Showing posts with label indie. Show all posts
Showing posts with label indie. Show all posts
Thursday, October 31, 2019
Thursday, September 26, 2019
Sunday, May 27, 2018
Friday, February 16, 2018
Tygodnik nr 7/2018
Nowy album brytyjskiego tria Young Fathers Cocoa Sugar ukaże się 9 marca nakładem Ninja Tune.
Saturday, February 10, 2018
Tygodnik nr 6/2018
Piosenka tygodnia
Jest mnóstwo powodów, dla których Tygodnik jest tak późno: Twin Peaks, przygotowania do topu albumów, praca, pokusy związane z historycznym hobby...
Thursday, April 19, 2012
Piętnaście piosenek Kent, które warto znać
Szwedzki Kent to zespół, o którym można powiedzieć tyle pozytywnego, że aż nie wiadomo, od czego zacząć :) Zacznę więc od ogłoszenia o treści organizacyjnej. Sztampowy tekst "mam dla Was dwie wiadomości etc." nie byłby na miejscu, ponieważ mam dla Was wiadomość, która jednocześnie jest dobra i zła. Wszystko wskazuje na to, że od 1 czerwca aktywność bloga spadnie niemal do zera lub zmieni on swoją formułę, stając się platformą reklamową projektu, o którego realizacji marzyłem od wielu lat. Ja, mój kolega Maciek i kilku naszych znajomych stworzyliśmy internetowe Radio Iwelynne. Skąd nazwa? Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o kobietę...a nawet dwie ;) Więcej informacji znajdziecie w opisie tego wydarzenia. Najprawdopodobniej będę prowadził cztery audycje: autorską muzyczną w środy od 18 do 20 (głównie współczesna alternatywa, ale może się tam pojawić naprawdę wszytko), przeboje lat 80. i 90. w czwartki od 18 do 20, "Wieczorek Blogerów" w piątki o 21, czyli prezentacja najciekawszych wpisów z zaprzyjaźnionych blogów (tak drodzy komentatorzy/komentatorki, o Was piszę) oraz audycja "taneczno-energetyczna" (od Bad Boys Blue do Bloc Party) w piątki 22-24.
Trudno powiedzieć, na ile starczy mi sił (bo inwencji na pewno :), możliwe, że po wakacjach będę musiał nieco ograniczyć moją aktywność z powodów zawodowych (byle nie mocniej niż o 2 godziny tygodniowo), ale na razie mam nadzieję, że powstanie z tego coś naprawdę bardzo dobrego. Duże nadzieję wiążemy z Maćkiem m.in. z prezentacją występów młodych artystów przed naszymi mikrofonami. Żeby urzeczywistnić wszystkie te marzenia, z czegoś trzeba będzie zrezygnować, a pierwszym kandydatem do odstrzału niestety jest ten blog (i równoległy historyczny). W kwietniu i maju jednak na pewno blog będzie pracował na pełnych obrotach, a od rocznych podsumowań - tu czy gdzie indziej - na pewno się nie wywiniecie :D Tym, którzy nie mogą się doczekać, polecam wątek, który założyłem wczoraj na Mycharts.pl. Mam nadzieję, że niedługo rozrośnie się do rozmiarów pełnego działu.
A teraz do meritum. Grupa Kent powstała w 1990 r. w mieście Eskilstuna (jak ten czas leci...) Przez pierwsze trzy lata działała pod nazwami: Coca-Cola Kids, Jones & Giftet (Jones i trucizna) oraz Havsänglar (morskie anioły - gatunek rekina). W jej skład wchodzą: powszechnie znany i kochany Jocke, czyli Joakim Berg (wokalista, gitara rytmiczna), Martin Sköld (basista), Sami Sirviö (gitara prowadząca) i Markus Mustonen (perkusja, pianino). Dwaj ostatni są z pochodzenia Finami. Debiutancki eponimiczny album wydali w 1995 r. Od tego czasu uzbierało się ich dziewięć, składanka stron B singli, boks i epka The hjärta & smärta (Serce i ból). Dwa z nich (Hagnesta Hill i Isola) doczekały się wersji anglojęzycznej. 25 kwietnia ukaże się kolejny. Jego tytuł Jag är inte rädd för mörkret, czyli "nie boję się ciemności" dobrze oddaje istotę muzyki tej formacji. Przyznam, że po maratonie z bardziej znanymi krążkami nie odrobiłem już pracy domowej z dwóch pierwszych (Kent i Verkliget), chociaż właśnie stamtąd wziął się pseudonim jednej z największych znanych mi fanek Szwedów - Stenbrott, jednak wydaje mi się, że pod względem czysto muzycznym z biegiem czasu nieco złagodnieli, chociaż ich coraz bardziej chwytliwe piosenki nadal pozostawały pełne mocy. Teksty jednak pozostały mroczne, podobnie jednak teledyski pełne niezbyt estetycznych postaci, scen typu palenie pluszowych misiów w Dom som försvann albo wyjątkowo mało zachęcające love story w Kärleken väntar.
Moim zdaniem wyrosła z britpopu i shoegaze'u stylistyka Kentu najpełniejszy wyraz znalazła w ubiegłej dekadzie na praktycznie perfekcyjnych płytach Du & jag döden (w wolnym przekładzie - Ty, ja i śmierć) oraz Vapen & ammunition (Broń i naboje). Następny krążek - Tillbaka till samtiden (Powrót do teraźniejszości) z 2007 r., pierwsze dzieło Kent, na które świadomie czekałem, miał wybitnie przejściowy charakter, z różnym powodzeniem mieszając elementy indie rockowe z elektronicznymi. Na Röd (Czerwony) z 2010 r. już w pełni przeistoczyli się ze szwedzkiego połączenia Oasis z Myslovitz wręcz w szwedzkie Cut Copy. Niestety powstałe w tym okresie kompozycje z nielicznymi wyjątkami odpychają (przynajmniej mnie) klaustrofobicznym charakterem. Na jego następcy - En plats i solen (Miejsce pod słońcem) elektronika brzmiała już znacznie bardziej przestrzennie. Ostatni singiel 999 zwiastuje powrót gitar, resztę nowych piosenek muzycy opisują jako "pełne dumy i nadziei". Co kryje się pod tymi słowami, dowiemy się już za tydzień.
Redukcja kariery Kent do piętnastu utworów to nie do końca wdzięczne zajęcie. Cztery albumy (od Hagnesta Hill do Vapen) to jazda obowiązkowa każdego indiemaniaka, z pozostałymi też nie zaszkodzi się zapoznać. A oto moim zdaniem najbardziej warte uwagi perełki:
Trudno powiedzieć, na ile starczy mi sił (bo inwencji na pewno :), możliwe, że po wakacjach będę musiał nieco ograniczyć moją aktywność z powodów zawodowych (byle nie mocniej niż o 2 godziny tygodniowo), ale na razie mam nadzieję, że powstanie z tego coś naprawdę bardzo dobrego. Duże nadzieję wiążemy z Maćkiem m.in. z prezentacją występów młodych artystów przed naszymi mikrofonami. Żeby urzeczywistnić wszystkie te marzenia, z czegoś trzeba będzie zrezygnować, a pierwszym kandydatem do odstrzału niestety jest ten blog (i równoległy historyczny). W kwietniu i maju jednak na pewno blog będzie pracował na pełnych obrotach, a od rocznych podsumowań - tu czy gdzie indziej - na pewno się nie wywiniecie :D Tym, którzy nie mogą się doczekać, polecam wątek, który założyłem wczoraj na Mycharts.pl. Mam nadzieję, że niedługo rozrośnie się do rozmiarów pełnego działu.
A teraz do meritum. Grupa Kent powstała w 1990 r. w mieście Eskilstuna (jak ten czas leci...) Przez pierwsze trzy lata działała pod nazwami: Coca-Cola Kids, Jones & Giftet (Jones i trucizna) oraz Havsänglar (morskie anioły - gatunek rekina). W jej skład wchodzą: powszechnie znany i kochany Jocke, czyli Joakim Berg (wokalista, gitara rytmiczna), Martin Sköld (basista), Sami Sirviö (gitara prowadząca) i Markus Mustonen (perkusja, pianino). Dwaj ostatni są z pochodzenia Finami. Debiutancki eponimiczny album wydali w 1995 r. Od tego czasu uzbierało się ich dziewięć, składanka stron B singli, boks i epka The hjärta & smärta (Serce i ból). Dwa z nich (Hagnesta Hill i Isola) doczekały się wersji anglojęzycznej. 25 kwietnia ukaże się kolejny. Jego tytuł Jag är inte rädd för mörkret, czyli "nie boję się ciemności" dobrze oddaje istotę muzyki tej formacji. Przyznam, że po maratonie z bardziej znanymi krążkami nie odrobiłem już pracy domowej z dwóch pierwszych (Kent i Verkliget), chociaż właśnie stamtąd wziął się pseudonim jednej z największych znanych mi fanek Szwedów - Stenbrott, jednak wydaje mi się, że pod względem czysto muzycznym z biegiem czasu nieco złagodnieli, chociaż ich coraz bardziej chwytliwe piosenki nadal pozostawały pełne mocy. Teksty jednak pozostały mroczne, podobnie jednak teledyski pełne niezbyt estetycznych postaci, scen typu palenie pluszowych misiów w Dom som försvann albo wyjątkowo mało zachęcające love story w Kärleken väntar.
Moim zdaniem wyrosła z britpopu i shoegaze'u stylistyka Kentu najpełniejszy wyraz znalazła w ubiegłej dekadzie na praktycznie perfekcyjnych płytach Du & jag döden (w wolnym przekładzie - Ty, ja i śmierć) oraz Vapen & ammunition (Broń i naboje). Następny krążek - Tillbaka till samtiden (Powrót do teraźniejszości) z 2007 r., pierwsze dzieło Kent, na które świadomie czekałem, miał wybitnie przejściowy charakter, z różnym powodzeniem mieszając elementy indie rockowe z elektronicznymi. Na Röd (Czerwony) z 2010 r. już w pełni przeistoczyli się ze szwedzkiego połączenia Oasis z Myslovitz wręcz w szwedzkie Cut Copy. Niestety powstałe w tym okresie kompozycje z nielicznymi wyjątkami odpychają (przynajmniej mnie) klaustrofobicznym charakterem. Na jego następcy - En plats i solen (Miejsce pod słońcem) elektronika brzmiała już znacznie bardziej przestrzennie. Ostatni singiel 999 zwiastuje powrót gitar, resztę nowych piosenek muzycy opisują jako "pełne dumy i nadziei". Co kryje się pod tymi słowami, dowiemy się już za tydzień.
Redukcja kariery Kent do piętnastu utworów to nie do końca wdzięczne zajęcie. Cztery albumy (od Hagnesta Hill do Vapen) to jazda obowiązkowa każdego indiemaniaka, z pozostałymi też nie zaszkodzi się zapoznać. A oto moim zdaniem najbardziej warte uwagi perełki:
Lament, którego nie powstydziłaby się np. ceniona kiedyś (głównie przez krytyków) grupa Cooper Temple Clause.
(Isola, 1997) Jedyny singiel Kent w pierwszej setce w Wielkiej Brytanii i jedna z chyba najlepszych znanych mi kompozycji - skandynawskich i nie tylko. Kiedyś bardzo dawno temu, kiedy jeszcze byłem w stosunku do siebie mniej krytyczny, pokusiłem się o tłumaczenie angielskiego tekstu na polski (szwedzki jest nieco inny).
Cisza prawie szepcze,
Może o tym, że już jutro zniknie stąd,
Więc jutro damy światu
nowy szpan.
Jesteś zabójcza,
Więc znowu zastrzel mnie,
Cios przyjaciela zawsze boli mniej.
Cisza prawie szepcze,
Jest dla nas niczym tlen,
Jak prędkość światła, wachlarz w skwarny dzień
Szept, co rani,
Tym razem to nie sen
Mam pomysł, na co czekać– chodźmy stąd
Cisza, zacznij słuchać,
To przecież tylko ja,
Lecz czasem duszno tak, że brak Ci tchu.
Szept, co rani
Może się nie znajdzie lek,
Może będę krwawił, aż uwolnię się.
Może o tym, że już jutro zniknie stąd,
Więc jutro damy światu
nowy szpan.
Jesteś zabójcza,
Więc znowu zastrzel mnie,
Cios przyjaciela zawsze boli mniej.
Cisza prawie szepcze,
Jest dla nas niczym tlen,
Jak prędkość światła, wachlarz w skwarny dzień
Szept, co rani,
Tym razem to nie sen
Mam pomysł, na co czekać– chodźmy stąd
Cisza, zacznij słuchać,
To przecież tylko ja,
Lecz czasem duszno tak, że brak Ci tchu.
Szept, co rani
Może się nie znajdzie lek,
Może będę krwawił, aż uwolnię się.
(Hagnesta Hill, 1999) Najbardziej znana piosenka grupy, m.in. z listy Hop-Bęc i Remizy Eski Rock. Często powtarzam sobie te linijki: "Każdy ma swoją sekundę w blasku słońca". Mam wrażenie, że moja właśnie się zaczęła.
(Hagnesta Hill, 1999)
(Hagnesta Hill, 1999) Przejmująca harmonijka ustna.
(B-sidor 95–00, 2000) Mój kolega Piotrek kończy każdą dyskusję na temat Kent słowami: "Ale i tak "Chans" to ich najlepsza piosenka." Ma prawo :)
(Vapen & Ammunition, 2002) Gwizdy na miarę Engel Rammsteina i hipnotyczny refren "stajemy się jak inni". Donkeyboy przed Donkeyboyem? Pierwszy z na razie pięciu singlowych numerów 1 zespołu w Szwecji (mieli też dwa w Norwegii: Max 500 i Töntarna).
(Vapen & Ammunition, 2002) Piosenka ze względu na podobieństwo do przeboju Visage zainspirowała remiks Fade to Kent.
(Vapen & Ammunition, 2002) Kent w wyjątkowo lekkim wydaniu.
(Tillbaka till samtiden, 2007) Wzruszająca ballada, której wstęp skojarzył się mojemu koledze z forum.80s.pl z Maid of Orleans OMD.
(Röd, 2009) Męcząca płyta, ale promowały ją dwa zjawiskowe single...
(Röd, 2009)
Piosenka nagrana przez zespół w 2008 r. na potrzeby kampanii przeciw przemocy w szkołach prowadzonej przez organizację Friends.
(En plats i solen, 2010) Marcin Bisiorek słusznie promował ten kawałek w swojej audycji w Esce Rock.
Kent A.D. 2012
Jocke i Martin mają też w dorobku utwory pisane dla innych muzyków. Chyba wszyscy pamiętamy Come Along Titiyo z 2001 r., a moją zeszłoroczną playlistę podbił Erik Hassle z Are You Leaving? Niedawno zaś panowie wspomogli pewną żywą legendę norweskiej i światowej sceny pop. Co z tego wyszło? Napiszę Wam w przyszłym tygodniu...
Friday, April 13, 2012
Donkeyboy i Miike Snow, czyli wszystko jest hybrydą?
Tak się składa, że ogromna większość premier płytowych, na które oczekiwałem w pierwszych miesiącach roku, ma jakiś związek ze Skandynawią. Zresztą nie tylko ja - niejeden by się chętnie odświeżył przy dźwiękach duetu Niki & the Dove, ale we większych dawkach będzie to możliwe dopiero w maju. Dlatego prawie dwa tygodnie temu ogłosiłem kwiecień Miesiącem Skandynawskim na Pop Goes the Blog, niestety kilka dni później dopadły mnie problemy techniczne, których do dzisiaj nie udało mi się do końca pokonać, dlatego publikacja pierwszego z czterech planowanych postów tak bardzo się opóźniła.
Część wykonawców, o których chcę napisać, to już stare wygi (w przypadku jednego z nich słowo "weteran" trochę mi nie pasuje), jednak chciałem zacząć od dwóch "gorących" nazw ostatnich lat. W tytule posta umieściłem nazwę biografii Linkin Park, którą mój licealny kolega Julian wypatrzył bodajże w efemerycznym miesięczniku "Muza" i uznał za przykład dekadencji współczesnego rocka :) Trudno, żeby nie przypomniało mi się to wydarzenie, kiedy pisałem o zespole nazwanym na pewnym rosyjskim forum "osłomalczik" :) oraz projekcie, który w swoim logo ma...rogatego zająca.
I. Donkeyboy, czyli życie w stereo
Pamiętacie jeszcze grupę Donkeyboy? W Polsce to właściwie zespół jednego przeboju - Ambitions, chociaż w niektórych stacjach radiowych (m.in. Zet, chyba też Złote Przeboje) można było usłyszeć (choć krótko) też drugi singiel z ich debiutanckiej płyty Caught in a Life - Sometimes. Nie da się tego porównać ze skalą sukcesu, jaki odnieśli w 2009 r. w rodzinnej Norwegii. Ambitions to drugi najpopularniejszy singiel w historii tego kraju oraz największy hit autorstwa rodzimego wykonawcy (większą popularność zdobyło tylko Love Hurts Nazareth), a także na razie jedyny numer 1 tej ekipy w Szwecji. Ambitions i Sometimes łącznie przebywały aż 21 tygodni na szczycie notowań. Był to pierwszy przypadek w ich historii, w którym dwa utwory jednego wykonawcy trafiły pod rząd na pierwsze miejsce listy. Sometimes wracało na prowadzenie dwa razy - pierwszym kawałkiem, który zdetronizował ten przebój był...Töntarna szwedzkiej grupy Kent (hahahaha). Ogółem z albumu "wykrojono" 6 (!) singli, z czego tylko ostatni - Stereolife nie załapał się do pierwszej dziesiątki norweskiej listy przebojów, ani w ogóle się w niej nie pojawił, po czym wnioskuję, że prawdopodobnie trafił jedynie do promocji radiowej.
Moim zdaniem był to sukces całkowicie zasłużony. Grupa zaprezentowała światu własny styl, trudny do jednoznacznego zaklasyfikowania, chociaż budzący wyraźne skojarzenia z klimatami retro. Syntezatory nadawały ich muzyce słodyczy, którą równoważyły teksty, w których często pojawiał się temat zagubienia i niepewności (sam tytuł płyty był wymowny). To już chyba skandynawska specyfika, że nawet mające zachęcać do nierezygnowania z marzeń Ambitions brzmi dość złowieszczo (szczególnie w połączeniu z pierwszą wersją teledysku). Na tyle złowieszczo, że np. Wielka Brytania musiała zadowolić się spłyconą wersją w wykonaniu jednego ze zwycięzców X Factora - Joe McElderry'ego. Może poza Promise Kept każdy z tych 10 utworów ma w sobie coś, co czyni ten krążek jednym z najlepszych w ostatnich latach w kategorii "wszechwag", a jeśli chodzi tylko o pop, może z nim konkurować chyba tylko debiut Gypsy & The Cat.
Kariera Donkeyboy bardzo przypomina losy innego zespołu, który zdobył w ostatnich latach uznanie ludzi mieniących się "koneserami dobrego popu" - duńskiego Alphabeat. Oni też zaczynali od utworów, które przynajmniej mi kojarzyły się z Grease, a na drugim albumie poszli całkowicie w muzykę taneczną - poza trzema singlami z bardzo miernym skutkiem. Formacja z Drammen powoływała się na inspiracje Tomem Pettym, Fleetwood Mac i Pet Shop Boys - na longplayu Silver Moon, który ukazał się 2 marca, słychać już tylko tych ostatnich. Właściwie jedynym wyjątkiem jest ballada All Up to You, która dziwnie przypomina inną ciekawą kompozycję - Your Ex-Lover Is Dead kanadyjskiej grupy Stars. Stylistyczna wolta to jednak nie wszystko - na płycie nie uświadczymy już oryginalnego, ekspresyjnego głosu Linnei Dale. Przyczyna jest chyba dość prozaiczna - zbliża się premiera debiutanckiego krążka wokalistki, która w 2007 r. zajęła siódme miejsce w norweskim Idolu (ciekawe, czy jej rywale byli rzeczywiście lepsi od ówczesnej siedemnastolatki...) Niestety zastępujące je panie Vivian Sørmeland (trzecie miejsce w Idolu 2006 - co ciekawe, wygrał jej chłopak) i nieznana mi skądinąd Elisabeth Sæverås to już nie ten kaliber, a bardziej aż za dobrze nam znane klimaty Velvet itd.
Można zapytać, jak robią to ostatni niektórzy fani Bad Boys Blue ;), po co żonglerka wokalistkami w zespole z chłopcem w nazwie? Tym bardziej, że złośliwi mogą powiedzieć, że np. utwór Stay i bez tych dziewczyn brzmi jak Kelly Clarkson z Papa Dance w chórkach. Cóż, głos Cato Sundberga, który zdecydowanie dominuje na ostatnim krążku, nie wszystkim musi się podobać, choć ja akurat do falsetów nic nie mam (co ciekawe, jego brat klawiszowiec ma na imię...Kent - hahahaha). W każdym razie odpadł czynnik zaskoczenia - płyta przegrała w Norwegii walkę o szczyt z Brucem Springsteenem, a singiel City Boy (być może znacie go z propozycji do listy przebojów Radia Zet lub Radia Kolor) spędził na nim tylko tydzień (za to w Danii aż cztery). Mam nadzieję, że po dość przeciętnym Pull of the Eye następnym zostanie coś, co wynagrodzi mi fakt, że promocja pierwszej z wymienionych tu piosenek zaczęła się już w listopadzie (MUZYKO(B)LOGERZE, ja wiem, że Ty czujesz mój ból...)
II. Miike Snow, czyli koń nie jest domem
...a Miike Snow nie jest wokalistą (ani kapusiem - hehehehe; nie wiem skąd mnie dzisiaj naszedł taki apetyt na suchary). Jest to zespół, który powstał w 2007 r., a tworzą go producenci Christian Karlsson i Pontus Winnberg oraz nowojorski wokalista Andrew Wyatt. Być może te nazwiska nic Wam nie mówią, ale to już uznane marki w świecie muzyki pop (najwyraźniej na tyle rozpoznawalne, żeby kryć prywatność za maskami:). Wyatt jest współautorem hitu Bruno Marsa Grenade (piosenka jak piosenka, ale doczekała się fajnej parodii), zaś pozostali panowie jako Bloodshy & Avant współpracowali z Britney Spears, Madonną, Kylie Minogue, Christiną Millian, Ms. Dynamite oraz wspominaną przeze mnie niedawno Sky Ferreira.
Najwyraźniej jednak postanowili wykorzystać zdobyty rozgłos promując nieco inne brzmienia. Na dobrą sprawę trudno opisać jakie, ponieważ obydwa albumy tego projektu (eponimiczny z 2009 i Happy to You z marca) cechował duży eklektyzm. Chyba najbardziej utożsamiani są z czymś, co z braku lepszych terminów określiłbym "reggae folkiem", czasami wręcz zatrącający o wodewil (jak w God Help This Divorce). Taki charakter miał pierwszy singiel Animal, piosenka Song for No One czy (trochę) Bavarian No.1 i Archipelago z drugiej płyty. Na debiucie bardzo dobrze wyszły im też ballady. (Przez dłuższy okres miałem niejasne wrażenie, że Silvia zainspirowała...Save the World Swedish House Mafia).
Najwyraźniej jednak postanowili wykorzystać zdobyty rozgłos promując nieco inne brzmienia. Na dobrą sprawę trudno opisać jakie, ponieważ obydwa albumy tego projektu (eponimiczny z 2009 i Happy to You z marca) cechował duży eklektyzm. Chyba najbardziej utożsamiani są z czymś, co z braku lepszych terminów określiłbym "reggae folkiem", czasami wręcz zatrącający o wodewil (jak w God Help This Divorce). Taki charakter miał pierwszy singiel Animal, piosenka Song for No One czy (trochę) Bavarian No.1 i Archipelago z drugiej płyty. Na debiucie bardzo dobrze wyszły im też ballady. (Przez dłuższy okres miałem niejasne wrażenie, że Silvia zainspirowała...Save the World Swedish House Mafia).
Jednak nie zapominajmy, że mamy do czynienia z uznanymi remikserami, nie obyło się więc bez akcentów klubowych. Na pierwszym krążku taką rolę spełniał m.in. kawałek pod zdroworozsądkowym tytułem A Horse Is Not a Home :), a promocja drugiego zaczęła się od mocnego uderzenia, jakim jest alternatywny kuzyn Pjanoo Erica Prydza - czyli Paddling Out. A jeśli ktoś ma ochotę na więcej, jest jeszcze Devil's Work...i chyba jeszcze bardziej klubowy Pretender i karnawałowy No Starry World. No i oczywiście zbliżający się występ na Burn Selector Festival w czerwcu. W niektórych piosenkach chyba dały o sobie znać fascynacje czarnymi rytmami (The Vase, God Help This Divorce - wydaje mi się, że ten numer powinien spodobać się też fanom The Flaming Lips). Pojawia się też koleżanka z labelu Lykke Li - a jak wiadomo, gdzie jest Lykke Li, tam musi być dziwnie :) Chociaż w spokojniejszych utworach bardzo kojarzy mi się ona z klasycznymi girl groups, ale to już temat na osobne dywagacje...
Labels:
2009,
2012,
Ambitions,
Animal,
Avant,
Bloodshy,
City Boy,
dance,
Donkeyboy,
Happy to You,
indie,
Miike Snow,
norwegian,
Paddling Out,
pop,
swedish
Saturday, March 31, 2012
Recenzja - Delphic "Acolyte", czyli strażnicy wyroczni
Dopiero dzisiaj połapałem się, że jutro jest Prima Aprilis i warto byłoby jakoś uczcić to na blogu ;) Dlatego dzisiejszy wpis będzie dość krótki - bo i muzyka mówi sama za siebie, i od pewnego czasu o zespole jest dość cicho, więc nie jestem w stanie podzielić się zbyt wieloma ciekawostkami na jego temat. Myślę tutaj o formacji Delphic z Marple Bridge w aglomeracji Manchesteru.
Ten kwartet (James Cook - wokalista i basista, Richard Boardman - klawiszowiec, Matt Cocksedge - gitarzysta, Dan Hadley - perkusista) należy do zespołów, które nie odniosły wielkiego sukcesu na listach przebojów (w ojczyźnie mieli tylko jeden singiel w pierwszej setce, a płyta Acolyte debiutowała na 8 pozycji, co niezbyt imponuje w przypadku grupy, która zajęła dobre 3 miejsce w prestiżowym plebiscycie krytyków BBC Sound of 2010), jednak sporo osób kojarzy ją (choć oczywiście niekoniecznie z nazwy) z reklam, gier komputerowych i playlist alternatywnych stacji radiowych. Co ciekawe, uwagi te dotyczą nie tylko Wielkiej Brytanii, ale również...Polski. Przecież to ich kawałek Clarion Call stanowił podkład prezentacji jesiennej ramówki TVN w 2010 r.
Utwór ten otwiera jak na razie jedyną płytę tej czwórki. Płytę kipiącą emocjami i pomysłami, osadzoną w tradycji (osoby bardziej osłuchane z klimatami retro podczas zapoznawania się z nią nie raz pomyślą o New Order, zaś Submission to czyste Depeche Mode), a równocześnie supernowoczesną (szczególnie tytułowy klubowy instrumental). Każdy znajdzie na niej coś dla siebie - ciepłą gitarę w końcówce Doubt, radosną ekstazę Halcyon, transowość This Momentary (spory rozgłos zdobył sfilmowany w okolicach dawnej elektrowni w Czernobylu teledysk do tego utworu). Elementy popu, rocka i klubowych brzmień świetnie się ze sobą łączą.
Mnie najbardziej ujęły dwie kompozycje. Counterpoint polecał na forum 80s.pl użytkownik o pseudonimie PrzemekZ, pisząc, że jest niebywale energetyczny i porównując go do 747 Kent (o tej kapeli też niedługo napiszę!) Bardzo mnie zdziwiła taka opinia, ponieważ nie wiedzieć czemu utożsamiłem energię z optymizmem (Przemkowi prawdopodobnie chodziło przede wszystkim o końcówkę tej piosenki), jednak jest faktem, że trudno o niej zapomnieć, kiedy już raz się ją usłyszy. Zawsze dźwięczy mi w uszach, kiedy wydaje mi się, że coś w moim życiu się kończy. W takich sytuacjach jej melodia pomaga mi oczyścić umysł. (Trudno powiedzieć, na ile mój odbiór tej piosenki wiąże się z faktem, że modelka z klipu przypomina pewną uroczą Ukrainkę, z którą chodziłem na studia :)
Mnie najbardziej ujęły dwie kompozycje. Counterpoint polecał na forum 80s.pl użytkownik o pseudonimie PrzemekZ, pisząc, że jest niebywale energetyczny i porównując go do 747 Kent (o tej kapeli też niedługo napiszę!) Bardzo mnie zdziwiła taka opinia, ponieważ nie wiedzieć czemu utożsamiłem energię z optymizmem (Przemkowi prawdopodobnie chodziło przede wszystkim o końcówkę tej piosenki), jednak jest faktem, że trudno o niej zapomnieć, kiedy już raz się ją usłyszy. Zawsze dźwięczy mi w uszach, kiedy wydaje mi się, że coś w moim życiu się kończy. W takich sytuacjach jej melodia pomaga mi oczyścić umysł. (Trudno powiedzieć, na ile mój odbiór tej piosenki wiąże się z faktem, że modelka z klipu przypomina pewną uroczą Ukrainkę, z którą chodziłem na studia :)
Bardzo trafia do mnie też zamykające płytę Remain. Można je porównać do porannego wiatru w nozdrzach po całonocnej upojnej imprezie w zatłoczonym klubie.
Pitchfork nieco krzywił się na ten album, wytykając chłopakom żerowanie na muzycznej przeszłości ich rodzinnego miasta, jednak mi trudno znaleźć na nim choćby jeden słaby punkt (z niesinglowych kawałków bardzo lubię też Red Lights). Nie mogę się doczekać ich nowego krążka, mam nadzieję, że pojawi się jeszcze w tym roku. Na razie wiadomo tylko tyle, że w jednym z utworów gościnnie zaśpiewa wokalistka występująca pod pseudonimem Alyusha Chagrin. Mam nadzieję, że milczenie kapeli jest oznaką perfekcjonizmu, nie zaś niemocy twórczej... Członkowie grupy zawsze podkreślali, że są spokojnymi ludźmi, którzy wolą gmerać w laptopach komponując i rozmawiać o sztuce niż rozbijać się po pubach (nazwę "Delphic" można przetłumaczyć jako "tajemniczy jak starożytna wyrocznia"), więc mogę mieć rację ;)
Wednesday, March 28, 2012
Monografia: Keane, czyli wszyscy się zmieniają
Witam po dłuższej przerwie :) Dwa tygodnie temu zbombardowałem Was postami o tematyce "okołokobiecej", dlatego pomyślałem, że dobrze zrobi nam krótki odpoczynek od siebie ;) Poza tym zajęły mnie wyjątkowo męczące sprawy zawodowe, które na szczęście są już za mną, chociaż paradoksalnie nie przybyło mi od tego wolnego czasu :/ Mam jednak nadzieję, że dzięki mądrej organizacji czasu uda mi się zmobilizować do dopracowania kilku ciekawych statystyk oraz "retrotematów", poza tym zbliża się coraz więcej premier płyt moich idoli. Dzisiaj przypomnę jednego z nich - brytyjski kwartet Keane. Swoją drogą zawsze mi się wydawało, że to trio, ale muszę pogodzić się z tym, że w skład formacji wchodzi w tej chwili czterech muzyków: wokalista i gitarzysta Tom Chaplin, klawiszowiec (pianista) Tim Rice-Oxley, perkusista Richard Hughes oraz basista i perkusista Jesse Quinn, który dołączył do nich w 2007 r. Z kronikarskiego obowiązku wymieńmy jeszcze gitarzystę Dominica Scotta, który odszedł w 2001 r., aby poświęcić się studiom na prestiżowej London School of Economics... (Rice-Oxley z kolei studiował filologię klasyczną na University College of London - pamiętam dość żenujący "kurs mitologii dla początkujących" jego autorstwa bodaj z "NME").
...z tym, że w tym czasie o Keane jeszcze mało kto słyszał, także dlatego, że zaczynali w 1993 r. jako coverband pod inną nazwą: The Lotus Eaters (być może inspirowaną liverpoolczykami odpowiedzialnymi za pewien cudny hit lat 80.). Obecna nazwa, która pojawiła się w 1997 r., o dziwo nie ma nic wspólnego z irlandzką piłką nożną, lecz upamiętnia przyjaciółkę matki Chaplina (Cherry Keane), która wspierała młodych muzyków duchowo i finansowo. Zresztą o mały włos historia grupy nie potoczyłaby się w zupełnie innym kierunku, ponieważ w tym samym roku Rice-Oxley otrzymał ofertę zostania klawiszowcem...Coldplay, jednak nie chciał porzucić kolegów.
Czy podjął dobrą decyzję? Z dzisiejszego punktu widzenia łatwo go wyśmiać, jednak wtedy obydwie kapele dopiero startowały do wielkiej kariery. Obydwie zresztą zaczynały w tym samym labelu - Fierce Panda. Przez pierwsze trzy lata nagrań dla wytwórni Island wydawało się, że chłopaki z Battle w hrabstwie East Sussex są jak muzyczny król Midas. Świadczyły o tym zwycięstwo w plebiscycie BBC Sound of 2004 (a było w czym wybierać), dziewięciokrotnie platynowy status debiutanckiej płyty Hopes and Fears, siedmiokrotnie platynowy kolejnej - Under the Iron Sea z 2006, występy na Live 8 i jako support U2, dwie Brit Awards w 2005 (najlepszy brytyjski album i najlepszy brytyjski debiutant), nagroda Ivora Novello dla Rice-Oxleya (pisał dla Gwen Stefani i Kylie Minogue), nominacja do Grammy za debiut roku w 2006 i za zespołowe nagranie pop z wokalem (Is It Any Wonder?) w 2007, udział w projekcie Band Aid 20 i innych przedsięwzięciach charytatywnych... Można powiedzieć, że byli skazani na taki sukces, ponieważ ich teatralne, raz pełne majestatu, innym razem wrażliwości, oparte na dźwiękach fortepianu piosenki równie dobrze trafiały do romantycznych nastolatków, jak i przedstawicieli (a przede wszystkim przedstawicielek) starszego pokolenia. Na 80s.pl użyłem kiedyś sformułowania "muzyka dla gospodyń domowych", czego bardzo szybko żałowałem :) Że świetnie brzmiały w radiu, nie muszę chyba dodawać. Krytykom nie bardzo przypadli do gustu (w "Teraz Rocku" napisano, że "Chris Martin ma charyzmę, a Tom Chaplin ma najwyżej nadwagę" - ciekawe, co ma jedno do drugiego i co by na to powiedziała pewna Adkinsówna z Tottenhamu), ale publika wiedziała swoje. Dwie wyżej wspomniane płyty znalazły się w 2008 r. w pierwszej dwudziestce ankiety na brytyjski krążek wszech czasów ogłoszonej przez magazyn "Q". Wydaje się jednak, że znacznie więcej niż o ich jakości, mówi to mentalności wyznającej zasadę "nothing succeeds like success" klasy średniej, do której wydaje się adresowany ten miesięcznik.
Coś pękło 22 sierpnia 2006 r. Tego dnia Chaplin ogłosił, że musi przerwać trasę koncertową, aby poddać się leczeniu uzależnienia od narkotyków i alkoholu. Jego pobyt w znanym londyńskim ośrodku odwykowym Priory Clinic trwał do października. Patrząc na dziecinną twarz wokalisty, wydawało się, że to ostatnia osoba, która może borykać się z tego typu problemami, jednak jak widać życie w trasie potrafi dać w kość nawet najgrzeczniejszym chłopcom. Na szczęście mimo, że muzycy w latach 2007-08 często mówili w wywiadach o konfliktach interpersonalnych, które musieli przezwyciężyć, zarówno trasa, jak i następny krążek Perfect Symmetry zostały dokończone.
Ta trzecia płyta jest mi wyjątkowo bliska, ponieważ w kilku utworach obok tradycyjnego patosu słychać wyraźne inspiracje synth-popem lat 80. Nie przełożyło się to na weselsze teksty - słowa utworów były nie tylko melancholijne, ale wręcz nihilistyczne (np. Pretend That We're Alone), czego dobrym przykładem jest przejmujący utwór tytułowy, który odebrałem wówczas wręcz jako krzyżówkę Who Wants to Live Forever Queen z The Winner Takes It All ABBY. To też ich pierwszy album, na którym pojawia się gitara elektryczna - do tej pory "wiosłopodobne" dźwięki generował syntezator. Odniósł spory sukces - znowu 1 miejsce w Wlk. Brytanii, 7 w USA (znowu mówi to więcej o spadku sprzedaży niż o rzeczywistej popularności grupy), nagrody dla płyty i singla roku (Spiralling) od "Q".
Nie wiem, czy EP-ka Night Train z 2010 r. (znowu numer 1 na Wyspach!) miała pokazać, że demony przyszłości odeszły w cień, ale współczynnik optymistycznych utworów w porównaniu z poprzedniczką znacznie wzrósł. Jak to z epkami bywa, Anglicy tym razem spróbowali kilku eksperymentów. Mnie bardziej niż piosenki nagrane z kanadyjskim raperem K'Naanem (tak przy okazji: nie rozumiem ludzi, którzy gloryfikują jego duet z Nelly Furtado, a jednocześnie mieszają z błotem One Direction) urzekł cover numeru z repertuaru japońskiej grupy Yellow Magic Orchestra z gościnnym udziałem wokalistki z Kraju Kwitnącej Wiśni oraz...kawałek, który dziwnie przypomina mi niedawny przebój Lauriego :)
7 maja 2012 r. ukaże się kolejny CD Keane pt. Strangeland. Trudno mi powiedzieć, czy ich kolekcja brytyjskich płytowych numerów 1 się powiększy. Singiel Silenced by the Night nie przypadł mi do gustu - czyżby formuła stylistyczna zespołu uległa wyczerpaniu? Pocieszam się, że tak samo nie przekonałem się nigdy do Foot of the Mountain A-Ha, czyli zespołu, który mocno zainspirował Keane, zaś krążek pod tym tytułem uważam za najlepszy, jaki nagrali po reaktywacji w 2000 r. Podobnie pocieszam się w związku z ostatnim singlem Mortena Harketa pt. Scared of Heights, który wydaje mi się trochę zbyt oczywisty jak na twórcę tylu klasyków, ale na ten temat rozpiszę się w innym poście :) Inny pozytywny przykład - Snow Patrol, którzy teoretycznie dawno powinni się wypalić, a przynajmniej moim zdaniem wciąż są w gazie.
Mam nadzieję, że teraz, kiedy Keane oprócz Trójki i stacji regionalnych mogą liczyć na promocję np. w Esce Rock, trzymają jakiegoś asa w rękawie, który przypomni Polakom, że nie skończyli się na Everybody's Changing i może nawet pojawi się zapotrzebowanie na koncert nad Wisłą... (chociaż chyba tak trudno znaleźć dla nich tu grupę docelową, jak Gypsy & The Cat)
Thursday, March 8, 2012
Felieton: Fenomen CIAPY
O blogach mówi się, że to sieciowe pamiętniki. Moda na wynurzenia typu "zjadłem zupę mleczną, umyłem zęby, a potem śniłem o morzu krwi i chciałem się powiesić", którą pamiętam z czasów licealnych, chyba już minęła. Niemniej jednak tradycja tej formy wypowiedzi wciąż nęci nas, zblazowanych profesjonalistów, aby raz na jakiś czas porzucić suche fakty i rzucić się w wir jak najbardziej osobistych wspomnień. Wierzcie czy nie, połączenie muzyki i świadomości, że jest Dzień Kobiet, może zadziałać baaardzo nostalgicznie :)
W poście o ABBIE wspominałem już o tym, że jakiś czas temu pracowałem w pewnym biurze wraz z początkującą adeptką marketingu. Moja koleżanka (jej imię przywodzi na myśl popularny wśród nieudolnych internetowych żartownisiów program do obróbki głosu :) była pod wieloma względami dziewczyną interesującą i nietuzinkową. Ambitna, pracowita, lubiła gotowanie, motoryzację, podróże, filmy z klasą i przesłaniem. Miała ciekawy styl ubierania - zanim jej nie poznałem, nie miałem pojęcia, że szpilki mogą być jednocześnie trampkami :) A w swoim czarnym zimowym płaszczu, siwej beretoczapce i okularach wyglądała jak egzystencjalistka z paryskiego Rive Gauche lat 60. Hodowała dwie szynszyle: Dynię i Szyszkę (nie mówcie, że Was to zdziwiło). Trzeba przyznać, że pasowały do niej charakterem (hodowcy szynszyl pewnie wiedzą, o czym mówię ;)
No fajnie, ale co to ma wspólnego z tematyką tego bloga? Otóż moja "towarzyszka niedoli" wydawała mi się wyjątkowa także z innych powodów. Miałem problemy z ujęciem jej specyfiki w słowa, aż nagle pewnego dnia doznałem olśnienia. Dotarło do mnie, że
W poście o ABBIE wspominałem już o tym, że jakiś czas temu pracowałem w pewnym biurze wraz z początkującą adeptką marketingu. Moja koleżanka (jej imię przywodzi na myśl popularny wśród nieudolnych internetowych żartownisiów program do obróbki głosu :) była pod wieloma względami dziewczyną interesującą i nietuzinkową. Ambitna, pracowita, lubiła gotowanie, motoryzację, podróże, filmy z klasą i przesłaniem. Miała ciekawy styl ubierania - zanim jej nie poznałem, nie miałem pojęcia, że szpilki mogą być jednocześnie trampkami :) A w swoim czarnym zimowym płaszczu, siwej beretoczapce i okularach wyglądała jak egzystencjalistka z paryskiego Rive Gauche lat 60. Hodowała dwie szynszyle: Dynię i Szyszkę (nie mówcie, że Was to zdziwiło). Trzeba przyznać, że pasowały do niej charakterem (hodowcy szynszyl pewnie wiedzą, o czym mówię ;)
No fajnie, ale co to ma wspólnego z tematyką tego bloga? Otóż moja "towarzyszka niedoli" wydawała mi się wyjątkowa także z innych powodów. Miałem problemy z ujęciem jej specyfiki w słowa, aż nagle pewnego dnia doznałem olśnienia. Dotarło do mnie, że
moja koleżanka to CIAPA!
Nie mam na myśli słowa "ciapa" używanego jako wyzwisko lub wyraz lekceważenia, lecz anagram CIAPA, pod którym kryje się określenie:
C-zarująca
I-nteligentna
A-matorka
P-opu
A-lternatywnego :)
Bo też jej konto Last.fm i profil Facebooka były pełne muzyki, która wydawała mi się wtedy zupełnie nie z tej ziemi, dopiero po pewnym czasie doszedłem do tego, że bardziej kreatywnych i wartych poznania artystów po prostu w tej chwili nie ma (np. Washed Out, Jamie Woon). Szkoda, że już nie mamy ze sobą kontaktu (w pewnym momencie straciliśmy cierpliwość do naszej pracy i rozeszliśmy się każde w swoją stronę) i nie wie, że stała się dla mnie archetypem :)
Na tym jednym spostrzeżeniu się nie skończyło. Wkrótce doszedłem do wniosku, że CIAP dookoła jest tak wiele, że można już chyba mówić o fenomenie pokoleniowym. O tym, jakie moim zdaniem są cechy typowej CIAPY, napiszę za chwilę, wcześniej chciałbym spróbować odpowiedzieć na pytanie o korzenie tego zjawiska. Nie miałem bowiem takich spostrzeżeń, kiedy chodziłem do liceum, na kolejnych etapów studiów też rzadko, a na doktoranckich wszystko dookoła nagle zaczęło "ciapać" :)
Myślę, że przyczyny takiego stanu są trzy, a każda w jakiś sposób wynika z innych: upowszechnienie w Polsce Internetu, urozmaicenie dostępnej Polakom oferty koncertowej oraz powstanie nowych mediów upowszechniających tzw. muzykę niezależną (Radio Roxy, Eska Rock, Polskie Radio Euro/Czwórka, Radio Kampus, Teraz Rock itd.). Dzięki tym wszystkim czynnikom rodzimi melomani zaczęli mocniej zauważać różnicę między muzyką zwaną z angielska Adult Alternative a Alternative i Indie. W moich czasach licealnych bycie "alternatywnym" prawie zawsze oznaczało słuchanie artystów o już dość dużym dorobku: Stinga, Kultu, Red Hot Chill Peppers, The Cure. Z (wtedy) młodego pokolenia większą sympatią cieszył się tylko Myslovitz, znajomość przecież bardzo popowego Coldplay stanowiła ewenement. A przecież było to jedno z najlepszych liceów w Polsce, które teoretycznie powinno stanowić ostoję wszelkich nowych i nowych-starych prądów (pop)kulturalnych. Być może tak było, ale tylko jeżeli chodzi o metal. Może niemetalowcy po prostu mieli za mało czasu na coś innego niż nauka?
Pomijam tu kwestię repertuaru przy klasowych ogniskach, bo jak wiadomo po paru "browcach" trudno odróżnić punk od Lady Pank :) Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia: w latach 2002-2005 twórcom radiowych playlist wciąż wydawało się, że są w stanie wmówić społeczeństwu "światową sławę" trzeciorzędnych francuskich czy szwedzkich wokalistek, przez co komuś nieszukającemu muzyki na własną rękę trudno było się dowiedzieć o istnieniu niektórych nawet sporego kalibru gwiazd.
Pomijam tu kwestię repertuaru przy klasowych ogniskach, bo jak wiadomo po paru "browcach" trudno odróżnić punk od Lady Pank :) Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia: w latach 2002-2005 twórcom radiowych playlist wciąż wydawało się, że są w stanie wmówić społeczeństwu "światową sławę" trzeciorzędnych francuskich czy szwedzkich wokalistek, przez co komuś nieszukającemu muzyki na własną rękę trudno było się dowiedzieć o istnieniu niektórych nawet sporego kalibru gwiazd.
Dziś medialnym magnatom trudno jest udawać, że nie istnieje Florence + The Machine albo Lana Del Rey, dzięki czemu pewna część młodzieży ma szanse identyfikować się z muzyką, której urodziwszy się 10 lat wcześniej mogli w ogólnie nie poznać. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ z jednej strony dyskusja z ludźmi o innych gustach może doprowadzić do ciekawych wniosków, z drugiej zaś miło jest, jeżeli ktoś wie o czym właściwie mówisz :), a tym bardziej jeżeli jest to miła przedstawicielka płci przeciwnej :)
Jeżeli masz wrażenie, że być może jesteś CIAPĄ, poniższy test pomoże Ci zweryfikować te obawy :)
Test na CIAPOwatość
Prawdopodobnie jesteś CIAPĄ, jeżeli podpisałabyś się pod co najmniej pięcioma z poniższych zdań:
1. Na pytanie o idolkę bez zastanowienia odpowiadasz: Florence Welch!
2. Jej i Red Hot Chill Peppers teledyski pojawiają się na Twoim profilu Facebooka w dniu premiery.
3. 3 z 5 Twoich ulubionych wokalistów jest androgynicznych i/lub według Twojej mamy ma "dziwny głos" .
4. Nie kojarzysz Selah Sue z reklamą batonika, tylko z dobrą muzyką.
5. Byłaś na więcej niż jednym koncercie M83 w życiu.
6. Z duńskich wykonawców szybciej kojarzysz Mando Diao niż Aquę (bonusowe punkty za Mew :)
7. Wakacje ustawiasz pod OffFestival.
8. Nie przeszkadza Ci, że ten klip w gruncie rzeczy jest bez sensu.
9. Podoba Ci się ten klip. (Jeżeli nie jesteś CIAPĄ, prawdopodobnie uznasz go za obrzydliwy)
10. Uważasz, że to zdjęcie jest słodkie.
Buu, moja mama się nie łapie :( Chociaż i tak szacun dla niej za sympatię dla Harrowdown Hill Thoma Yorke'a i Where Did All The Love Go Kasabian, których teoretycznie nie powinna w ogóle znać. Oczywiście panów też zapraszam do zabawy :) Swoją drogą, jak nazwać te fanki Adult Alternative, o których wspominałem... Może "CIAPY w glanach"? :)
Wszystkim paniom, CIAPOM i kobietom z okazji Mieżdunarodnogo Żenskogo Dnia życzę wielu miłych niespodzianek od losu, zera zmartwień i dobrej muzyki każdego dnia. Wy wiecie, że nam mężczyznom byłoby bez Was strasznie nudno... ;)
Friday, March 2, 2012
Monografia: The Big Pink, czyli krótkie historie o miłości
Chyba muszę zdobyć się na samokrytykę i zacząć używać terminu "syndrom White Lies" :) Ku mojemu przerażeniu coraz częściej łapię się bowiem na tym, że są takie kapele, które cokolwiek nagrają, mnie to ucieszy i trudno będzie mi się zdobyć na krytyczne spojrzenie. Chyba każdy ma takie zespoły - jedni U2, inni Coldplay, jeszcze inni Europe. Sam zdążyłem już Was zdziwić twierdzeniem, że drugi album pewnego tria z Manchesteru bardziej mi się podobał niż ich debiut. Powolutku coraz bardziej się skłaniam ku twierdzeniu, że jednak To Lose My Life było lepsze, ale nadal trudno mi powiedzieć coś złego o Ritual, które generalnie nie miało dobrej prasy. Obawiam się, że tak samo będzie z nowym albumem Keane, którego premiera coraz bliżej.
Podobny stosunek mam do duetu the Big Pink, o którym chcę dziś napisać kilka słów. Jeszcze zanim we wrześniu 2009 r. ukazał się ich debiutancki album A Brief History of Love, było o nich na tyle głośno, że mając na koncie tylko jeden singiel (Too Young to Love) otrzymali od NME nagrodę dla najlepszego nowego wykonawcy. W przetarciu na rynku na pewno pomógł im fakt, że nie byli całkowitymi nowicjuszami. Robbie Furze grał na gitarze w zespole Alec Empire, zaś Milo Cordell - syn producenta Denny'ego (w CV Joe Cocker, The Moody Blues, The Cranberries itd.) - wydawał w swojej firmie Merok Records płyty m.in. Klaxons i Crystal Castles. Sam album nie był wielkim sukcesem komercyjnym (w Wlk. Brytanii zajął dopiero 56 miejsce na liście sprzedaży), jednak udało mu się przynajmniej wypromować singiel Dominos (27 pozycja UK Charts, nagroda za utwór roku w ramach NME Awards 2010), który bardzo polubiły Eska Rock i Radio Gdańsk. Wysamplowała go też pewna raperka, której nie zamierzam tu reklamować (ci, którzy słuchali ubiegłego lata RMF Maxx wiedzą, o kim mówię).
Niestety muzycy chyba zbyt długo zwlekali z nowym krążkiem, ponieważ można odnieść wrażenie, że na wydane 16 stycznia Future This nikt nie czekał. 97 lokata brytyjskich notowań mówi sama za siebie. Czy rzeczywiście nie zasługiwał na uwagę?
Jeszcze kilka miesięcy temu bez słuchania powiedziałbym, że tak. Nawet przebojowe Dominos po pierwszych emisjach w Esce Rock wydawało mi się obleśne i knajpiane, dopiero po jakimś czasie uznałem tę piosenkę za superprzebojową. Słuchając jej trudno nie zgodzić się z recenzentem Pitchforka, który nazwał A Brief... "najlepszą płytą, jaką mogli nagrać The Verve, a nie nagrali". Co innego jednak jeden szlagier, a co innego większa dawka brzmień, które moja koleżanka Sylvia zwykła nazywać "muzyką hałaśliwą". To znaczy taką, która może dla fana metalu jest jak pierdnięcie myszy, ale i tak nieźle jazgocze, co na dłuższą metę może denerwować. Warto jednak dać tej płycie trochę czasu, a spod gitarowo-klawiszowego, momentami nieco industrialnego, hałasu zgodnie z tytułową obietnicą wyłoni się sporo wrażliwości i romantyzmu.
W zasadzie mógłbym wstawić tu całą płytę. Przekonałem się nawet do ballady Love in Vain, która wydawała mi się trochę nazbyt ckliwa oraz trącącego pubem Tonight. Entuzjastyczna opinia recenzenta "Daily Telegraph" ("coś na kształt współczesnego arcydzieła") nie wydaje mi się przesadzona. W końcu kultowa dla wielu wytwórnia 4AD nie podpisuje kontraktów z byle kim.
Arcydzieła mają to do siebie, że trudno je zreplikować. Muzyka The Big Pink ma jednak nadal to do siebie, że z większą liczbą przesłuchań bardzo zyskuje i utwory, które wydawały się wtórne (Stay Gold na pewno miało nawiązywać do Dominos, niebezpiecznie zatrąca też o Time to Pretend MGMT, zaś Rubbernecking jest utrzymane w tym klimacie, co Tonight) lub drażniące, zaczynają porywać i trudno jest sobie wyobrazić muzyczny krajobraz bez nich. Może sekret tego duetu polega na współpracy z dobrymi producentami - za "jedynkę" odpowiadali sami, ale miksował ją Rich Costey, przy singlach pomagał Alan Moulder, zaś "dwójką" zajął się sam Paul Epworth (wbrew pozorom kryterium doboru tematów do notek nie jest współpraca artystów z tymi panami:). W każdym razie ja wciąż ich "kupuję" i mam nadzieję, że jeszcze nadejdą dla nich lepsze dni. Bo biorąc pod uwagę ich korzenie, rychłej emerytury nie biorę pod uwagę :) Aby przetrwać, na pewno będą musieli nieco urozmaicić środki wyrazu, jakimi się posługują, mam jednak nadzieję, że nie zrezygnują z ich markowego wokalnego "chuligaństwa".
Z innej beczki, zachęcam do udziału w nowej ankiecie. Wypróbuję też program reklamowy - klikajcie proszę w banery w menu po prawej, może coś to da ;)
Tuesday, February 7, 2012
Thursday, January 12, 2012
Monografia: Cut Copy, czyli serca w ogniu
Gdy MUZYKO(B)LOGER coś mówi, zazwyczaj się to sprawdza - nawet jeżeli z pozoru wydaje się to absurdalne.
Monday, December 12, 2011
Monografia: White Lies, czyli cena miłości
To miłe uczucie, jeżeli jeden z Twoich ulubionych zespołów należy również do najpopularniejszych w kraju, w którym żyjesz, a co więcej - wie o tym i często go odwiedza, przede wszystkim w celach koncertowych. W poprzednim stuleciu takimi artystami byli dla Polski przede wszystkim przedstawiciele różnych niszowych gatunków i weterani rocka, jednak wydłuża się również lista ulubieńców młodej widowni, którzy z wzajemnością polubili kraj nad Wisłą.
Sunday, November 27, 2011
Monografia: Mew, czyli triumf człowieka
Uff! Ależ dzisiaj były emocje w finale "Mam talent!" Udzieliły się całej mojej rodzinie. Bardzo dobry skład pierwszej trójki i moim zdaniem zasłużony zwycięzca.
Thursday, November 10, 2011
Recenzja: Coldplay "Mylo Xyloto", czyli wodospad białych róż
Jako uczeń pierwszej klasy liceum byłem wielkim fanem audycji muzyki alternatywnej, jakie wieczorami w lokalnej rozgłośni Radia Plus prowadził Adam Czajkowski - weteran studenckiego Radia ARNet, znany prezenter trójmiejskich klubów, ponoć posiadacz największej kolekcji płyt w tej aglomeracji. Mówiąc o wydanym pod koniec 2002 r. krążku A Rush of Blood to the Head porównał go do October U2, dodając z właściwą mu złowieszczą nutą: "A po October było już War"...
Monday, November 7, 2011
Wpis powitalny, czyli New Kid On The Blog!
Chcę tym blogiem trafiać prosto w serce!
Subscribe to:
Posts (Atom)














