystko jest hybrydą?


Tak się składa, że ogromna większość premier płytowych, na które oczekiwałem w pierwszych miesiącach roku, ma jakiś związek ze Skandynawią. Zresztą nie tylko ja - niejeden by się chętnie odświeżył przy dźwiękach duetu Niki & the Dove, ale we większych dawkach będzie to możliwe dopiero w maju. Dlatego prawie dwa tygodnie temu ogłosiłem kwiecień Miesiącem Skandynawskim na Pop Goes the Blog, niestety kilka dni później dopadły mnie problemy techniczne, których do dzisiaj nie udało mi się do końca pokonać, dlatego publikacja pierwszego z czterech planowanych postów tak bardzo się opóźniła.

Część wykonawców, o których chcę napisać, to już stare wygi (w przypadku jednego z nich słowo "weteran" trochę mi nie pasuje), jednak chciałem zacząć od dwóch "gorących" nazw ostatnich lat. W tytule posta umieściłem nazwę biografii Linkin Park, którą mój licealny kolega Julian wypatrzył bodajże w efemerycznym miesięczniku "Muza" i uznał za przykład dekadencji współczesnego rocka :) Trudno, żeby nie przypomniało mi się to wydarzenie, kiedy pisałem o zespole nazwanym na pewnym rosyjskim forum "osłomalczik" :) oraz projekcie, który w swoim logo ma...rogatego zająca.

I. Donkeyboy, czyli życie w stereo
Pamiętacie jeszcze grupę Donkeyboy? W Polsce to właściwie zespół jednego przeboju - Ambitions, chociaż w niektórych stacjach radiowych (m.in. Zet, chyba też Złote Przeboje) można było usłyszeć (choć krótko) też drugi singiel z ich debiutanckiej płyty Caught in a Life - Sometimes. Nie da się tego porównać ze skalą sukcesu, jaki odnieśli w 2009 r. w rodzinnej Norwegii. Ambitions to drugi najpopularniejszy singiel w historii tego kraju oraz największy hit autorstwa rodzimego wykonawcy (większą popularność zdobyło tylko Love Hurts Nazareth), a także na razie jedyny numer 1 tej ekipy w Szwecji. Ambitions i Sometimes łącznie przebywały aż 21 tygodni na szczycie notowań. Był to pierwszy przypadek w ich historii, w którym dwa utwory jednego wykonawcy trafiły pod rząd na pierwsze miejsce listy. Sometimes wracało na prowadzenie dwa razy - pierwszym kawałkiem, który zdetronizował ten przebój był...Töntarna szwedzkiej grupy Kent (hahahaha). Ogółem z albumu "wykrojono" 6 (!) singli, z czego tylko ostatni - Stereolife nie załapał się do pierwszej dziesiątki norweskiej listy przebojów, ani w ogóle się w niej nie pojawił, po czym wnioskuję, że prawdopodobnie trafił jedynie do promocji radiowej.






Moim zdaniem był to sukces całkowicie zasłużony. Grupa zaprezentowała światu własny styl, trudny do jednoznacznego zaklasyfikowania, chociaż budzący wyraźne skojarzenia z klimatami retro. Syntezatory nadawały ich muzyce słodyczy, którą równoważyły teksty, w których często pojawiał się temat zagubienia i niepewności (sam tytuł płyty był wymowny). To już chyba skandynawska specyfika, że nawet mające zachęcać do nierezygnowania z marzeń Ambitions brzmi dość złowieszczo (szczególnie w połączeniu z pierwszą wersją teledysku). Na tyle złowieszczo, że np. Wielka Brytania musiała zadowolić się spłyconą wersją w wykonaniu jednego ze zwycięzców X Factora - Joe McElderry'ego. Może poza Promise Kept każdy z tych 10 utworów ma w sobie coś, co czyni ten krążek jednym z najlepszych w ostatnich latach w kategorii "wszechwag", a jeśli chodzi tylko o pop, może z nim konkurować chyba tylko debiut Gypsy & The Cat.

Kariera Donkeyboy bardzo przypomina losy innego zespołu, który zdobył w ostatnich latach uznanie ludzi mieniących się "koneserami dobrego popu" - duńskiego Alphabeat. Oni też zaczynali od utworów, które przynajmniej mi kojarzyły się z Grease, a na drugim albumie poszli całkowicie w muzykę taneczną - poza trzema singlami z bardzo miernym skutkiem. Formacja z Drammen powoływała się na inspiracje Tomem Pettym, Fleetwood Mac i Pet Shop Boys - na longplayu Silver Moon, który ukazał się 2 marca, słychać już tylko tych ostatnich. Właściwie jedynym wyjątkiem jest ballada All Up to You, która dziwnie przypomina inną ciekawą kompozycję - Your Ex-Lover Is Dead kanadyjskiej grupy Stars. Stylistyczna wolta to jednak nie wszystko - na płycie nie uświadczymy już oryginalnego, ekspresyjnego głosu Linnei Dale. Przyczyna jest chyba dość prozaiczna - zbliża się premiera debiutanckiego krążka wokalistki, która w 2007 r. zajęła siódme miejsce w norweskim Idolu (ciekawe, czy jej rywale byli rzeczywiście lepsi od ówczesnej siedemnastolatki...) Niestety zastępujące je panie Vivian Sørmeland (trzecie miejsce w Idolu 2006 - co ciekawe, wygrał jej chłopak) i nieznana mi skądinąd Elisabeth Sæverås to już nie ten kaliber, a bardziej aż za dobrze nam znane klimaty Velvet itd.

Można zapytać, jak robią to ostatni niektórzy fani Bad Boys Blue ;), po co żonglerka wokalistkami w zespole z chłopcem w nazwie? Tym bardziej, że złośliwi mogą powiedzieć, że np. utwór Stay i bez tych dziewczyn brzmi jak Kelly Clarkson z Papa Dance w chórkach. Cóż, głos Cato Sundberga, który zdecydowanie dominuje na ostatnim krążku, nie wszystkim musi się podobać, choć ja akurat do falsetów nic nie mam (co ciekawe, jego brat klawiszowiec ma na imię...Kent - hahahaha). W każdym razie odpadł czynnik zaskoczenia - płyta przegrała w Norwegii walkę o szczyt z Brucem Springsteenem, a singiel City Boy (być może znacie go z propozycji do listy przebojów Radia Zet lub Radia Kolor) spędził na nim tylko tydzień (za to w Danii aż cztery). Mam nadzieję, że po dość przeciętnym Pull of the Eye następnym zostanie coś, co wynagrodzi mi fakt, że promocja pierwszej z wymienionych tu piosenek zaczęła się już w listopadzie (MUZYKO(B)LOGERZE, ja wiem, że Ty czujesz mój ból...)







II. Miike Snow, czyli koń nie jest domem

...a Miike Snow nie jest wokalistą (ani kapusiem - hehehehe; nie wiem skąd mnie dzisiaj naszedł taki apetyt na suchary). Jest to zespół, który powstał w 2007 r., a tworzą go producenci Christian Karlsson i Pontus Winnberg oraz nowojorski wokalista Andrew Wyatt. Być może te nazwiska nic Wam nie mówią, ale to już uznane marki w świecie muzyki pop (najwyraźniej na tyle rozpoznawalne, żeby kryć prywatność za maskami:). Wyatt jest współautorem hitu Bruno Marsa Grenade (piosenka jak piosenka, ale doczekała się fajnej parodii), zaś pozostali panowie jako Bloodshy & Avant współpracowali z Britney Spears, Madonną, Kylie Minogue, Christiną Millian, Ms. Dynamite oraz wspominaną przeze mnie niedawno Sky Ferreira.

Najwyraźniej jednak postanowili wykorzystać zdobyty rozgłos promując nieco inne brzmienia. Na dobrą sprawę trudno opisać jakie, ponieważ obydwa albumy tego projektu (eponimiczny z 2009 i Happy to You z marca) cechował duży eklektyzm. Chyba najbardziej utożsamiani są z czymś, co z braku lepszych terminów określiłbym "reggae folkiem", czasami wręcz zatrącający o wodewil (jak w God Help This Divorce). Taki charakter miał pierwszy singiel Animal, piosenka Song for No One czy (trochę) Bavarian No.1 i Archipelago z drugiej płyty. Na debiucie bardzo dobrze wyszły im też ballady. (Przez dłuższy okres miałem niejasne wrażenie, że Silvia zainspirowała...Save the World Swedish House Mafia).






Jednak nie zapominajmy, że mamy do czynienia z uznanymi remikserami, nie obyło się więc bez akcentów klubowych. Na pierwszym krążku taką rolę spełniał m.in. kawałek pod zdroworozsądkowym tytułem A Horse Is Not a Home :), a promocja drugiego zaczęła się od mocnego uderzenia, jakim jest alternatywny kuzyn Pjanoo Erica Prydza - czyli Paddling Out. A jeśli ktoś ma ochotę na więcej, jest jeszcze Devil's Work...i chyba jeszcze bardziej klubowy Pretender i karnawałowy No Starry World. No i oczywiście zbliżający się występ na Burn Selector Festival w czerwcu. W niektórych piosenkach chyba dały o sobie znać fascynacje czarnymi rytmami (The Vase, God Help This Divorce - wydaje mi się, że ten numer powinien spodobać się też fanom The Flaming Lips). Pojawia się też koleżanka z labelu Lykke Li - a jak wiadomo, gdzie jest Lykke Li, tam musi być dziwnie :) Chociaż w spokojniejszych utworach bardzo kojarzy mi się ona z klasycznymi girl groups, ale to już temat na osobne dywagacje...





Wednesday, March 28, 2012

Monografia: Keane, czyli wszyscy się zmieniają


Witam po dłuższej przerwie :) Dwa tygodnie temu zbombardowałem Was postami o tematyce "okołokobiecej", dlatego pomyślałem, że dobrze zrobi nam krótki odpoczynek od siebie ;) Poza tym zajęły mnie wyjątkowo męczące sprawy zawodowe, które na szczęście są już za mną, chociaż paradoksalnie nie przybyło mi od tego wolnego czasu :/ Mam jednak nadzieję, że dzięki mądrej organizacji czasu uda mi się zmobilizować do dopracowania kilku ciekawych statystyk oraz "retrotematów", poza tym zbliża się coraz więcej premier płyt moich idoli. Dzisiaj przypomnę jednego z nich - brytyjski kwartet Keane. Swoją drogą zawsze mi się wydawało, że to trio, ale muszę pogodzić się z tym, że w skład formacji wchodzi w tej chwili czterech muzyków: wokalista i gitarzysta Tom Chaplin, klawiszowiec (pianista) Tim Rice-Oxley, perkusista Richard Hughes oraz basista i perkusista Jesse Quinn, który dołączył do nich w 2007 r. Z kronikarskiego obowiązku wymieńmy jeszcze gitarzystę Dominica Scotta, który odszedł w 2001 r., aby poświęcić się studiom na prestiżowej London School of Economics... (Rice-Oxley z kolei studiował filologię klasyczną na University College of London - pamiętam dość żenujący "kurs mitologii dla początkujących" jego autorstwa bodaj z "NME").

...z tym, że w tym czasie o Keane jeszcze mało kto słyszał, także dlatego, że zaczynali w 1993 r. jako coverband pod inną nazwą: The Lotus Eaters (być może inspirowaną liverpoolczykami odpowiedzialnymi za pewien cudny hit lat 80.). Obecna nazwa, która pojawiła się w 1997 r., o dziwo nie ma nic wspólnego z irlandzką piłką nożną, lecz upamiętnia przyjaciółkę matki Chaplina (Cherry Keane), która wspierała młodych muzyków duchowo i finansowo. Zresztą o mały włos historia grupy nie potoczyłaby się w zupełnie innym kierunku, ponieważ w tym samym roku Rice-Oxley otrzymał ofertę zostania klawiszowcem...Coldplay, jednak nie chciał porzucić kolegów.

Czy podjął dobrą decyzję? Z dzisiejszego punktu widzenia łatwo go wyśmiać, jednak wtedy obydwie kapele dopiero startowały do wielkiej kariery. Obydwie zresztą zaczynały w tym samym labelu - Fierce Panda. Przez pierwsze trzy lata nagrań dla wytwórni Island wydawało się, że chłopaki z Battle w hrabstwie East Sussex są jak muzyczny król Midas. Świadczyły o tym zwycięstwo w plebiscycie BBC Sound of 2004 (a było w czym wybierać), dziewięciokrotnie platynowy status debiutanckiej płyty Hopes and Fears, siedmiokrotnie platynowy kolejnej - Under the Iron Sea z 2006, występy na Live 8 i jako support U2, dwie Brit Awards w 2005 (najlepszy brytyjski album i najlepszy brytyjski debiutant), nagroda Ivora Novello dla Rice-Oxleya (pisał dla Gwen Stefani i Kylie Minogue), nominacja do Grammy za debiut roku w 2006 i za zespołowe nagranie pop z wokalem (Is It Any Wonder?) w 2007, udział w projekcie Band Aid 20 i innych przedsięwzięciach charytatywnych... Można powiedzieć, że byli skazani na taki sukces, ponieważ ich teatralne, raz pełne majestatu, innym razem wrażliwości, oparte na dźwiękach fortepianu piosenki równie dobrze trafiały do romantycznych nastolatków, jak i przedstawicieli (a przede wszystkim przedstawicielek) starszego pokolenia. Na 80s.pl użyłem kiedyś sformułowania "muzyka dla gospodyń domowych", czego bardzo szybko żałowałem :) Że świetnie brzmiały w radiu, nie muszę chyba dodawać. Krytykom nie bardzo przypadli do gustu (w "Teraz Rocku" napisano, że "Chris Martin ma charyzmę, a Tom Chaplin ma najwyżej nadwagę" - ciekawe, co ma jedno do drugiego i co by na to powiedziała pewna Adkinsówna z Tottenhamu), ale publika wiedziała swoje. Dwie wyżej wspomniane płyty znalazły się w 2008 r. w pierwszej dwudziestce ankiety na brytyjski krążek wszech czasów ogłoszonej przez magazyn "Q". Wydaje się jednak, że znacznie więcej niż o ich jakości, mówi to mentalności wyznającej zasadę "nothing succeeds like success" klasy średniej, do której wydaje się adresowany ten miesięcznik.









Coś pękło 22 sierpnia 2006 r. Tego dnia Chaplin ogłosił, że musi przerwać trasę koncertową, aby poddać się leczeniu uzależnienia od narkotyków i alkoholu. Jego pobyt w znanym londyńskim ośrodku odwykowym Priory Clinic trwał do października. Patrząc na dziecinną twarz wokalisty, wydawało się, że to ostatnia osoba, która może borykać się z tego typu problemami, jednak jak widać życie w trasie potrafi dać w kość nawet najgrzeczniejszym chłopcom. Na szczęście mimo, że muzycy w latach 2007-08 często mówili w wywiadach o konfliktach interpersonalnych, które musieli przezwyciężyć, zarówno trasa, jak i następny krążek Perfect Symmetry zostały dokończone.

Ta trzecia płyta jest mi wyjątkowo bliska, ponieważ w kilku utworach obok tradycyjnego patosu słychać wyraźne inspiracje synth-popem lat 80. Nie przełożyło się to na weselsze teksty - słowa utworów były nie tylko melancholijne, ale wręcz nihilistyczne (np. Pretend That We're Alone), czego dobrym przykładem jest przejmujący utwór tytułowy, który odebrałem wówczas wręcz jako krzyżówkę Who Wants to Live Forever Queen z The Winner Takes It All ABBY. To też ich pierwszy album, na którym pojawia się gitara elektryczna - do tej pory "wiosłopodobne" dźwięki generował syntezator. Odniósł spory sukces - znowu 1 miejsce w Wlk. Brytanii, 7 w USA (znowu mówi to więcej o spadku sprzedaży niż o rzeczywistej popularności grupy), nagrody dla płyty i singla roku (Spiralling) od "Q".






Nie wiem, czy EP-ka Night Train z 2010 r. (znowu numer 1 na Wyspach!) miała pokazać, że demony przyszłości odeszły w cień, ale współczynnik optymistycznych utworów w porównaniu z poprzedniczką znacznie wzrósł. Jak to z epkami bywa, Anglicy tym razem spróbowali kilku eksperymentów. Mnie bardziej niż piosenki nagrane z kanadyjskim raperem K'Naanem (tak przy okazji: nie rozumiem ludzi, którzy gloryfikują jego duet z Nelly Furtado, a jednocześnie mieszają z błotem One Direction) urzekł cover numeru z repertuaru japońskiej grupy Yellow Magic Orchestra z gościnnym udziałem wokalistki z Kraju Kwitnącej Wiśni oraz...kawałek, który dziwnie przypomina mi niedawny przebój Lauriego :)





7 maja 2012 r. ukaże się kolejny CD Keane pt. Strangeland. Trudno mi powiedzieć, czy ich kolekcja brytyjskich płytowych numerów 1 się powiększy. Singiel Silenced by the Night nie przypadł mi do gustu - czyżby formuła stylistyczna zespołu uległa wyczerpaniu? Pocieszam się, że tak samo nie przekonałem się nigdy do Foot of the Mountain A-Ha, czyli zespołu, który mocno zainspirował Keane, zaś krążek pod tym tytułem uważam za najlepszy, jaki nagrali po reaktywacji w 2000 r. Podobnie pocieszam się w związku z ostatnim singlem Mortena Harketa pt. Scared of Heights, który wydaje mi się trochę zbyt oczywisty jak na twórcę tylu klasyków, ale na ten temat rozpiszę się w innym poście :) Inny pozytywny przykład - Snow Patrol, którzy teoretycznie dawno powinni się wypalić, a przynajmniej moim zdaniem wciąż są w gazie.



Mam nadzieję, że teraz, kiedy Keane oprócz Trójki i stacji regionalnych mogą liczyć na promocję np. w Esce Rock, trzymają jakiegoś asa w rękawie, który przypomni Polakom, że nie skończyli się na Everybody's Changing i może nawet pojawi się zapotrzebowanie na koncert nad Wisłą... (chociaż chyba tak trudno znaleźć dla nich tu grupę docelową, jak Gypsy & The Cat)

Friday, March 16, 2012

Playlista: Gdyby brzmiały jak wyglądają...

W najbliższych dniach chcę się zająć sprawami zawodowymi, dlatego dzisiaj daję aż dwa posty. Tak jak napisałem w poprzednim, ładniejszym (i przystojniejszym) zawsze było łatwiej wedrzeć się na scenę, szczególnie w erze teledysków. Czasami nepotyzm i przerost formy nad treścią był tak krzykliwy, że szanującemu się melomanowi trudno byłoby o wyrozumiałość. Zdarza się jednak, że próby artystycznego (?) zaistnienia niektórych pań i stojących za nimi menedżerów wywołują uśmiech (trochę sympatii, trochę politowania) na twarzy. Ostatnio ja i mój kolega bloger przekonaliśmy się, że nabijanie się z popowych gwiazdeczek bywa niebezpieczne (chociaż ta, o której w tej chwili myślę moim zdaniem nawet nie jest ładna...; nie linkuję do tej dyskusji, bo moi facebookowi czytelnicy mają już tych linków na pewno serdecznie dość :), ale niedawne Dni Kobiet i Mężczyzn to chyba dobra okazja, że spojrzeć na siebie wzajemnie z przymrużeniem oka ;)

Tone Norum

Atrakcyjna brunetka, siostra gitarzysty Europe i wykonawczyni mało odkrywczej muzyki pop na przełomie lat 80. i 90. Piosenka, do której linkuję, wyróżnia się udziałem Joeya Tempesta w chórkach.


Sky Ferreira

Co widać - modelka, co nie bardzo słychać - wokalistka. O dziwo, jej nagranie w 2010 uznano za demówkę Britney Spears. Co jeszcze ciekawsze, lubi ją głośna ostatnio Iza Lach.


Sunday Girl

Nie jestem pewny, czy wokalistka tego projektu jest modelką i szczerze mówiąc za bardzo nie chcę mi się szukać. Ale niektórzy ją o to podejrzewają, więc wygospodarowałem dla niej trochę miejsca w tym kąciku.


Nicola Roberts

Mam słabość do rudzielców, ale ta piosenka to przegięcie :/ Wolę zareklamować tu coś dla pań - cover jednej z najlepszych propozycji Girls Aloud (autorstwa - jakżeby inaczej - Pet Shop Boys :) w wykonaniu supportującej dziewczyny grupy z norweskim wokalistą (lubielosie :)


Aura Dione

Duńska wokalistka o południowych korzeniach w gruncie rzeczy jest bliska stylistyce "singer-songwriter", wcale nie tak dalekiej od dokonań Alanis Morisette czy Tracy Chapman, jednak jej pogoń za trendami niestety od czasu do czasu dostarcza nam kilku powodów, aby jej nie lubić. Cztery ostatnie to: 1. dżidżi, 2. dżodżo, 3. ulalala, 4. Geronimo.


Honey

Niby jest wszystko - przeboje, tabuny fanek, plotki, skandale i markowe ciuchy, Tylko, cholera, udanego koncertu unplugged w wykonaniu tej pani raczej się nie doczekamy :/


Ellie

Już wiele razy na tym blogu wyśmiewałem się z Amerykanów, ale tym razem pobawię się w Jankesa: Kto płacze, gdy jest zraniony, łapka w górę!


Ewa Farna

Mam kolegę, który na podstawie wspólnego występu Ewy z grupą TSA, odkrył w niej potencjał do śpiewania... hard rocka/metalu. Co kto lubi, ale może rzeczywiści to, co najlepsze, dopiero przed nią.


Mógłbym tutaj wymienić jeszcze kilka samych modelek, które próbowały zabłysnąć jako wokalistki, ale niewiele z tego wyszło (Naomi Campbell, Agnieszka Maciąg, Alicja Bachleda-Curuś). Czy więc te dwa świata są całkowicie nie do pogodzenia? Chyba nie, czego dowodem jest np. niejaka Vanessa Williams, ale ten temat zostawiam Muzyko(b)logerowi :) Poza tym niedawno natknąłem się w Internecie na próbkę wokalną tych talentów pewnej zwariowanej na punkcie mody młodziutkiej polskiej blogerki (nie, nie tej, o której prawdopodobnie myślicie :P) i...nie obraziłbym się za więcej :) (Przydałoby się tylko sprostować, że tak naprawdę nie jest to utwór Birdy, tylko zapomnianej już grupy Cherry Ghost.)



Drogie panie, bez obaw, z panów też się niedługo pośmiejemy ;)

Słodziaki z teledysków, których pewnie nie znacie

Jak mówi stare szołbiznesowe przysłowie: sex sells. (co ciekawe, taki roboczy tytuł nosiła płyta Bon Jovi Crush - ta z It's My Life). Dużo można powiedzieć na ten temat choćby w kontekście doboru okładek dla krążków, np. jak się okazuje na to, że skąpo ubrane seksbomby są w stanie napędzać sprzedaż podejrzanej jakości składanek marketingowcy wpadli kilka dekad przed powstaniem znanej z tego typu praktyk telewizji Viva. Dzisiaj jednak chciałbym zająć się czymś innym - teledyskami. Często seksapilem miała w nich przekonywać sama wykonawczyni utworu (taki klipami na pewno prędzej czy później się zajmę). Czasem uroda była jej jedynym atutem, czasami nie. Niekiedy single męskich gwiazd reklamowały sławne modelki lub aktorki. Szczególnie co starsi czytelnicy na pewno pamiętają obrazki do Wicked Game Chrisa Isaaca z Heleną Christensen, Uptown Girl Billy'ego Joela z Christie Brinkley, Drive The Cars z Pauliną Porizkovą oraz Too Funky i Freedom'90 George'a Michaela z całą plejadą gwiazd (o Tawnii Kitten już pisałem).


Jeśli chodzi o czasy bardziej współczesne, podobała mi się kotłująca się w pościeli Mischa Barton w wideo do Goodbye My Lover Jamesa Blunta.



Ale ileż to było klipów, w których spodobała się nam jakaś dziewczyna, którą widzieliśmy prawdopodobnie tylko ten jeden jedyny raz, ale nie potrafimy o niej zapomnieć. Dobry przykład z lat 80. to Domino Dancing Pet Shop Boys. Trójkę głównych aktorów wybrali na planie w Portoryko sami muzycy. Femme fatale nazywała się Donna Bottman. Obecnie pracuje na rodzinnej wyspie w hotelu sieci Hilton i jak napisał pewien szwedzki bloger, ma już serdecznie dość pytań o swój status ikony seksu :) Co nie przeszkadza fanom nadal się nią zachwycać przy każdej nadarzającej się okazji.


Już wtedy muzykom i reżyserom nie brakowało fantazji.



Nie brakowało też bardziej przyziemnego spojrzenia na problem.



Poniżej zamieszczam linki do kilku lepszych i gorszych piosenek, które identyfikuję w pierwszej kolejności jako "te z fajną dziewczyną/dziewczynami w teledysku". Dla kilku na pewno jest to krzywdząca etykietka, ale mimo subiektywnie ich wysokiej jakości, nie mogłem znaleźć innego pretekstu, żeby się nimi podzielić.

Athlete - Superhuman Touch



Idlewild - Love Steals Us from Loneliness



The Maccabees - First Love

Dużo się w tym klipie dzieje, ale moją uwagę jakoś przykuła pani we wrzosowym wdzianku :)


The Pains of Being Pure at Heart - Higher Than the Stars

Moich ulubieńców oskarżono, że na potrzeby tej piosenki ukradli linię basową Just Like Heaven The Cure. Teledysk też mocno ejtisowy - wszędzie Pet Szop Boys! (them again!)


Alex Gardner - I'm Not Mad

Niby przyjemna popowa melodyjka, ale gość nie ma ani tak dobrego głosu, ani nie potrafi tak spektakularnie robić z siebie idioty, że nie starczyło na więcej niż 44 miejsce w Wielkiej Brytanii. Ale to już nie wina towarzyszącej mu modelki.


Destroyer - Kaputt (wiem, że było...)

Jak to ktoś napisał w komentarzach pod filmem: "Skrillex jako dziecko" ;)


Profesor Green feat. Ed Drewett - I Need You Tonight

Kicz, ale czuję jakąś sympatię do bohatera tego kawałka :)


Example - Watch the Sun Come Up

Skoro jesteśmy przy brytyjskim hip-hopie...konkurencja nie zasypia gruszek w popiele ;)


Wokół gwiazd popu zawsze kręci się wiele pięknych kobiet, dlatego na pewno temat doczeka się kontynuacji :)

Monday, March 12, 2012

Recenzja: Lana Del Rey - Born to Die, czyli przypadek czy plan

 
Moi koledzy z klasy nie mogli odżałować, że Redford zagrał w tym filmie z Mią Farrow. O wiele bardziej podobała im się grająca Jordan Lois Chiles :)

Ma się wrażenie, że recenzje takich płyt, jak Born to Die, same się piszą. Tylko, że od razu powstają w tylu wersjach, że trudno zdecydować, która powinna ujrzeć światło dzienne. Hmmm...

Zacznę może od uwagi natury ogólnej. Jak pewnie zauważyliście, bohaterami większości moich postów są mężczyźni, jednak nie ukrywam, że najbardziej lubię pisać o kobietach. A to dlatego, że faceci na scenie najczęściej po prostu są. Mądrzy lub głupi, przystojni czy też odpychający, w koszuli albo bez, nie mają zbyt wiele do zaoferowania poza swoją muzyką. Poza tym, co gorsza najczęściej występują zespołowo, więc trudno się zdecydować, na którym skupić uwagę. Tymczasem kobieta na scenie to najczęściej nie tylko twarz plus piosenki, lecz cały wizerunek - im lepiej trafiający w oczekiwania widowni, tym lepiej dla powodzenia przedsięwzięcia.

Przykładów takich modeli, w które wpisują się najpopularniejsze wokalistki, można wymienić bez liku. Lady Gaga to kosmitka obwieszająca się mięsem, walcząca o prawa gejów, lesbijek i chwilami strach pomyśleć kogo jeszcze. Katy Perry, jak już kiedyś pisałem, to głupkowata, ale dla wielu urocza amerykańska dziewczyna z sąsiedztwa. Adele na początku wpisywała się w stereotyp zawadiackiej, mało troszczącej się o wygląd dziewczyny z brytyjskiego pubu (inne przykłady: Lily Allen, Kate Nash), ale dzisiaj sprawia wrażenie reklamy leniwych uroków amerykańskiego Południa (szczególnie w Someone Like You), tak jak Florence + The Machine przejęła po Kate Bush rolę ambasadorki brytyjskich wrzosowisk. Od czasów Bjoerk wiadomo, że skandynawskie piosenkarki bywają ekscentryczne (Lykke Li, Oh Land). Inni znowu kochają Alabastrowe Brunetki w Gorsetach (np. Amy Lee). A ileż jest metod sprzedaży egzotyki (teraz ładniej zwanej "multikulturowością") poprzez pop... (Shakira, Jennifer Lopez, Rihanna, MIA...)

Lizzie Del Rey, tfu!, Lana del Grant, wróć!, Lana Del Rey też pojawiła się na rynku muzycznym wraz z całym "opakowaniem". Wiem, że sama określiła słusznie swoje emploi jako "gangsta Nancy Sinatra", ale mi jej kreacja sceniczna bardziej kojarzy się z pewną postacią... literacką. Kojarzycie może taką powieść (ewentualnie film) Wielki Gatsby? Była to moja lektura licealna w ramach przygotowań do matury międzynarodowej z języka angielskiego. Moi koledzy twierdzili, że to "romansidło", jednak sam czułem sympatię do postaci tajemniczego nuworysza z Nowego Jorku próbującego bezskutecznie odzyskać miłość swojej zamężnej już sąsiadki. Po wysłuchaniu Born to Die mam wrażenie, że gdyby owa piękność ze Środkowego Zachodu, Daisy Buchanan nagrała płytę, brzmiałaby właśnie tak - opisy imprezowego życia podszyte potężną dozą goryczy i desperacji.

Co można powiedzieć o samej muzyce? Moja pierwsza jednozdaniowa recenzja tego materiału brzmiała surowo: "Mogła nagrać kawałek tytułowy i nie męczyć się z resztą". Chociaż na tej płycie nie ma nic równie majestatycznego, z biegiem czasu doszedłem jednak do wniosku, że dobrze służy jako "opener". Wydaje się bowiem komunikować, że świat, w którym osadzone są pozostałe piosenki, nie jest tylko światem bezmyślnej konsumpcji (a chwilami może się tak wydawać) i sercowych problemów typowych dla nastolatek, ale jest pogrążony w dekadencji. Te mrocznawe tony (zasługa i śpiewu Lany i odpowiedniej produkcji) dodają płycie nieoczekiwanej głębi.



Moja druga jednozdaniowa recenzja brzmiała następująco: "Muzykoblogerze, czy Ty w tym słyszysz new jack swing?" Ludziska, jeżeli znacie tylko Video Games, to nic nie wiecie o kobiecie znanej rodzicom jako Lizzy Grant. Pierwsze kilka utworów brzmi jak kolekcja jazzujących coverów Fergie, Gwen Stefani albo Niny Sky (How do you like me now z Radio przypomina mi pewną linijkę z przeboju niedawno opisywanych przeze mnie The KLF). Dopiero bliżej końca albumu robi się bardziej tradycyjnie i spokojniej. Naprawdę ta dziewczyna ma więcej wspólnego z Nicki Minaj niż fakt, że nieźle prezentuje się w szortach :) Tym bardziej, że jeżeli nagra jeszcze jedną płytę w tej poetyce, nie od rzeczy będzie opracowanie tezaurusa dla fanów z informacjami, która to jest "piosenka o szmince", a który "numer o sukience" :)

Summa summarum, każdy z tych utworów ma w sobie coś ciekawego, a to spore osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że jest ich 12, a w wersji bonusowej aż 15. Duże wrażenie robi beztrosko wtrącone Oh oh oh, ha ha ha w melancholijnym Dark Paradise oraz The National Anthem - piosenka jednocześnie tak patetyczna i groteskowa, że nie da się jej opisać, trzeba jej posłuchać. Fanki pewnie polubią utworek, który Muzykobloger powinien czym prędzej otagować jako girl (nomen-omen) anthem :) (Note: embedów dziś nie ma, ponieważ wszystko poza singlami zniknęło z YouTube, a z Vimeo mam kłopoty). O dziwo, inwencją ten krążek bije na głowę Our Version of Events Emeli Sande, która na rynku brytyjskim miała pokonać rywalkę zza Oceanu bezpretensjonalnością i profesjonalizmem. Niestety pomiędzy otwierającym zestaw Heaven a zamyjącym go Read All About It chyba tylko najbardziej sentymentalni romantycy znajdą coś dla siebie...

Jest o wiele lepiej niż się spodziewałem, ale zgadzam się z moim kolegą o ksywie Mavoy, który napisał na swoim Twitterze, że nie przejąłby się, gdyby Grantówna dotrzymała słowa i nie nagrała następcy Born to Die, ponieważ sprawia wrażenie kogoś, komu szybko kończą się dobre pomysły. Też obawiam się, że nie da się przez całą karierę balansować w pół drogi między Palomą Faith a MIA. Skoro wyczerpano już dwie popularne opcje (r'n'b i klimaty "kawiarniane"), zostaje właściwie tylko electro, a to może skończyć się wspólnym recytowaniem listy zakupów z oczywiście Nicki Minaj. Z kolei kalka tej płyty może nie wywołać większego zainteresowania. Może nagranie coverów rzeczywiście byłoby dobrym pomysłem? (Z czysto marketingowego punktu widzenia na pewno) Ja radziłbym tej pani przez jakiś czas wykorzystać swoją nowo zdobytą pozycję celebrytki w innej gałęzi szołbiznesu (film? moda?), a drugi album wydać dopiero, kiedy nie będzie wątpliwości co do słuszności obranej koncepcji. A wtedy może powstanie coś równie ponadczasowego, jak Wielki Gatsby. Oby nie było tylu trupów na końcu, co tam :) Muzyka tej dziewczyny może się podobać lub nie, ale sprawia wrażenie "zwierzęcia medialnego" - a dzięki takim ludziom scena pop jest ciekawsza.


PS. Do tych, którzy chcieli playlist z okazji Dnia Kobiet. Ostatnio nie za dobrze się czułem, potem zwaliła się na mnie robota, a w końcu dopadł mnie kryzys twórczy, ale na pewno w tym tygodniu pojawią się może nawet dwie. Tak że zamiast Dnia Kobiet, będzie Tydzień Kobiet (swoiście połączony z ostatkami po Dniu Mężczyzn:)

Wednesday, February 1, 2012

4 z 1: Frankmusik


A niechaj naród wżdy postronny zna, że PGTB nie VH1 i własne działy ma! Zmieniamy 3 z 1 na 4 z 1!