Showing posts with label norwegian. Show all posts
Showing posts with label norwegian. Show all posts

Wednesday, April 25, 2012

Za co cenimy...a-ha i Mortena Harketa?


Każdy z nas na pewno czegoś w swoim życiu bardzo żałuje. Moim największym muzycznym wyrzutem sumienia jest absencja na koncercie A-Ha w Łodzi w listopadzie 2009 r., tym bardziej, że było tam wielu moich znajomych z forum i świetnie się bawili (co było dla mnie zrozumiałe samo przez się). Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi - zazwyczaj chodzi o pieniądze, o kobietę albo obydwie rzeczy na raz. Nie pamiętam, jak było w moim przypadku i nie chcę już do tego wracać. W każdym razie wyciągnąłem wnioski i ani nie odpuszczę New Order - kolejnej kapeli, która być może daje nam w tym roku ostatnią okazję posłuchać się na żywo (inna sprawa, że jak mówią specjaliści bez Hooky'ego to już nie to...), ani nie odpuszczę Norwegom, jeżeli jeszcze kiedyś pojawią się w Polsce. Wprawdzie oficjalnie była to ich pożegnalna trasa, ale przecież z show-businessem żegnali się i Scorpions, i Cher, i Tina Turner, a potem z realizacją tych deklaracji bywało różnie. A przecież wszystko to przedstawiciele jeszcze starszej generacji. Stali bywalcy wątku poświęconego tej grupie na forum.80s.pl (Gosia, obserwator, Sylvia i inni), który uważam, że najbardziej aktualne i najpełniejsze źródło wiedzy o A-Ha i solowych projektach członków tego tria w Polsce, chyba się już z tymi pogodzili, ale ja wierzę, że natura ciągnie wilka do lasu.

Pisanie o A-Ha przypomina nieco pisanie o Europe. Obydwa składy mimo poruszania się w zupełnie innej stylistyce należą do moich ulubionych i trudno byłoby mi ograniczyć się do wymienienia mojego Top 10 ich ulubionych numerów. Z drugiej strony mam świadomość, że dla coraz większej części populacji jest to gwiazda jednego przeboju (jak on się nazywał...Lesson One?) A jeszcze w okresie promocji albumu Lifelines w playliście Radia Zet były po 3-4 jego piosenki... Dlatego mimo, że nie próbuję iść w zawody ze wspomnianym forumowym wątkiem, uważam, że dzięki takim postom, jak ten, mój blog spełnia ważną rolę edukacyjną ;)


Analogii z Europe jest zresztą więcej - to dwie formacje ze Skandynawii składające się z przystojnych muzyków (ze szczególnym wskazaniem na wokalistę), które z tego powodu nie były traktowane tak poważnie, jak na to zasługują. Oczywiście trudno traktować poważnie zapewnienia gitarzysty Pala Wakhtaara, że jego zespół był "bardziej rock'n'rollowy niż Stonesi", jednak gdyby nie kilka chwytliwych syntezatorowych singli, prawdopodobnie Norwegów wspominalibyśmy dzisiaj nie jako gwiazdy lat 80., lecz...legendy indie. I też nie tylko wbrew pozorom ze względu na płyty wydane w XXI wieku, lecz również wcześniejsze dokonania.

Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć na naprawdę mnóstwo różnych sposobów:
1. Za pięciooktawowy głos wokalisty Mortena Harketa, o którym mówi się, że mógłby nim ciąć szkło :) "Powrotny" singiel Summer Moved On z 2000 r. zawiera najdłuższą nutę wyśpiewaną przez wokalistę w singlowym nagraniu notowanym na brytyjskiej liście przebojów (trwa 20,2 sekundy!). Nieszczęsne Take On Me to też doskonały materiał do wokalnych popisów.





1b) Za piękne kości policzkowe wokalisty :)


2. Za piosenki "w stylu a-ha", czyli podniosłe, dynamiczne, bardzo ejtisowe numery z nośnymi refrenami, w których Morten może w pełni ukazać swoje wysokie rejestry. Gdyby każda ich piosenka spełniająca te kryteria miała zostać singlem, mieliby ich dwa raz więcej. Załapałoby się m.in. The Swing of Things.





3. Za piękne ballady, z których co najmniej trzy zyskały status klasyków muzyki pop ostatniego ćwierćwiecza. Jedna nawet półwiecza, ponieważ jest coverem kompozycji The Everly Brothers z 1963 r. (Klip numer trzy znajdziecie w punkcie czwartym). 





4. Za nowatorskie teledyski. Bardziej od nich swoimi klipami w latach 80. namieszali chyba tylko Michael Jackson, Madonna i Duran Duran. Obsypane nagrodami MTV Take On Me było pierwszym tego typu obrazem wykonanym w technice rotoskopii (połączenie gry aktorskiej z animacją i komiksem). W 2002 r. wiele pochwał zebrało oparte na filmie dokumentalnym Mortena Skalleruda z 1991 r. wideo do Lifelines, którego pełna wersja przedstawiała w przyspieszonym tempie rok z życia wioski w północnej Norwegii.







5. Za "nordycki chłód i tajemniczość" :) Na albumie Memorial Beach z 1994 r. panowie wręcz przesadzili z budowaniem nastroju, ponieważ poza singlami Dark Is the Night (For All) (ale by ta piosenka szalała po amerykańskich koledżowych radiostacjach w wykonaniu trochę młodszego zespołu...) i może Angel in the Snow sprawia ona wrażenie zbioru niedopracowanych pomysłów. Lepiej pod tym względem prezentuje się np. wcześniejsze nagranie Living a Boy's Adventure Tales. Na ostatnich krążkach także można znaleźć kilka numerów, przy których czuje się na plecach oddech Buki... (Aby usłyszeć to drugie w Radiu Plus kilka razy zrezygnowałem z obiadu w licealnej stołówce :), bo miałem wrażenie, że najczęściej jest nadawane po godz. 19.00 :)





6. Za umiejętne wykorzystanie kobiecych wokali. To domena ostatnich albumów. Na singlu Velvet oraz w uroczym You'll Never Get Over Me można usłyszeć Amerykankę Lauren Savoy - żonę Pala, z którym tworzy zespół Savoy (to on jako pierwszy wykonywał Velvet), w Turn the Lights Down - uznaną norweską wokalistkę Annelie Drecker, którą być może kojarzycie z promowanej w ubiegłej dekadzie w Trójce formacji D-Sound.



7. Za rekord Guinnessa w kategorii "największa widownia na biletowanym koncercie", pobity na festiwalu Rock in Rio II stadionie Maracana w Rio de Janeiro w 1991 r. Na występ Norwegów pofatygowało się 198.000 fanów - więcej niż np. na Guns 'n' Roses. Szacun! (O ile pamiętam jeśli chodzi o występy niebiletowane rekord dzierży Rod Stewart i też został on pobity w Rio, tylko, że na Copacabanie).

8. Tak zupełnie prywatnie - za raczej niedocenianą, a pełną smaczków, płytę East of the Sun, West of the Moon z 1990 r. Moim osobistym faworytem jest utwór Rolling Thunder, który doskonale łączy "stare" syntezatorowe a-ha z "nowym" gitarowym. Ale warto też zwrócić uwage na Slender Frame, Waiting for Her czy Cold River.

9. Za to, że rzeczywiście kończą na szczycie, jak to anonsowało ich ostatnie tournee. Album Foot of the Mountain, mimo że promował go dość nijaki singiel, mógł się podobać fanom zespołu z lat największej świetności, Depeche Mode :), a mniemam, że również "nowego" a-ha.

10. Last but not least, za ciekawe projekty solowe. Klawiszowiec (ale też gitarzysta) Magne Furuholmen współpracował poza a-ha z muzykami Coldplay i Travis, a z Guyem Berrymanem z tej pierwszej ekipy, Jonasem Bjerre z Mew i producentem Martinem Terefe tworzy alternatywną supergrupę Apparatjik. Pal Waaktaar-Savoy (zmienił nazwisko po ślubie) tak jak wspomniałem nagrał wraz z żoną sześć albumów, a w 2011 r. zapoczątkował nowy projekt Weathervane. Czemu trudno się dziwić, największy solowy sukces z całej trójki odniósł wokalista. W tym miesiącu ukazał się jego piąty album wydany na własne konto pt. Out of My Hands. Zebrał bardzo ciekawe grono autorów (muzycy Pet Shop Boys, Kent, Dave Sneddon - pierwszy zwycięzca programu Fame Academy w Wielkiej Brytanii, idol nastolatek z lat 90. Espen Lind), ale rezultaty ich pracy spotkały się z dość mieszanymi recenzjami. Poprzednie indywidualne dokonania Harketa w porównaniu z muzyką a-ha brzmiały albo introspektywnie, albo staromodnie. Tym razem mamy właściwie przedłużenie ostatniego etapu historii macierzystej grupy - melodyjny pop, który równie dobrzy brzmi w radiu teraz, jak brzmiałby ćwierć wieku temu. Trochę brakuje mi na tej płycie urozmaicenia - do pewnego stopnia stanowi je przeróbka przeboju grupy Kent sprzed dekady. Jednak jak pokazują, wyniki sprzedaży fanom wokalisty w ojczyźnie, Niemczech i Europie Wschodniej taka sentymentalna podróż chyba wystarcza. Ale skoro można to robić w pojedynkę, czemu by nie w trzech?

Na koniec dodam jako ciekawostkę, że członkowie a-ha są też ludźmi utalentowanymi plastycznie, a Morten miał epizod aktorski, po którym została urocza piosenka :)

Friday, April 13, 2012

Donkeyboy i Miike Snow, czyli wszystko jest hybrydą?


Tak się składa, że ogromna większość premier płytowych, na które oczekiwałem w pierwszych miesiącach roku, ma jakiś związek ze Skandynawią. Zresztą nie tylko ja - niejeden by się chętnie odświeżył przy dźwiękach duetu Niki & the Dove, ale we większych dawkach będzie to możliwe dopiero w maju. Dlatego prawie dwa tygodnie temu ogłosiłem kwiecień Miesiącem Skandynawskim na Pop Goes the Blog, niestety kilka dni później dopadły mnie problemy techniczne, których do dzisiaj nie udało mi się do końca pokonać, dlatego publikacja pierwszego z czterech planowanych postów tak bardzo się opóźniła.

Część wykonawców, o których chcę napisać, to już stare wygi (w przypadku jednego z nich słowo "weteran" trochę mi nie pasuje), jednak chciałem zacząć od dwóch "gorących" nazw ostatnich lat. W tytule posta umieściłem nazwę biografii Linkin Park, którą mój licealny kolega Julian wypatrzył bodajże w efemerycznym miesięczniku "Muza" i uznał za przykład dekadencji współczesnego rocka :) Trudno, żeby nie przypomniało mi się to wydarzenie, kiedy pisałem o zespole nazwanym na pewnym rosyjskim forum "osłomalczik" :) oraz projekcie, który w swoim logo ma...rogatego zająca.

I. Donkeyboy, czyli życie w stereo
Pamiętacie jeszcze grupę Donkeyboy? W Polsce to właściwie zespół jednego przeboju - Ambitions, chociaż w niektórych stacjach radiowych (m.in. Zet, chyba też Złote Przeboje) można było usłyszeć (choć krótko) też drugi singiel z ich debiutanckiej płyty Caught in a Life - Sometimes. Nie da się tego porównać ze skalą sukcesu, jaki odnieśli w 2009 r. w rodzinnej Norwegii. Ambitions to drugi najpopularniejszy singiel w historii tego kraju oraz największy hit autorstwa rodzimego wykonawcy (większą popularność zdobyło tylko Love Hurts Nazareth), a także na razie jedyny numer 1 tej ekipy w Szwecji. Ambitions i Sometimes łącznie przebywały aż 21 tygodni na szczycie notowań. Był to pierwszy przypadek w ich historii, w którym dwa utwory jednego wykonawcy trafiły pod rząd na pierwsze miejsce listy. Sometimes wracało na prowadzenie dwa razy - pierwszym kawałkiem, który zdetronizował ten przebój był...Töntarna szwedzkiej grupy Kent (hahahaha). Ogółem z albumu "wykrojono" 6 (!) singli, z czego tylko ostatni - Stereolife nie załapał się do pierwszej dziesiątki norweskiej listy przebojów, ani w ogóle się w niej nie pojawił, po czym wnioskuję, że prawdopodobnie trafił jedynie do promocji radiowej.






Moim zdaniem był to sukces całkowicie zasłużony. Grupa zaprezentowała światu własny styl, trudny do jednoznacznego zaklasyfikowania, chociaż budzący wyraźne skojarzenia z klimatami retro. Syntezatory nadawały ich muzyce słodyczy, którą równoważyły teksty, w których często pojawiał się temat zagubienia i niepewności (sam tytuł płyty był wymowny). To już chyba skandynawska specyfika, że nawet mające zachęcać do nierezygnowania z marzeń Ambitions brzmi dość złowieszczo (szczególnie w połączeniu z pierwszą wersją teledysku). Na tyle złowieszczo, że np. Wielka Brytania musiała zadowolić się spłyconą wersją w wykonaniu jednego ze zwycięzców X Factora - Joe McElderry'ego. Może poza Promise Kept każdy z tych 10 utworów ma w sobie coś, co czyni ten krążek jednym z najlepszych w ostatnich latach w kategorii "wszechwag", a jeśli chodzi tylko o pop, może z nim konkurować chyba tylko debiut Gypsy & The Cat.

Kariera Donkeyboy bardzo przypomina losy innego zespołu, który zdobył w ostatnich latach uznanie ludzi mieniących się "koneserami dobrego popu" - duńskiego Alphabeat. Oni też zaczynali od utworów, które przynajmniej mi kojarzyły się z Grease, a na drugim albumie poszli całkowicie w muzykę taneczną - poza trzema singlami z bardzo miernym skutkiem. Formacja z Drammen powoływała się na inspiracje Tomem Pettym, Fleetwood Mac i Pet Shop Boys - na longplayu Silver Moon, który ukazał się 2 marca, słychać już tylko tych ostatnich. Właściwie jedynym wyjątkiem jest ballada All Up to You, która dziwnie przypomina inną ciekawą kompozycję - Your Ex-Lover Is Dead kanadyjskiej grupy Stars. Stylistyczna wolta to jednak nie wszystko - na płycie nie uświadczymy już oryginalnego, ekspresyjnego głosu Linnei Dale. Przyczyna jest chyba dość prozaiczna - zbliża się premiera debiutanckiego krążka wokalistki, która w 2007 r. zajęła siódme miejsce w norweskim Idolu (ciekawe, czy jej rywale byli rzeczywiście lepsi od ówczesnej siedemnastolatki...) Niestety zastępujące je panie Vivian Sørmeland (trzecie miejsce w Idolu 2006 - co ciekawe, wygrał jej chłopak) i nieznana mi skądinąd Elisabeth Sæverås to już nie ten kaliber, a bardziej aż za dobrze nam znane klimaty Velvet itd.

Można zapytać, jak robią to ostatni niektórzy fani Bad Boys Blue ;), po co żonglerka wokalistkami w zespole z chłopcem w nazwie? Tym bardziej, że złośliwi mogą powiedzieć, że np. utwór Stay i bez tych dziewczyn brzmi jak Kelly Clarkson z Papa Dance w chórkach. Cóż, głos Cato Sundberga, który zdecydowanie dominuje na ostatnim krążku, nie wszystkim musi się podobać, choć ja akurat do falsetów nic nie mam (co ciekawe, jego brat klawiszowiec ma na imię...Kent - hahahaha). W każdym razie odpadł czynnik zaskoczenia - płyta przegrała w Norwegii walkę o szczyt z Brucem Springsteenem, a singiel City Boy (być może znacie go z propozycji do listy przebojów Radia Zet lub Radia Kolor) spędził na nim tylko tydzień (za to w Danii aż cztery). Mam nadzieję, że po dość przeciętnym Pull of the Eye następnym zostanie coś, co wynagrodzi mi fakt, że promocja pierwszej z wymienionych tu piosenek zaczęła się już w listopadzie (MUZYKO(B)LOGERZE, ja wiem, że Ty czujesz mój ból...)







II. Miike Snow, czyli koń nie jest domem

...a Miike Snow nie jest wokalistą (ani kapusiem - hehehehe; nie wiem skąd mnie dzisiaj naszedł taki apetyt na suchary). Jest to zespół, który powstał w 2007 r., a tworzą go producenci Christian Karlsson i Pontus Winnberg oraz nowojorski wokalista Andrew Wyatt. Być może te nazwiska nic Wam nie mówią, ale to już uznane marki w świecie muzyki pop (najwyraźniej na tyle rozpoznawalne, żeby kryć prywatność za maskami:). Wyatt jest współautorem hitu Bruno Marsa Grenade (piosenka jak piosenka, ale doczekała się fajnej parodii), zaś pozostali panowie jako Bloodshy & Avant współpracowali z Britney Spears, Madonną, Kylie Minogue, Christiną Millian, Ms. Dynamite oraz wspominaną przeze mnie niedawno Sky Ferreira.

Najwyraźniej jednak postanowili wykorzystać zdobyty rozgłos promując nieco inne brzmienia. Na dobrą sprawę trudno opisać jakie, ponieważ obydwa albumy tego projektu (eponimiczny z 2009 i Happy to You z marca) cechował duży eklektyzm. Chyba najbardziej utożsamiani są z czymś, co z braku lepszych terminów określiłbym "reggae folkiem", czasami wręcz zatrącający o wodewil (jak w God Help This Divorce). Taki charakter miał pierwszy singiel Animal, piosenka Song for No One czy (trochę) Bavarian No.1 i Archipelago z drugiej płyty. Na debiucie bardzo dobrze wyszły im też ballady. (Przez dłuższy okres miałem niejasne wrażenie, że Silvia zainspirowała...Save the World Swedish House Mafia).






Jednak nie zapominajmy, że mamy do czynienia z uznanymi remikserami, nie obyło się więc bez akcentów klubowych. Na pierwszym krążku taką rolę spełniał m.in. kawałek pod zdroworozsądkowym tytułem A Horse Is Not a Home :), a promocja drugiego zaczęła się od mocnego uderzenia, jakim jest alternatywny kuzyn Pjanoo Erica Prydza - czyli Paddling Out. A jeśli ktoś ma ochotę na więcej, jest jeszcze Devil's Work...i chyba jeszcze bardziej klubowy Pretender i karnawałowy No Starry World. No i oczywiście zbliżający się występ na Burn Selector Festival w czerwcu. W niektórych piosenkach chyba dały o sobie znać fascynacje czarnymi rytmami (The Vase, God Help This Divorce - wydaje mi się, że ten numer powinien spodobać się też fanom The Flaming Lips). Pojawia się też koleżanka z labelu Lykke Li - a jak wiadomo, gdzie jest Lykke Li, tam musi być dziwnie :) Chociaż w spokojniejszych utworach bardzo kojarzy mi się ona z klasycznymi girl groups, ale to już temat na osobne dywagacje...