Thursday, January 12, 2012

Monografia: Cut Copy, czyli serca w ogniu


Gdy MUZYKO(B)LOGER coś mówi, zazwyczaj się to sprawdza - nawet jeżeli z pozoru wydaje się to absurdalne. Powiedział kiedyś do mnie: "przecież ty kochasz The Big Pink" i...rzeczywiście zakochałem się w muzyce tego duetu, choć na początku był to trudny romans ;) (po skompletowaniu rankingów na koniec roku na pewno o nich napiszę) Tylko miłości do I Blame Coco nie był mi w stanie wmówić ;) Za to przez prawie cały ubiegły rok tytułował mnie "fanem Cut Copy", w gruncie rzeczy tylko dlatego, że poleciłem mu pewną ich piosenkę. Wtedy na pewno nie zasługiwałem na to miano, ale...teraz już na pewno :)

A przecież początki mojej sympatii do założonej w 2001 formacji z australijskiego Melbourne były bardzo skromne. Po prostu kilka razy usłyszałem w różnych kontekstach "Cut Copy to, Cut Copy tamto", dlatego uznałem, że to musi być jakiś istotny alternatywny projekt i wypadałoby się z nim zapoznać. Tak trafiłem na numer Hearts on Fire, który po prostu zwalił mnie z nóg. Było dla mnie nie do pojęcia, że ktoś bez poczucia narażania się na obciach pokusił się o stworzenie tak udanego pastiszu muzyki klubowej lat 90., wręcz euro-dance. Do tego okraszonego kapitalną partią saksofonu i iście neworderowym basem. Gdyby ktoś stworzył mash-up tego kawałka i Distance of the Modern Hearts Kamp! sprowokowałby chyba masową orgię :), a na pewno wprowadził w ekstazę producentów gier typu GTA Vice City.



Tylko, że ta perełka pochodzi z drugiego albumu grupy - In Ghost Colours z 2008, a w 2011 ukazał się już kolejny, Zonoscope. Z promującym go singlem Need You Now miałem ten sam problem, co wcześniej z Kim & Jessie. Wiosną dwa razy trafiłem na jego końcówkę w radiowej Czwórce, ale na szczęście, kiedy już powoli godziłem się z tym, że go nie zidentyfikuję, udało mi się odnaleźć go na playliście. Mocno psychodeliczny sportowy teledysk bardzo dobrze pasuje do jego brzmienia, które kojarzy się z motywem przewodnim jakiejś imprezy pokroju olimpiady (a przynajmniej reklamą towarzystwa ubezpieczeniowego ;)



Te dwa klipy dobrze pokazują stylowy dualizm Cut Copy. Zazwyczaj Dan Whitford i jego koledzy promują swoje bardziej imprezowe kawałki (Lights and Music, Take Me Over, ta "półka" to też Corner of the Sky), jednak mniej więcej równą liczebnie (chyba nawet większą...) część ich twórczości stanowią utwory, które mogłyby spodobać się także fanom lekkich brzmień gitarowych. Dziennikarz "NME" słusznie zauważył, że ich pierwsza płyta z 2004 o świetnie dobranym tytule Brighter Than the Neon Love mogłaby wyjść z warsztatu Daft Punk (nie jestem za bardzo w temacie, ale wydaje mi się, że można się na niej dosłuchać też inspiracji duetem Air), jednak Autobahn Music Box przenosi słuchaczy w czasy, w których nikt jeszcze nie marzył o synthpopie, a Bright Neon Payphone po pewnej obróbce mógłby znaleźć się w playlistach amerykańskich stacji rockowych. Unforgettable Sea z In Ghost Colours kojarzy mi się wręcz z brzmieniem grupy Kumka Olik, a Where I'm Going z Zonoscope - z glam rockiem.


W ogóle słuchając kolejnych dzieł Whitforda, gitarzysty Tima Hoeya, perkusisty Mitchella Scotta oraz basisty Bena Browninga (zastąpił w 2004 Bennetta Foddy'ego, który... wykłada teraz etykę na Oxfordzie - ciekawe, czy nie żałuje ;) przyszła mi do głowy być może szalona myśl, że gdyby The Beatles mieli debiutować w poprzedniej lub obecnej dekadzie, mogliby brzmieć właśnie jak Cut Copy. Pamiętajmy, że żyjemy w czasach, w których "stary dobry rock" grają głównie weterani, metal został zepchnięty do getta, a młode gitarowe zespoły grają głównie dla "tańczących dziewczyn", jak to kiedyś ujęli członkowie Franz Ferdinand. Wydaje mi się, że można dostrzec spore podobieństwo melodii, harmonii wokalnych i nie mam na myśli jedynie okresu I Wanna Hold Your Hand czy Help!, ponieważ Australijczycy nie stronią też od dźwiękowej psychodelii, czego modelowym przykładem jest oczywiście kończący ostatni krążek utwór Sun God. Można oczywiście dyskutować, czy w takich formach muzycznych ten zespół czuje się najlepiej, ale na pewno dużo się w tej piosence dzieje i chyba o to przede wszystkim chodziło.

Jak na razie ku mojej dużej radości przeważają entuzjaści. In Ghost Colours (co ciekawe, producentem tego CD miał być...Timbaland) było australijskim płytowym numerem 1, Zonoscope doszło do 3 miejsca, zgarnęło też nagrodę ARIA za najlepsze wydawnictwo dance i najlepszą okładkę roku oraz nominację do Grammy za najlepszy album z muzyką taneczną lub elektroniczną. Oby tak dalej!







Wiem, że już chyba parę razy to zapowiadałem, ale tym razem naprawdę w ciągu najbliższych dwóch tygodni z powodu zbliżającej się sesji i rozpoczęcia nowej pracy zawodowej będę musiał ograniczyć liczbę postów. Postaram się za to zadbać o ich wysoką jakość. Niedługo powinny się tu pojawić zapowiadany wcześniej felieton, kilka ciekawostek statystycznych, a przede wszystkim ranking moich ulubionych piosenek i płyt w tym roku!

PS. Pamiętajcie o konkursie BlogRoku 2011 :)

No comments:

Post a Comment