Showing posts with label Lana del Rey. Show all posts
Showing posts with label Lana del Rey. Show all posts

Saturday, January 11, 2020

Ranking: Top ulubionych piosenek z 2019


Tak kobiecej pierwszej dziesiątki (siedem głosów z grona płci pięknej, w tym pięć solistek) w moim rankingu ulubionych piosenek roku chyba jeszcze nie było!

Saturday, March 31, 2018

Tygodnik nr 13/2018


Piosenka tygodnia

Unmasked: The Platinum Collection to wydana 16 marca składanka największych przebojów potentata brytyjskiego musicalu Sir Andrew Lloyda Webbera. Znalazły się na niej legendarne utwory m.in. z Jesus Christ Superstar, Kotów i Upiora w operze, a także nowa wersja You Must Love Me z Evity wyśpiewana przez Lanę Del Rey. 

Friday, February 23, 2018

Ranking: Top ulubionych albumów z 2017

Yumi Zouma to jedyna formacja, która w tym roku miała realną szansę na umieszczenie dwóch płyt w rankingu (szczegóły niżej)

Wiem, że w trudno to uwierzyć, ale zestawienie moich ulubionych płyt poprzedniego roku zarówno w 2015, jak i w 2017 r. opublikowałem tego samego dnia - 7 marca. W 2016 r. nie było go w ogóle (pewnie w tym roku wreszcie to nadrobię).

Sunday, January 14, 2018

Ranking: Top 100 ulubionych singli z 2017


Korine - gdyby utworzyć na podstawie tych 125 utworów ranking artystów, wylądowaliby na drugim miejscu (za Laną Del Rey)

W tym roku tworząc ranking ulubionych singli trafiłem na nieznane wcześniej wyzwanie - musiałem w miarę sprawiedliwie ocenić kilkadziesięć utworów, które na bieżąco selekcjonowałem wrzucając do nich linki na Twitterze i Facebooku, a jeżeli bardzo mi się podobały - dodając do playlisty Elektroenergii na Spotify, jednak brakowało mi ściągi w postaci lokat na prywatnej liście przebojów, ponieważ we wrześniu zaprzestałem jej prowadzenia. Być może nie zauważycie tych dylematów, gdyż niestety co roku opublikowane później piosenki mają mniej szanse na zapisanie się w pamięci, więc zajmują niższe lokaty, co pewnie widać w "nieszczęśliwej dwudziestce piątce" kawałków, którym niewiele brakowało do zmieszczenia się w pierwszej setce.

Tuesday, June 26, 2012

Top New odc. 1 i 2, czyli romantyczna synteza

I tak to się zaczęło! Pierwsza RT Lista (skrót od Retro Trash, rozważałem jeszcze nazwę Yacht Lista) ujrzała światło dzienne 18 kwietnia br. i liczyła sobie 30 pozycji bez podziału na gatunki w sekcji Top Retro i 15 pozycji w sekcji Top New. W odpowiednim wątku wyłuszczyłem powody, dla których chciałem ograniczyć się tylko do piosenek z przeszłości, jednak dałem się przekonać, że stopniowo rozszerzałem listę nowości. W drugim notowaniu z 26 kwietnia liczyła ona już 20 pozycji, a na tym się nie skończyło.

W historycznym pierwszym notowaniu zwyciężył australijski zespół, na którego drugą płytę fani czekali prawie cztery lata. Klip już reklamowałem na profilu, można się nieźle ubawić doszukując się sobowtórów polskich celebrytów (a może tylko ja mam spaczone poczucie humoru?) Aż siedem piosenek (pozycje 2, 5, 7, 11, 12, 13 i 15) poznałem dzięki świetnemu blogowi Romantic Synthesis, którego prowadzący niestety wkurzył się na wiecznie szwankujący Onet i ostatnio skupił się na promowaniu muzyki lat 80., co było zresztą jego pierwotną idee fixe. Kill for Love - płytę pochodzących z amerykańskiego Portland Chromatics uważam za jedną z najlepszych spośród wydanych w tym roku. Po pierwszym przesłuchaniu ciarki nie schodziły mi z pleców przez kilka minut. Brytyjskich wariatów z Fixers poznałem dzięki przypadkowo słuchanej audycji w Absolute Radio. Single promujące drugą płytę The Big Pink na początku zlekceważyłem, potem tego żałowałem. Do nowej odsłony Donkeyboy przekonało mnie Radio Kolor. Reszta pierwszej dziesiątki to kolejne single z płyt wydanych w 2011 r., szczególnie na Willa Younga długo sarkałem ku utrapieniu Muzykoblogera. Tenże polecając mi nową propozycję Santigold (może pamiętacie ją z Eski Rock z czasów kiedy jeszcze podpisywała się Santogold) po raz kolejny dał dowód niepospolitego wyczucia w identyfikacji intrygujących, szczególnie żeńskich wokali.

1. Van She - Idea of Happiness

2. Bright Light Bright Light - Waiting for a Feeling

3. Fixers - Iron Dear Dreem


4. The Big Pink - Hit the Ground (Superman)
5. Chromatics - Back from the Grave
6. Donkeyboy - City Boy (dotarło z opóźnieniem...)
7. Orbital - New France (feat. Zola Jesus)
8. Bombay Bicycle Club - Leave It
9. Kasabian - Goodbye Kiss
10. Will Young - Losing Myself

11.Bear In Heaven - Reflection of You
12.Shearwater - You as You Were
13.The Twilight Sad - Another Bed
14.Santigold - Disparate Youth
15.School of Seven Bells - Lafaye

Top 20 New Notowanie 2 - 26.04.2012

To był jak na razie najbardziej nieoczekiwany numer 1 i "wypad" z listy. Singiel Pull of the Eye nie bardzo mnie przekonywał (choć z perspektywy czasu też nie razi za mocno), postanowiłem więc wstawić do notowania ten taneczny utworek wyraźnie inspirowany twórczością moich ulubionych Pet Shop Boys. Pozycje 2, 11 i 17 to kolejne piosenki z playlisty Artura z Romantic Synthesis, "piątka" pochodzi z jednej z najbardziej przeze mnie oczekiwanych płyt tego roku. Więcej na ten temat w swoim czasie, w każdym razie nie zawiodłem się ;) Doczekaliśmy się też pierwszej piosenki po polsku. Ta piosenka to trochę połączenie Halo ziemia z My Happy Ending Avril Lavigne, ale miło było dostrzec Magdę i Goyę z taką werwą na radiowych playlistach.

1(N) 1 Donkeyboy - Darkest Hour 
 
2(N) 1 Strangers - Shine on You

3(4) 2 The Big Pink - Hit the Ground (Superman)


4(2) 2 Bright Light Bright Light - Waiting for a Feeling
5(N) 1 Kent - 999
6(1) 2 Van She - Idea of Happiness
7(4) 2 Orbital - New France (feat. Zola Jesus)
8(3) 2 Fixers - Iron Dear Dreem
9(11) 2 Bear In Heaven - Reflection of You
10(5) 2 Chromatics - Back from the Grave

11(N) 1 Tanlines - All of Me
12(10) 2 Will Young - Losing Myself
13(7) 2 Bombay Bicycle Club - Leave It
14(8) Kasabian - Goodbye Kiss
15(14) 2 Santigold - Disparate Youth
16(13) 2 The Twilight Sad - Another Bed
17(N) 1 Clock Opera - Man Made
18(N) 1 Goya - Chwile

19(12) 2 Shearwater - You as You Were
20(13) 2 School of Seven Bells - Lafaye
Podziękowałem:
Donkeyboy - City Boy (z 5, 1 tydzień)

A prawda jest taka, że jeszcze o wielu nagraniach będę się mądrzył w nadchodzących tygodniach, a tak naprawdę to wciąż największe wrażenie na mnie robi ONA. Gdyby RT Lista wystartowała wcześniej, na jednym pierwszym miejscu mogłoby się nie skończyć...

Monday, March 12, 2012

Recenzja: Lana Del Rey - Born to Die, czyli przypadek czy plan

 
Moi koledzy z klasy nie mogli odżałować, że Redford zagrał w tym filmie z Mią Farrow. O wiele bardziej podobała im się grająca Jordan Lois Chiles :)

Ma się wrażenie, że recenzje takich płyt, jak Born to Die, same się piszą. Tylko, że od razu powstają w tylu wersjach, że trudno zdecydować, która powinna ujrzeć światło dzienne. Hmmm...

Zacznę może od uwagi natury ogólnej. Jak pewnie zauważyliście, bohaterami większości moich postów są mężczyźni, jednak nie ukrywam, że najbardziej lubię pisać o kobietach. A to dlatego, że faceci na scenie najczęściej po prostu są. Mądrzy lub głupi, przystojni czy też odpychający, w koszuli albo bez, nie mają zbyt wiele do zaoferowania poza swoją muzyką. Poza tym, co gorsza najczęściej występują zespołowo, więc trudno się zdecydować, na którym skupić uwagę. Tymczasem kobieta na scenie to najczęściej nie tylko twarz plus piosenki, lecz cały wizerunek - im lepiej trafiający w oczekiwania widowni, tym lepiej dla powodzenia przedsięwzięcia.

Przykładów takich modeli, w które wpisują się najpopularniejsze wokalistki, można wymienić bez liku. Lady Gaga to kosmitka obwieszająca się mięsem, walcząca o prawa gejów, lesbijek i chwilami strach pomyśleć kogo jeszcze. Katy Perry, jak już kiedyś pisałem, to głupkowata, ale dla wielu urocza amerykańska dziewczyna z sąsiedztwa. Adele na początku wpisywała się w stereotyp zawadiackiej, mało troszczącej się o wygląd dziewczyny z brytyjskiego pubu (inne przykłady: Lily Allen, Kate Nash), ale dzisiaj sprawia wrażenie reklamy leniwych uroków amerykańskiego Południa (szczególnie w Someone Like You), tak jak Florence + The Machine przejęła po Kate Bush rolę ambasadorki brytyjskich wrzosowisk. Od czasów Bjoerk wiadomo, że skandynawskie piosenkarki bywają ekscentryczne (Lykke Li, Oh Land). Inni znowu kochają Alabastrowe Brunetki w Gorsetach (np. Amy Lee). A ileż jest metod sprzedaży egzotyki (teraz ładniej zwanej "multikulturowością") poprzez pop... (Shakira, Jennifer Lopez, Rihanna, MIA...)

Lizzie Del Rey, tfu!, Lana del Grant, wróć!, Lana Del Rey też pojawiła się na rynku muzycznym wraz z całym "opakowaniem". Wiem, że sama określiła słusznie swoje emploi jako "gangsta Nancy Sinatra", ale mi jej kreacja sceniczna bardziej kojarzy się z pewną postacią... literacką. Kojarzycie może taką powieść (ewentualnie film) Wielki Gatsby? Była to moja lektura licealna w ramach przygotowań do matury międzynarodowej z języka angielskiego. Moi koledzy twierdzili, że to "romansidło", jednak sam czułem sympatię do postaci tajemniczego nuworysza z Nowego Jorku próbującego bezskutecznie odzyskać miłość swojej zamężnej już sąsiadki. Po wysłuchaniu Born to Die mam wrażenie, że gdyby owa piękność ze Środkowego Zachodu, Daisy Buchanan nagrała płytę, brzmiałaby właśnie tak - opisy imprezowego życia podszyte potężną dozą goryczy i desperacji.

Co można powiedzieć o samej muzyce? Moja pierwsza jednozdaniowa recenzja tego materiału brzmiała surowo: "Mogła nagrać kawałek tytułowy i nie męczyć się z resztą". Chociaż na tej płycie nie ma nic równie majestatycznego, z biegiem czasu doszedłem jednak do wniosku, że dobrze służy jako "opener". Wydaje się bowiem komunikować, że świat, w którym osadzone są pozostałe piosenki, nie jest tylko światem bezmyślnej konsumpcji (a chwilami może się tak wydawać) i sercowych problemów typowych dla nastolatek, ale jest pogrążony w dekadencji. Te mrocznawe tony (zasługa i śpiewu Lany i odpowiedniej produkcji) dodają płycie nieoczekiwanej głębi.



Moja druga jednozdaniowa recenzja brzmiała następująco: "Muzykoblogerze, czy Ty w tym słyszysz new jack swing?" Ludziska, jeżeli znacie tylko Video Games, to nic nie wiecie o kobiecie znanej rodzicom jako Lizzy Grant. Pierwsze kilka utworów brzmi jak kolekcja jazzujących coverów Fergie, Gwen Stefani albo Niny Sky (How do you like me now z Radio przypomina mi pewną linijkę z przeboju niedawno opisywanych przeze mnie The KLF). Dopiero bliżej końca albumu robi się bardziej tradycyjnie i spokojniej. Naprawdę ta dziewczyna ma więcej wspólnego z Nicki Minaj niż fakt, że nieźle prezentuje się w szortach :) Tym bardziej, że jeżeli nagra jeszcze jedną płytę w tej poetyce, nie od rzeczy będzie opracowanie tezaurusa dla fanów z informacjami, która to jest "piosenka o szmince", a który "numer o sukience" :)

Summa summarum, każdy z tych utworów ma w sobie coś ciekawego, a to spore osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że jest ich 12, a w wersji bonusowej aż 15. Duże wrażenie robi beztrosko wtrącone Oh oh oh, ha ha ha w melancholijnym Dark Paradise oraz The National Anthem - piosenka jednocześnie tak patetyczna i groteskowa, że nie da się jej opisać, trzeba jej posłuchać. Fanki pewnie polubią utworek, który Muzykobloger powinien czym prędzej otagować jako girl (nomen-omen) anthem :) (Note: embedów dziś nie ma, ponieważ wszystko poza singlami zniknęło z YouTube, a z Vimeo mam kłopoty). O dziwo, inwencją ten krążek bije na głowę Our Version of Events Emeli Sande, która na rynku brytyjskim miała pokonać rywalkę zza Oceanu bezpretensjonalnością i profesjonalizmem. Niestety pomiędzy otwierającym zestaw Heaven a zamyjącym go Read All About It chyba tylko najbardziej sentymentalni romantycy znajdą coś dla siebie...

Jest o wiele lepiej niż się spodziewałem, ale zgadzam się z moim kolegą o ksywie Mavoy, który napisał na swoim Twitterze, że nie przejąłby się, gdyby Grantówna dotrzymała słowa i nie nagrała następcy Born to Die, ponieważ sprawia wrażenie kogoś, komu szybko kończą się dobre pomysły. Też obawiam się, że nie da się przez całą karierę balansować w pół drogi między Palomą Faith a MIA. Skoro wyczerpano już dwie popularne opcje (r'n'b i klimaty "kawiarniane"), zostaje właściwie tylko electro, a to może skończyć się wspólnym recytowaniem listy zakupów z oczywiście Nicki Minaj. Z kolei kalka tej płyty może nie wywołać większego zainteresowania. Może nagranie coverów rzeczywiście byłoby dobrym pomysłem? (Z czysto marketingowego punktu widzenia na pewno) Ja radziłbym tej pani przez jakiś czas wykorzystać swoją nowo zdobytą pozycję celebrytki w innej gałęzi szołbiznesu (film? moda?), a drugi album wydać dopiero, kiedy nie będzie wątpliwości co do słuszności obranej koncepcji. A wtedy może powstanie coś równie ponadczasowego, jak Wielki Gatsby. Oby nie było tylu trupów na końcu, co tam :) Muzyka tej dziewczyny może się podobać lub nie, ale sprawia wrażenie "zwierzęcia medialnego" - a dzięki takim ludziom scena pop jest ciekawsza.


PS. Do tych, którzy chcieli playlist z okazji Dnia Kobiet. Ostatnio nie za dobrze się czułem, potem zwaliła się na mnie robota, a w końcu dopadł mnie kryzys twórczy, ale na pewno w tym tygodniu pojawią się może nawet dwie. Tak że zamiast Dnia Kobiet, będzie Tydzień Kobiet (swoiście połączony z ostatkami po Dniu Mężczyzn:)

Thursday, January 19, 2012

Felieton: Hang the DJ? albo Barbados czy Galapagos?


Na pewnym forum toczy się ostatnio dyskusja, której sedno można ująć w jednym zdaniu: Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze?