Showing posts with label 2012. Show all posts
Showing posts with label 2012. Show all posts

Monday, December 24, 2012

Niechaj zabrzmią dzwony!

So this Christmas - jak słusznie zauważył wiele lat temu John Lennon. A niedługo będzie Nowy Rok. Jaki był rok 2012? Dla bloga w pierwszej połowie bardzo udany, w drugiej - trudny, ale jak widać jeszcze żyje. Bardzo Wam wszystkim dziękuję za wizyty, komentarze, a jednocześnie przepraszam, że tak wiele pozostawiłem bez odzewu albo pojawił się on bardzo późno. Niestety obowiązki naukowo-zawodowe naglą coraz bardziej, dlatego w styczniu działalność bloga i jego profilu FB ulegnie zawieszeniu na przynajmniej pół roku. Wcześniej jednak pojawi się tutaj co najmniej pięć postów, które - mam nadzieję - na jakiś czas stanie się moim opus magnum.

Jaki to był rok dla światowej muzyki pop? Wbrew etatowym malkontentom napiszę: tradycyjnie dobry. Wierzę, że moje podsumowania 2012 Was o tym przekonają :) Na pewno był ciekawy. Zmiany geografii gospodarczej świata, a co za tym idzie wyższe budżety na promocję w różnych do niedawna egzotycznych dla nas krajach, zaowocowały hitami Brazylijczyków i wiadomego Koreańczyka. Wielkiego powrotu tradycyjnego R&B znowu nie było, za to jeszcze mocniej dała znać o sobie ta grupa artystów z tych kręgów, która nie boi się flirtu z elektroniką i stylistyką indie. Na amerykańskich listach sprzedaży i airplay rock "alternatywny" w tej formie, która do niedawna pokutowała w blogowo-kanapowo-koledżowym zaciszu, jak nigdy dotąd zdystansował "tradycyjny". Symboliczny wymiar ma tu zdetronizowanie Gotye na pierwszym miejscu Billboard Hot 100 przez fun. Nigdy wcześniej dwaj byli liderzy Modern Rock Charts nie minęli się na tej pozycji ogólnego zestawienia. Inne symboliczne wydarzenie to dla mnie współpraca Florence Welch z Calvinem Harrisem - sygnał obłaskawienia obecnej generacji indie gwiazd przez mainstream; hołd, który oby nie okazał się przekleństwem. Bardzo szeroko pojęta brytyjska scena klubowa tradycyjnie kwitła i jestem przekonany, że nadal będzie rozkwitać. W Polsce, jak można było się spodziewać, nowelizacja ustawy o radiofonii spłodziła więcej sztampy niż odkryć, ale oczywiście nie wszyscy rodzimi grajkowie mają powody do wstydu.

Ale w tej chwili zaczyna się dzień Wigilii, chociaż z pewnych przyczyn mi już tęskno do Nowego Roku, a właściwie Sylwestra



Nie wiem na ile moja spowodowana względami osobistymi ;) chwilowa (?) "klubowa fiksacja" odbije się na treści tego bloga, jednak nie da się ukryć, że przynajmniej kilku wykonawców w związku z Gwiazdką zachęcało w przeszłości do tańca. Co nie dziwi, należą do nich Pet Shop Boys.



w tym roku sympatyczni Duńczycy z Alphabeat



a w 1993 r. moje tegoroczne odkrycie - Saint Etienne w asyście Tima Burgessa z The Charlatans. (już to sto razy pisałem, ale napiszę jeszcze raz - tak, klawiszowiec tych pierwszych Bob Stanley urodził się 25 XII) Ileż radości w twarzach tych ludzi!



W tym roku w tej kategorii z niezłej strony pokazali się też The Killers i towarzyszący im rodak z Las Vegas Ryan Pardey.




Wszystkim czytelni(cz)kom życzę zdrowych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia oraz wszelkiej pomyślności w Nowym Roku - spełnienia marzeń, a przede wszystkim jak najwięcej dobrej muzyki w Waszym życiu! Widzimy się 26 (albo) 27 grudnia na singlowym i piosenkowym podsumowaniu roku!

Wednesday, April 25, 2012

Za co cenimy...a-ha i Mortena Harketa?


Każdy z nas na pewno czegoś w swoim życiu bardzo żałuje. Moim największym muzycznym wyrzutem sumienia jest absencja na koncercie A-Ha w Łodzi w listopadzie 2009 r., tym bardziej, że było tam wielu moich znajomych z forum i świetnie się bawili (co było dla mnie zrozumiałe samo przez się). Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi - zazwyczaj chodzi o pieniądze, o kobietę albo obydwie rzeczy na raz. Nie pamiętam, jak było w moim przypadku i nie chcę już do tego wracać. W każdym razie wyciągnąłem wnioski i ani nie odpuszczę New Order - kolejnej kapeli, która być może daje nam w tym roku ostatnią okazję posłuchać się na żywo (inna sprawa, że jak mówią specjaliści bez Hooky'ego to już nie to...), ani nie odpuszczę Norwegom, jeżeli jeszcze kiedyś pojawią się w Polsce. Wprawdzie oficjalnie była to ich pożegnalna trasa, ale przecież z show-businessem żegnali się i Scorpions, i Cher, i Tina Turner, a potem z realizacją tych deklaracji bywało różnie. A przecież wszystko to przedstawiciele jeszcze starszej generacji. Stali bywalcy wątku poświęconego tej grupie na forum.80s.pl (Gosia, obserwator, Sylvia i inni), który uważam, że najbardziej aktualne i najpełniejsze źródło wiedzy o A-Ha i solowych projektach członków tego tria w Polsce, chyba się już z tymi pogodzili, ale ja wierzę, że natura ciągnie wilka do lasu.

Pisanie o A-Ha przypomina nieco pisanie o Europe. Obydwa składy mimo poruszania się w zupełnie innej stylistyce należą do moich ulubionych i trudno byłoby mi ograniczyć się do wymienienia mojego Top 10 ich ulubionych numerów. Z drugiej strony mam świadomość, że dla coraz większej części populacji jest to gwiazda jednego przeboju (jak on się nazywał...Lesson One?) A jeszcze w okresie promocji albumu Lifelines w playliście Radia Zet były po 3-4 jego piosenki... Dlatego mimo, że nie próbuję iść w zawody ze wspomnianym forumowym wątkiem, uważam, że dzięki takim postom, jak ten, mój blog spełnia ważną rolę edukacyjną ;)


Analogii z Europe jest zresztą więcej - to dwie formacje ze Skandynawii składające się z przystojnych muzyków (ze szczególnym wskazaniem na wokalistę), które z tego powodu nie były traktowane tak poważnie, jak na to zasługują. Oczywiście trudno traktować poważnie zapewnienia gitarzysty Pala Wakhtaara, że jego zespół był "bardziej rock'n'rollowy niż Stonesi", jednak gdyby nie kilka chwytliwych syntezatorowych singli, prawdopodobnie Norwegów wspominalibyśmy dzisiaj nie jako gwiazdy lat 80., lecz...legendy indie. I też nie tylko wbrew pozorom ze względu na płyty wydane w XXI wieku, lecz również wcześniejsze dokonania.

Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć na naprawdę mnóstwo różnych sposobów:
1. Za pięciooktawowy głos wokalisty Mortena Harketa, o którym mówi się, że mógłby nim ciąć szkło :) "Powrotny" singiel Summer Moved On z 2000 r. zawiera najdłuższą nutę wyśpiewaną przez wokalistę w singlowym nagraniu notowanym na brytyjskiej liście przebojów (trwa 20,2 sekundy!). Nieszczęsne Take On Me to też doskonały materiał do wokalnych popisów.





1b) Za piękne kości policzkowe wokalisty :)


2. Za piosenki "w stylu a-ha", czyli podniosłe, dynamiczne, bardzo ejtisowe numery z nośnymi refrenami, w których Morten może w pełni ukazać swoje wysokie rejestry. Gdyby każda ich piosenka spełniająca te kryteria miała zostać singlem, mieliby ich dwa raz więcej. Załapałoby się m.in. The Swing of Things.





3. Za piękne ballady, z których co najmniej trzy zyskały status klasyków muzyki pop ostatniego ćwierćwiecza. Jedna nawet półwiecza, ponieważ jest coverem kompozycji The Everly Brothers z 1963 r. (Klip numer trzy znajdziecie w punkcie czwartym). 





4. Za nowatorskie teledyski. Bardziej od nich swoimi klipami w latach 80. namieszali chyba tylko Michael Jackson, Madonna i Duran Duran. Obsypane nagrodami MTV Take On Me było pierwszym tego typu obrazem wykonanym w technice rotoskopii (połączenie gry aktorskiej z animacją i komiksem). W 2002 r. wiele pochwał zebrało oparte na filmie dokumentalnym Mortena Skalleruda z 1991 r. wideo do Lifelines, którego pełna wersja przedstawiała w przyspieszonym tempie rok z życia wioski w północnej Norwegii.







5. Za "nordycki chłód i tajemniczość" :) Na albumie Memorial Beach z 1994 r. panowie wręcz przesadzili z budowaniem nastroju, ponieważ poza singlami Dark Is the Night (For All) (ale by ta piosenka szalała po amerykańskich koledżowych radiostacjach w wykonaniu trochę młodszego zespołu...) i może Angel in the Snow sprawia ona wrażenie zbioru niedopracowanych pomysłów. Lepiej pod tym względem prezentuje się np. wcześniejsze nagranie Living a Boy's Adventure Tales. Na ostatnich krążkach także można znaleźć kilka numerów, przy których czuje się na plecach oddech Buki... (Aby usłyszeć to drugie w Radiu Plus kilka razy zrezygnowałem z obiadu w licealnej stołówce :), bo miałem wrażenie, że najczęściej jest nadawane po godz. 19.00 :)





6. Za umiejętne wykorzystanie kobiecych wokali. To domena ostatnich albumów. Na singlu Velvet oraz w uroczym You'll Never Get Over Me można usłyszeć Amerykankę Lauren Savoy - żonę Pala, z którym tworzy zespół Savoy (to on jako pierwszy wykonywał Velvet), w Turn the Lights Down - uznaną norweską wokalistkę Annelie Drecker, którą być może kojarzycie z promowanej w ubiegłej dekadzie w Trójce formacji D-Sound.



7. Za rekord Guinnessa w kategorii "największa widownia na biletowanym koncercie", pobity na festiwalu Rock in Rio II stadionie Maracana w Rio de Janeiro w 1991 r. Na występ Norwegów pofatygowało się 198.000 fanów - więcej niż np. na Guns 'n' Roses. Szacun! (O ile pamiętam jeśli chodzi o występy niebiletowane rekord dzierży Rod Stewart i też został on pobity w Rio, tylko, że na Copacabanie).

8. Tak zupełnie prywatnie - za raczej niedocenianą, a pełną smaczków, płytę East of the Sun, West of the Moon z 1990 r. Moim osobistym faworytem jest utwór Rolling Thunder, który doskonale łączy "stare" syntezatorowe a-ha z "nowym" gitarowym. Ale warto też zwrócić uwage na Slender Frame, Waiting for Her czy Cold River.

9. Za to, że rzeczywiście kończą na szczycie, jak to anonsowało ich ostatnie tournee. Album Foot of the Mountain, mimo że promował go dość nijaki singiel, mógł się podobać fanom zespołu z lat największej świetności, Depeche Mode :), a mniemam, że również "nowego" a-ha.

10. Last but not least, za ciekawe projekty solowe. Klawiszowiec (ale też gitarzysta) Magne Furuholmen współpracował poza a-ha z muzykami Coldplay i Travis, a z Guyem Berrymanem z tej pierwszej ekipy, Jonasem Bjerre z Mew i producentem Martinem Terefe tworzy alternatywną supergrupę Apparatjik. Pal Waaktaar-Savoy (zmienił nazwisko po ślubie) tak jak wspomniałem nagrał wraz z żoną sześć albumów, a w 2011 r. zapoczątkował nowy projekt Weathervane. Czemu trudno się dziwić, największy solowy sukces z całej trójki odniósł wokalista. W tym miesiącu ukazał się jego piąty album wydany na własne konto pt. Out of My Hands. Zebrał bardzo ciekawe grono autorów (muzycy Pet Shop Boys, Kent, Dave Sneddon - pierwszy zwycięzca programu Fame Academy w Wielkiej Brytanii, idol nastolatek z lat 90. Espen Lind), ale rezultaty ich pracy spotkały się z dość mieszanymi recenzjami. Poprzednie indywidualne dokonania Harketa w porównaniu z muzyką a-ha brzmiały albo introspektywnie, albo staromodnie. Tym razem mamy właściwie przedłużenie ostatniego etapu historii macierzystej grupy - melodyjny pop, który równie dobrzy brzmi w radiu teraz, jak brzmiałby ćwierć wieku temu. Trochę brakuje mi na tej płycie urozmaicenia - do pewnego stopnia stanowi je przeróbka przeboju grupy Kent sprzed dekady. Jednak jak pokazują, wyniki sprzedaży fanom wokalisty w ojczyźnie, Niemczech i Europie Wschodniej taka sentymentalna podróż chyba wystarcza. Ale skoro można to robić w pojedynkę, czemu by nie w trzech?

Na koniec dodam jako ciekawostkę, że członkowie a-ha są też ludźmi utalentowanymi plastycznie, a Morten miał epizod aktorski, po którym została urocza piosenka :)

Friday, April 13, 2012

Donkeyboy i Miike Snow, czyli wszystko jest hybrydą?


Tak się składa, że ogromna większość premier płytowych, na które oczekiwałem w pierwszych miesiącach roku, ma jakiś związek ze Skandynawią. Zresztą nie tylko ja - niejeden by się chętnie odświeżył przy dźwiękach duetu Niki & the Dove, ale we większych dawkach będzie to możliwe dopiero w maju. Dlatego prawie dwa tygodnie temu ogłosiłem kwiecień Miesiącem Skandynawskim na Pop Goes the Blog, niestety kilka dni później dopadły mnie problemy techniczne, których do dzisiaj nie udało mi się do końca pokonać, dlatego publikacja pierwszego z czterech planowanych postów tak bardzo się opóźniła.

Część wykonawców, o których chcę napisać, to już stare wygi (w przypadku jednego z nich słowo "weteran" trochę mi nie pasuje), jednak chciałem zacząć od dwóch "gorących" nazw ostatnich lat. W tytule posta umieściłem nazwę biografii Linkin Park, którą mój licealny kolega Julian wypatrzył bodajże w efemerycznym miesięczniku "Muza" i uznał za przykład dekadencji współczesnego rocka :) Trudno, żeby nie przypomniało mi się to wydarzenie, kiedy pisałem o zespole nazwanym na pewnym rosyjskim forum "osłomalczik" :) oraz projekcie, który w swoim logo ma...rogatego zająca.

I. Donkeyboy, czyli życie w stereo
Pamiętacie jeszcze grupę Donkeyboy? W Polsce to właściwie zespół jednego przeboju - Ambitions, chociaż w niektórych stacjach radiowych (m.in. Zet, chyba też Złote Przeboje) można było usłyszeć (choć krótko) też drugi singiel z ich debiutanckiej płyty Caught in a Life - Sometimes. Nie da się tego porównać ze skalą sukcesu, jaki odnieśli w 2009 r. w rodzinnej Norwegii. Ambitions to drugi najpopularniejszy singiel w historii tego kraju oraz największy hit autorstwa rodzimego wykonawcy (większą popularność zdobyło tylko Love Hurts Nazareth), a także na razie jedyny numer 1 tej ekipy w Szwecji. Ambitions i Sometimes łącznie przebywały aż 21 tygodni na szczycie notowań. Był to pierwszy przypadek w ich historii, w którym dwa utwory jednego wykonawcy trafiły pod rząd na pierwsze miejsce listy. Sometimes wracało na prowadzenie dwa razy - pierwszym kawałkiem, który zdetronizował ten przebój był...Töntarna szwedzkiej grupy Kent (hahahaha). Ogółem z albumu "wykrojono" 6 (!) singli, z czego tylko ostatni - Stereolife nie załapał się do pierwszej dziesiątki norweskiej listy przebojów, ani w ogóle się w niej nie pojawił, po czym wnioskuję, że prawdopodobnie trafił jedynie do promocji radiowej.






Moim zdaniem był to sukces całkowicie zasłużony. Grupa zaprezentowała światu własny styl, trudny do jednoznacznego zaklasyfikowania, chociaż budzący wyraźne skojarzenia z klimatami retro. Syntezatory nadawały ich muzyce słodyczy, którą równoważyły teksty, w których często pojawiał się temat zagubienia i niepewności (sam tytuł płyty był wymowny). To już chyba skandynawska specyfika, że nawet mające zachęcać do nierezygnowania z marzeń Ambitions brzmi dość złowieszczo (szczególnie w połączeniu z pierwszą wersją teledysku). Na tyle złowieszczo, że np. Wielka Brytania musiała zadowolić się spłyconą wersją w wykonaniu jednego ze zwycięzców X Factora - Joe McElderry'ego. Może poza Promise Kept każdy z tych 10 utworów ma w sobie coś, co czyni ten krążek jednym z najlepszych w ostatnich latach w kategorii "wszechwag", a jeśli chodzi tylko o pop, może z nim konkurować chyba tylko debiut Gypsy & The Cat.

Kariera Donkeyboy bardzo przypomina losy innego zespołu, który zdobył w ostatnich latach uznanie ludzi mieniących się "koneserami dobrego popu" - duńskiego Alphabeat. Oni też zaczynali od utworów, które przynajmniej mi kojarzyły się z Grease, a na drugim albumie poszli całkowicie w muzykę taneczną - poza trzema singlami z bardzo miernym skutkiem. Formacja z Drammen powoływała się na inspiracje Tomem Pettym, Fleetwood Mac i Pet Shop Boys - na longplayu Silver Moon, który ukazał się 2 marca, słychać już tylko tych ostatnich. Właściwie jedynym wyjątkiem jest ballada All Up to You, która dziwnie przypomina inną ciekawą kompozycję - Your Ex-Lover Is Dead kanadyjskiej grupy Stars. Stylistyczna wolta to jednak nie wszystko - na płycie nie uświadczymy już oryginalnego, ekspresyjnego głosu Linnei Dale. Przyczyna jest chyba dość prozaiczna - zbliża się premiera debiutanckiego krążka wokalistki, która w 2007 r. zajęła siódme miejsce w norweskim Idolu (ciekawe, czy jej rywale byli rzeczywiście lepsi od ówczesnej siedemnastolatki...) Niestety zastępujące je panie Vivian Sørmeland (trzecie miejsce w Idolu 2006 - co ciekawe, wygrał jej chłopak) i nieznana mi skądinąd Elisabeth Sæverås to już nie ten kaliber, a bardziej aż za dobrze nam znane klimaty Velvet itd.

Można zapytać, jak robią to ostatni niektórzy fani Bad Boys Blue ;), po co żonglerka wokalistkami w zespole z chłopcem w nazwie? Tym bardziej, że złośliwi mogą powiedzieć, że np. utwór Stay i bez tych dziewczyn brzmi jak Kelly Clarkson z Papa Dance w chórkach. Cóż, głos Cato Sundberga, który zdecydowanie dominuje na ostatnim krążku, nie wszystkim musi się podobać, choć ja akurat do falsetów nic nie mam (co ciekawe, jego brat klawiszowiec ma na imię...Kent - hahahaha). W każdym razie odpadł czynnik zaskoczenia - płyta przegrała w Norwegii walkę o szczyt z Brucem Springsteenem, a singiel City Boy (być może znacie go z propozycji do listy przebojów Radia Zet lub Radia Kolor) spędził na nim tylko tydzień (za to w Danii aż cztery). Mam nadzieję, że po dość przeciętnym Pull of the Eye następnym zostanie coś, co wynagrodzi mi fakt, że promocja pierwszej z wymienionych tu piosenek zaczęła się już w listopadzie (MUZYKO(B)LOGERZE, ja wiem, że Ty czujesz mój ból...)







II. Miike Snow, czyli koń nie jest domem

...a Miike Snow nie jest wokalistą (ani kapusiem - hehehehe; nie wiem skąd mnie dzisiaj naszedł taki apetyt na suchary). Jest to zespół, który powstał w 2007 r., a tworzą go producenci Christian Karlsson i Pontus Winnberg oraz nowojorski wokalista Andrew Wyatt. Być może te nazwiska nic Wam nie mówią, ale to już uznane marki w świecie muzyki pop (najwyraźniej na tyle rozpoznawalne, żeby kryć prywatność za maskami:). Wyatt jest współautorem hitu Bruno Marsa Grenade (piosenka jak piosenka, ale doczekała się fajnej parodii), zaś pozostali panowie jako Bloodshy & Avant współpracowali z Britney Spears, Madonną, Kylie Minogue, Christiną Millian, Ms. Dynamite oraz wspominaną przeze mnie niedawno Sky Ferreira.

Najwyraźniej jednak postanowili wykorzystać zdobyty rozgłos promując nieco inne brzmienia. Na dobrą sprawę trudno opisać jakie, ponieważ obydwa albumy tego projektu (eponimiczny z 2009 i Happy to You z marca) cechował duży eklektyzm. Chyba najbardziej utożsamiani są z czymś, co z braku lepszych terminów określiłbym "reggae folkiem", czasami wręcz zatrącający o wodewil (jak w God Help This Divorce). Taki charakter miał pierwszy singiel Animal, piosenka Song for No One czy (trochę) Bavarian No.1 i Archipelago z drugiej płyty. Na debiucie bardzo dobrze wyszły im też ballady. (Przez dłuższy okres miałem niejasne wrażenie, że Silvia zainspirowała...Save the World Swedish House Mafia).






Jednak nie zapominajmy, że mamy do czynienia z uznanymi remikserami, nie obyło się więc bez akcentów klubowych. Na pierwszym krążku taką rolę spełniał m.in. kawałek pod zdroworozsądkowym tytułem A Horse Is Not a Home :), a promocja drugiego zaczęła się od mocnego uderzenia, jakim jest alternatywny kuzyn Pjanoo Erica Prydza - czyli Paddling Out. A jeśli ktoś ma ochotę na więcej, jest jeszcze Devil's Work...i chyba jeszcze bardziej klubowy Pretender i karnawałowy No Starry World. No i oczywiście zbliżający się występ na Burn Selector Festival w czerwcu. W niektórych piosenkach chyba dały o sobie znać fascynacje czarnymi rytmami (The Vase, God Help This Divorce - wydaje mi się, że ten numer powinien spodobać się też fanom The Flaming Lips). Pojawia się też koleżanka z labelu Lykke Li - a jak wiadomo, gdzie jest Lykke Li, tam musi być dziwnie :) Chociaż w spokojniejszych utworach bardzo kojarzy mi się ona z klasycznymi girl groups, ale to już temat na osobne dywagacje...





Monday, March 12, 2012

Recenzja: Lana Del Rey - Born to Die, czyli przypadek czy plan

 
Moi koledzy z klasy nie mogli odżałować, że Redford zagrał w tym filmie z Mią Farrow. O wiele bardziej podobała im się grająca Jordan Lois Chiles :)

Ma się wrażenie, że recenzje takich płyt, jak Born to Die, same się piszą. Tylko, że od razu powstają w tylu wersjach, że trudno zdecydować, która powinna ujrzeć światło dzienne. Hmmm...

Zacznę może od uwagi natury ogólnej. Jak pewnie zauważyliście, bohaterami większości moich postów są mężczyźni, jednak nie ukrywam, że najbardziej lubię pisać o kobietach. A to dlatego, że faceci na scenie najczęściej po prostu są. Mądrzy lub głupi, przystojni czy też odpychający, w koszuli albo bez, nie mają zbyt wiele do zaoferowania poza swoją muzyką. Poza tym, co gorsza najczęściej występują zespołowo, więc trudno się zdecydować, na którym skupić uwagę. Tymczasem kobieta na scenie to najczęściej nie tylko twarz plus piosenki, lecz cały wizerunek - im lepiej trafiający w oczekiwania widowni, tym lepiej dla powodzenia przedsięwzięcia.

Przykładów takich modeli, w które wpisują się najpopularniejsze wokalistki, można wymienić bez liku. Lady Gaga to kosmitka obwieszająca się mięsem, walcząca o prawa gejów, lesbijek i chwilami strach pomyśleć kogo jeszcze. Katy Perry, jak już kiedyś pisałem, to głupkowata, ale dla wielu urocza amerykańska dziewczyna z sąsiedztwa. Adele na początku wpisywała się w stereotyp zawadiackiej, mało troszczącej się o wygląd dziewczyny z brytyjskiego pubu (inne przykłady: Lily Allen, Kate Nash), ale dzisiaj sprawia wrażenie reklamy leniwych uroków amerykańskiego Południa (szczególnie w Someone Like You), tak jak Florence + The Machine przejęła po Kate Bush rolę ambasadorki brytyjskich wrzosowisk. Od czasów Bjoerk wiadomo, że skandynawskie piosenkarki bywają ekscentryczne (Lykke Li, Oh Land). Inni znowu kochają Alabastrowe Brunetki w Gorsetach (np. Amy Lee). A ileż jest metod sprzedaży egzotyki (teraz ładniej zwanej "multikulturowością") poprzez pop... (Shakira, Jennifer Lopez, Rihanna, MIA...)

Lizzie Del Rey, tfu!, Lana del Grant, wróć!, Lana Del Rey też pojawiła się na rynku muzycznym wraz z całym "opakowaniem". Wiem, że sama określiła słusznie swoje emploi jako "gangsta Nancy Sinatra", ale mi jej kreacja sceniczna bardziej kojarzy się z pewną postacią... literacką. Kojarzycie może taką powieść (ewentualnie film) Wielki Gatsby? Była to moja lektura licealna w ramach przygotowań do matury międzynarodowej z języka angielskiego. Moi koledzy twierdzili, że to "romansidło", jednak sam czułem sympatię do postaci tajemniczego nuworysza z Nowego Jorku próbującego bezskutecznie odzyskać miłość swojej zamężnej już sąsiadki. Po wysłuchaniu Born to Die mam wrażenie, że gdyby owa piękność ze Środkowego Zachodu, Daisy Buchanan nagrała płytę, brzmiałaby właśnie tak - opisy imprezowego życia podszyte potężną dozą goryczy i desperacji.

Co można powiedzieć o samej muzyce? Moja pierwsza jednozdaniowa recenzja tego materiału brzmiała surowo: "Mogła nagrać kawałek tytułowy i nie męczyć się z resztą". Chociaż na tej płycie nie ma nic równie majestatycznego, z biegiem czasu doszedłem jednak do wniosku, że dobrze służy jako "opener". Wydaje się bowiem komunikować, że świat, w którym osadzone są pozostałe piosenki, nie jest tylko światem bezmyślnej konsumpcji (a chwilami może się tak wydawać) i sercowych problemów typowych dla nastolatek, ale jest pogrążony w dekadencji. Te mrocznawe tony (zasługa i śpiewu Lany i odpowiedniej produkcji) dodają płycie nieoczekiwanej głębi.



Moja druga jednozdaniowa recenzja brzmiała następująco: "Muzykoblogerze, czy Ty w tym słyszysz new jack swing?" Ludziska, jeżeli znacie tylko Video Games, to nic nie wiecie o kobiecie znanej rodzicom jako Lizzy Grant. Pierwsze kilka utworów brzmi jak kolekcja jazzujących coverów Fergie, Gwen Stefani albo Niny Sky (How do you like me now z Radio przypomina mi pewną linijkę z przeboju niedawno opisywanych przeze mnie The KLF). Dopiero bliżej końca albumu robi się bardziej tradycyjnie i spokojniej. Naprawdę ta dziewczyna ma więcej wspólnego z Nicki Minaj niż fakt, że nieźle prezentuje się w szortach :) Tym bardziej, że jeżeli nagra jeszcze jedną płytę w tej poetyce, nie od rzeczy będzie opracowanie tezaurusa dla fanów z informacjami, która to jest "piosenka o szmince", a który "numer o sukience" :)

Summa summarum, każdy z tych utworów ma w sobie coś ciekawego, a to spore osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że jest ich 12, a w wersji bonusowej aż 15. Duże wrażenie robi beztrosko wtrącone Oh oh oh, ha ha ha w melancholijnym Dark Paradise oraz The National Anthem - piosenka jednocześnie tak patetyczna i groteskowa, że nie da się jej opisać, trzeba jej posłuchać. Fanki pewnie polubią utworek, który Muzykobloger powinien czym prędzej otagować jako girl (nomen-omen) anthem :) (Note: embedów dziś nie ma, ponieważ wszystko poza singlami zniknęło z YouTube, a z Vimeo mam kłopoty). O dziwo, inwencją ten krążek bije na głowę Our Version of Events Emeli Sande, która na rynku brytyjskim miała pokonać rywalkę zza Oceanu bezpretensjonalnością i profesjonalizmem. Niestety pomiędzy otwierającym zestaw Heaven a zamyjącym go Read All About It chyba tylko najbardziej sentymentalni romantycy znajdą coś dla siebie...

Jest o wiele lepiej niż się spodziewałem, ale zgadzam się z moim kolegą o ksywie Mavoy, który napisał na swoim Twitterze, że nie przejąłby się, gdyby Grantówna dotrzymała słowa i nie nagrała następcy Born to Die, ponieważ sprawia wrażenie kogoś, komu szybko kończą się dobre pomysły. Też obawiam się, że nie da się przez całą karierę balansować w pół drogi między Palomą Faith a MIA. Skoro wyczerpano już dwie popularne opcje (r'n'b i klimaty "kawiarniane"), zostaje właściwie tylko electro, a to może skończyć się wspólnym recytowaniem listy zakupów z oczywiście Nicki Minaj. Z kolei kalka tej płyty może nie wywołać większego zainteresowania. Może nagranie coverów rzeczywiście byłoby dobrym pomysłem? (Z czysto marketingowego punktu widzenia na pewno) Ja radziłbym tej pani przez jakiś czas wykorzystać swoją nowo zdobytą pozycję celebrytki w innej gałęzi szołbiznesu (film? moda?), a drugi album wydać dopiero, kiedy nie będzie wątpliwości co do słuszności obranej koncepcji. A wtedy może powstanie coś równie ponadczasowego, jak Wielki Gatsby. Oby nie było tylu trupów na końcu, co tam :) Muzyka tej dziewczyny może się podobać lub nie, ale sprawia wrażenie "zwierzęcia medialnego" - a dzięki takim ludziom scena pop jest ciekawsza.


PS. Do tych, którzy chcieli playlist z okazji Dnia Kobiet. Ostatnio nie za dobrze się czułem, potem zwaliła się na mnie robota, a w końcu dopadł mnie kryzys twórczy, ale na pewno w tym tygodniu pojawią się może nawet dwie. Tak że zamiast Dnia Kobiet, będzie Tydzień Kobiet (swoiście połączony z ostatkami po Dniu Mężczyzn:)

Friday, March 2, 2012

Monografia: The Big Pink, czyli krótkie historie o miłości


Chyba muszę zdobyć się na samokrytykę i zacząć używać terminu "syndrom White Lies" :) Ku mojemu przerażeniu coraz częściej łapię się bowiem na tym, że są takie kapele, które cokolwiek nagrają, mnie to ucieszy i trudno będzie mi się zdobyć na krytyczne spojrzenie. Chyba każdy ma takie zespoły - jedni U2, inni Coldplay, jeszcze inni Europe. Sam zdążyłem już Was zdziwić twierdzeniem, że drugi album pewnego tria z Manchesteru bardziej mi się podobał niż ich debiut. Powolutku coraz bardziej się skłaniam ku twierdzeniu, że jednak To Lose My Life było lepsze, ale nadal trudno mi powiedzieć coś złego o Ritual, które generalnie nie miało dobrej prasy. Obawiam się, że tak samo będzie z nowym albumem Keane, którego premiera coraz bliżej.

Podobny stosunek mam do duetu the Big Pink, o którym chcę dziś napisać kilka słów. Jeszcze zanim we wrześniu 2009 r. ukazał się ich debiutancki album A Brief History of Love, było o nich na tyle głośno, że mając na koncie tylko jeden singiel (Too Young to Love) otrzymali od NME nagrodę dla najlepszego nowego wykonawcy. W przetarciu na rynku na pewno pomógł im fakt, że nie byli całkowitymi nowicjuszami. Robbie Furze grał na gitarze w zespole Alec Empire, zaś Milo Cordell  - syn producenta Denny'ego (w CV Joe Cocker, The Moody Blues, The Cranberries itd.) - wydawał w swojej firmie Merok Records płyty m.in. Klaxons i Crystal Castles. Sam album nie był wielkim sukcesem komercyjnym (w Wlk. Brytanii zajął dopiero 56 miejsce na liście sprzedaży), jednak udało mu się przynajmniej wypromować singiel Dominos (27 pozycja UK Charts, nagroda za utwór roku w ramach NME Awards 2010), który bardzo polubiły Eska Rock i Radio Gdańsk. Wysamplowała go też pewna raperka, której nie zamierzam tu reklamować (ci, którzy słuchali ubiegłego lata RMF Maxx wiedzą, o kim mówię).

Niestety muzycy chyba zbyt długo zwlekali z nowym krążkiem, ponieważ można odnieść wrażenie, że na wydane 16 stycznia Future This nikt nie czekał. 97 lokata brytyjskich notowań mówi sama za siebie. Czy rzeczywiście nie zasługiwał na uwagę?

Jeszcze kilka miesięcy temu bez słuchania powiedziałbym, że tak. Nawet przebojowe Dominos po pierwszych emisjach w Esce Rock wydawało mi się obleśne i knajpiane, dopiero po jakimś czasie uznałem tę piosenkę za superprzebojową. Słuchając jej trudno nie zgodzić się z recenzentem Pitchforka, który nazwał A Brief... "najlepszą płytą, jaką mogli nagrać The Verve, a nie nagrali". Co innego jednak jeden szlagier, a co innego większa dawka brzmień, które moja koleżanka Sylvia zwykła nazywać "muzyką hałaśliwą". To znaczy taką, która może dla fana metalu jest jak pierdnięcie myszy, ale i tak nieźle jazgocze, co na dłuższą metę może denerwować. Warto jednak dać tej płycie trochę czasu, a spod gitarowo-klawiszowego, momentami nieco industrialnego, hałasu zgodnie z tytułową obietnicą wyłoni się sporo wrażliwości i romantyzmu.







W zasadzie mógłbym wstawić tu całą płytę. Przekonałem się nawet do ballady Love in Vain, która wydawała mi się trochę nazbyt ckliwa oraz trącącego pubem Tonight. Entuzjastyczna opinia recenzenta "Daily Telegraph" ("coś na kształt współczesnego arcydzieła") nie wydaje mi się przesadzona. W końcu kultowa dla wielu wytwórnia 4AD nie podpisuje kontraktów z byle kim.

Arcydzieła mają to do siebie, że trudno je zreplikować. Muzyka The Big Pink ma jednak nadal to do siebie, że z większą liczbą przesłuchań bardzo zyskuje i utwory, które wydawały się wtórne (Stay Gold na pewno miało nawiązywać do Dominos, niebezpiecznie zatrąca też o Time to Pretend MGMT, zaś Rubbernecking jest utrzymane w tym klimacie, co Tonight) lub drażniące, zaczynają porywać i trudno jest sobie wyobrazić muzyczny krajobraz bez nich. Może sekret tego duetu polega na współpracy z dobrymi producentami - za "jedynkę" odpowiadali sami, ale miksował ją Rich Costey, przy singlach pomagał Alan Moulder, zaś "dwójką" zajął się sam Paul Epworth (wbrew pozorom kryterium doboru tematów do notek nie jest współpraca artystów z tymi panami:). W każdym razie ja wciąż ich "kupuję" i mam nadzieję, że jeszcze nadejdą dla nich lepsze dni. Bo biorąc pod uwagę ich korzenie, rychłej emerytury nie biorę pod uwagę :) Aby przetrwać, na pewno będą musieli nieco urozmaicić środki wyrazu, jakimi się posługują, mam jednak nadzieję, że nie zrezygnują z ich markowego wokalnego "chuligaństwa".







Z innej beczki, zachęcam do udziału w nowej ankiecie. Wypróbuję też program reklamowy - klikajcie proszę w banery w menu po prawej, może coś to da ;)

Thursday, January 19, 2012

Felieton: Hang the DJ? albo Barbados czy Galapagos?


Na pewnym forum toczy się ostatnio dyskusja, której sedno można ująć w jednym zdaniu: Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze?

Wednesday, January 4, 2012

The essay: Nothing changes on New Year's Day?




If only...

...because on New Year's Day something happened in Poland. Something strange, though maybe not so shocking as it may seem at the first glance. Moreover, advocates of the change say that it's the element of the larger European tendency, so it was no reason for resistance anyway.