Friday, December 27, 2013

Felieton: Rok się kończy, czyli krew z pomarańczy

  Nile Rodgers i Giorgio Moroder - they created disco (sorrynotsrorry, Calvin)

W marcu opublikowałem w nieistniejącym już portalu Plac Wolności tekst pt. Jeszcze nowsza fala, do którego redakcja dodała bez mojej wiedzy defetystyczny dopisek ale jeszcze nie w Polsce. Zbliżające się rankingi moich ulubionych singli i płyt tego roku prawdopodobnie pokażą, że nie jestem takim pesymistą (napisałem "prawdopodobnie" dlatego, że za ostateczne układanie singli zabiorę się po publikacji tego tekstu, a płyt w samym końcu grudnia). Rok 2013 powoli się kończy, przyszedł więc czas na weryfikację postawionych tam prognoz.

Żyjemy w takim okresie historii show-businessu, że na koniec roku wszyscy są jednocześnie zwycięzcami i przegranymi. Zwycięzcami, ponieważ trudno byłoby wymienić gatunek szeroko pojętego popu, który w tym roku został całkowicie zlekceważony przez słuchaczy. Przegranymi, gdyż żaden nie zdominował list przebojów na tyle, aby w pełni zadowolić swoich fanów, a sam rynek sprzedaży coraz bardziej się kurczy, na co dobitnie zwracano uwagę w gorącej debacie na temat niskich tantiem w Spotify. Na razie nie wydaje się, aby buntownicze zapowiedzi Thoma Yorke'a i Davida Byrne'a, że stworzenie przyjaźniejszej muzykom alternatywy dla tego serwisu nie jest problemem, przeraziły koncerny płytowe. Sam jestem ciekawy, czy taka alternatywa powstanie, ponieważ pojawienie się Spotify w Polsce było dla mnie ważnym wydarzeniem, zdejmując ze mnie piętno pirata i ułatwiając dotarcie do wielu dźwięków, jednak argumenty finansowe wysuwane przez wykonawców jak najbardziej mnie przekonują.

Jak na pewno zauważyliście, odkąd istnieje ten blog zastanawiam się, jak długo świat muzyki będzie uciekał przed skutkami światowego kryzysu gospodarczego w blichtr i hedonizm? Czy nie powtórzy się historia z późnych lat 70. i wczesnych 90., kiedy przynajmniej przez jakiś czas i w niektórych regionach świata królowały brudne i agresywne dźwięki? W 2013 r. bunt w muzyce rozrywkowej zazwyczaj miał wymiar czysto wizerunkowy i był skierowany przeciwko żywej w ostatnich latach modzie glamour na modłę lat 80. Najpierw ogoliła głowę Jessie J, potem ścięła włosy Miley Cyrus, jako jedna z nadziei na 2014 rok wymieniana jest zadziorna Chlöe Howl, która wyglądem mocno przypomina mi Jane Wiedlin z The Go-Go's oraz równie niekonwencjonalna wizualnie Dunka MØ. Warto zwrócić uwagę, że najwięcej nonkonformizmu w tym roku wykazywały właśnie panie, nie tylko w Rosji. Ostro i surowo grały Savages i Deap Vally, dużo mówiło się o seksizmie w mediach, np. Lauren Mayberry z Chvrches miała odwagę skrytykować autorów wysyłanych jej świńskich wiadomości. Tegoroczne zabiegi niektórych wokalistek (m.in. bliskich mi Clare Maguire, Jess Mills i VV Brown) o zachowanie kontroli nad swoją karierą to temat na ciekawy film. Ostatnio oczywiście najgłośniej w tym kontekście było o Beyoncé i Angel Haze. Słodkich dzięki temu, że nie ma w nich nic słodkiego, jak śpiewała jedna z nich, Gabriela Cilmi, wykonawczyń, dla których jakość tworzonej muzyki jest ważniejsza od scenicznego wizerunku na pewno będzie przybywało.

Siedem zdań o niepokornych kobietach popu i nic o Lorde. Jak widać: temat-rzeka. Ta dziewczyna o wzroku, jakby chciała wyssać Twoją duszę

 zanim zdążysz powiedzieć Ella Maria Lani Yelich-O'Connor

to też temat-rzeka. Jedno jest pewne: jeśli jest drugim Gotye, to tylko ze względu na pochodzenie i rolę ikony dla ludzi chcących widzieć na listach przebojów Coś Innego. Jej dotychczasowa kariera potwierdza prawdę, która nie zaskoczy żadnego znawcy show-businessu: łatwiej uniknąć łatki gwiazdy jednego przeboju będąc siedemnastoletnią Nową Zelandką (nawet poważnie wyglądającą) niż ponadtrzydziestoletnim australijskim Belgiem (nawet utalentowanym i brodatym)...

Z czysto muzycznego punktu widzenia 2013 upłynął pod znakiem dwóch równolegle nasilających się tendencji. Patrząc szczególnie na brytyjską listę sprzedaży albumów był to zdecydowanie Folk Ro(c)k, a na listy sprzedaży singli - nawet Country Ro(c)k. Bastille, Gabrielle Aplin, Imagine Dragons, Kodaline, Passenger, Tom Odell - ci wszyscy odnoszący sukcesy wykonawcy (pamiętajmy też o rozpoczętej wcześniej dobrej passie Of Monsters and Men i The Lumineers) zaczerpnęli coś z folkowej tradycji, jeśli nie instrumentarium i sposób pisania piosenek, to przynajmniej manierę wokalną. W kolejce ustawiają się już kolejni kandydaci do sławy - RY X, Milky Chance. 

Znany do tej pory z typowo klubowych produkcji Avicii zaskoczył dwoma wybitnie zatrącającymi Dzikim Zachodem przebojami Wake Me Up i Hey Brother, czym moim zdaniem uratował karierę OneRepublic, którym pójście w electropop nie bardzo wyszło, ale mieli na płycie ukryty atut w postaci Counting Stars. Pewnie dzięki show-businessowym koneksjom Ryana Teddera ta wolta w perspektywie bardziej im się opłaci niż Szwedowi, który mimo wszystko osiągnął sukces z pozycji outsidera... Pod koniec roku "uwaga, drzewo!" krzyczeli już nawet Pitbull i Ke$ha! Ukoronowaniem tej popowej wycieczki na wieś był soundtrack do drugiej części Igrzysk śmierci, na którym w tej konwencji spróbował sił nawet król zelektronizowanego R&B The Weeknd.

Właśnie. Drugi ważny tegoroczny trend to opanowanie r&b przez elektronikę i...electro przez r&b. W niektóre dni na blogach o muzyce alternatywnej w syntezatorowych kącikach próżno było szukać inspiracji cukierkowymi latami 80. czy klubowymi 90. Figurowały tam jedynie propozycje z jednej strony ocierające się o przeżywający swoje komercyjne pięć minut deep house i nomen-omen soulful house (Duke Dumont, Chris Malinchak, Klangkarussel, Klingande), z drugiej strony o mocno alternatywne brzmienia typu Banks. Piękna londynka jest pasowana na jedną z bohaterek przyszłego roku - czyżby czekał nas rok pod znakiem hipnotyczego minimalizmu i jak długo to wytrzymamy? Oczywiście czarne brzmienia w tym roku nie były wyłącznie chłodne i mroczne. Często można było trafić na nawiązania do funku i disco. Głównymi alternatywnymi bohaterami roku byli przeżywający co najmniej drugą młodość basista Nile Rodgers i producent Giorgio Moroder, a z młodszych - wspominany przeze mnie w tekście o najlepszych epkach 2012 Blood Orange (stąd tytuł tekstu). Złośliwą ironią losu Dev Hynes kończy ten rok w bardzo złym nastroju, ponieważ stracił w pożarze dorobek życia i szczeniaka, a reakcje znajomych i fanów na tę tragedię to jedna z piękniejszych historii roku. W mainstreamowym R&B szaleli Pharrell Williams i Justin Timberlake z Timbalandem. Skarżyłem się Wam w jednym z wpisów, że mogę nie znieść powrotu do dźwięków, których dekadę temu nie trawiłem, jednak...z tegorocznych hitów z czołówki Billboardu najlepiej będę wspominał właśnie te z udziałem byłych wokalistów N.E.R.D. i N'Sync oraz sytuującego się w podobnych klimatach Bruno Marsa. Oczywiście, także Safe and Sound Capital Cities - tegoroczny listek figowy na medialnej nieobecności radosnego oldskulowego electro à la Midnight City. Naprawdę nie rozumiem dlaczego taka muzyka może pojawiać się w reklamach (Strange Talk, Koobra feat. Joanna), a nie może w większości stacji radiowych?

A jak to wyglądało w Polsce? Koncertowo naprawdę nieźle - występy Disclosure, Cut Copy, AlunaGeorge czy London Grammar stają się czymś normalnym, fani bardziej tradycyjnych indie brzmień też zostali docenieni (Bastille, The Boxer Rebellion). Gdyby jeszcze atrakcyjne imprezy rzadziej były odwoływane lub przekładane (Solange! Tom Odell!) i zawsze dopisywało nagłośnienie... Nie wspomnę już o wykonawcach, dla których Polska to już drugi dom. Patrząc po komentarzach na profilu Live Nation Polska nadal najwięcej emocji wywołują jednak przyjazdy gwiazd rocka i metalu (lub ich brak). Trudno mi na tej podstawie powiedzieć, czy nasz kraj stał się arką ciężkich brzmień w potopie popu, ale jeżeli ma to pomagać w utrzymaniu dobrego klimatu wokół rodzimych gitarowych talentów (a wiadomo, że np. w dziedzinie rocka progresywnego zawsze się u nas dużo dzieje), nie ma nic przeciwko temu. Poza tym w sferze instytucjonalnej tradycyjnie wielka kicha - żenująca żonglerka profilami radiostacji na linii Plus-Eska Rock-Roxy i traktowanie wykonawców mających na koncie więcej niż jedną płyte długogrającą jak powietrza, bo nie przysługują za nich dodatkowe punkty do realizacji ustawy o radiofonii. Wierzyć w ucywilizowanie promocji muzyki w Polsce to jak wierzyć w samouzdrowienie PZPN... Z czysto artystycznego punktu widzenia każdy mógł znaleźć coś dla siebie, tylko czasami wymagało to głębszego szperania. O kilku jasnych punktach wspomniałem niedawno.

A jaki był to rok dla mnie? Muzycznie na pewno hiperudany. Nie co roku zdobywa się autografy Lany Del Rey, Jessie Ware, (znowu) Hurts I Pet Shop Boys (gwoli prawdy poza Hurts wszystkie z dużą pomocą kolegów) i ma się okazję obejrzeć w akcji także m.in. My Bloody Valentine, The Smashing Pumpkins, M.I.A., Capital Cities, Austrę, Autre Ne Veut, Johna Talabota, Uniqplan... Będę też miło wspominał OFF Festival ze względów towarzyskich - żałuję, że nie napisałem o nim na blogu, pozostaje mi zrobić podsumowanie dwóch edycji za pół roku :) W innych kwestiach już nie było tak dobrze - wiele dobrych pomysłów przyszło za późno, w innych wypadkach nie nadążyli współpracownicy. Na pewno będę wchodził w 2014 z większą nadzieją niż w obecny rok. Mam nadzieję, że nie zabraknie mi pomysłów i czasu, dzięki czemu na blogu pojawi się więcej tekstów niż w tym roku, jednak zależy to od wielu czynników, m.in. od mojej aktywności na Outrave. Na razie życzmy sobie tego, żeby rynek muzyczny w najbliższym czasie nie był jedynie ilustracją biblijnej prawdy: "Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma."

 Pharrell Williams i Justin Timberlake - w tej lub innej roli trzęsą już trzecią dekadą...

Monday, December 23, 2013

Wesołych Świąt!

No i powoli kończy się kolejny rok. Rok, w którym trochę zaniedbałem ten blog, ale kiedyś trzeba było pracować (i jeździć na koncerty ;), a jaki będzie jego los w kolejnym - wciąż trudno powiedzieć, ale postaram się pozytywnie zaskoczyć :) Felietonowe podsumowanie roku już się tworzy (strasznie się rozpiszę), prawdopodobnie 28 grudnia ukaże się ranking moich stu ulubionych singli opublikowanych w 2013 (plus 50 wyróżnień), a kilka dni później - ulubionych płyt. Więcej bieżących informacji znajdziecie na profilu Facebookowym.

Moje największe tegoroczne odkrycie jeśli chodzi o muzykę świąteczną to Under the Christmas Tree Alberta Hammonda. Po prostu 1989 rok w pigułce. Trudno poznać, że to autor It Never Rains in Southern California. Jeżeli Rick Astley jest nieszczęśliwym człowiekiem, to tylko dlatego, że tego nie nagrał ;)



Inna piosenka, którą poznałem w tym roku to Christmas Wrapping w miarę znanej także z utworu I Know What Boys Like grupy The Waitresses z 1981 r. Tytuł jest grą słów :) Tę sympatyczną historyjkę z happy endem przerobili w tym roku Colette Carr i lubiana przeze mnie grupa The Good Natured. Może to śmieszne, ale ich wersja przypomina mi rytmiką hity...Rednex. Humbug!



A mój ulubiony oryginalny tegoroczny utwór gwiazdkowy pochodzi ze ścieżki dźwiękowej filmu "The Best Man Holiday". Straszna zżynka z Mariah, ale klimat jest ;)



Wszystkim czytelniczkom i czytelnikom życzę zdrowych, pogodnych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz dużo świetnej muzyki i spełnienia wszystkich marzeń w Nowym Roku! Bądźcie z Pop Goes the Blog, bo już niedługo będzie się działo!

Saturday, December 14, 2013

Mondegreeny

 Dobre! (znaczy żart dobry, za serem nie przepadam :P)

Według Wikipedii "mondegreen" to "przypadek błędnego zrozumienia usłyszanej wypowiedzi i zastąpienia jej fragmentu jego homofonem (czyli słowem, które tak samo się wymawia). Proces ten zachodzi najczęściej względem fragmentów piosenek lub utworów poetyckich." Termin wymyśliła w 1954 r. amerykańska pisarka Sylvia Wright, która w dzieciństwie zrozumiała linijkę "And laid him on the green" w balladzie The Bonny Earl of Murray jako "And Lady Mondegreen".

Temat jest chyba na czasie, gdyż Wikipedia podaje jako przykłady mondegreenów kilka przeinaczonych tekstów kolęd ;) Jeśli chodzi o pomyłki Polaków związane ze światową muzyką pop temat przynajmniej na jakiś czas wyczerpał CyberMarian, dlatego chciałbym spojrzeć na ten fenomen z innej strony. Akurat mondegreeny w stylu "polskie ukryte" nigdy mnie nie prześladowały, tylko w We Be Burning Seana Paula nagminnie słyszałem "Polska" zamiast "non-stop" ;) Za to przez wiele lat miałem niebotyczne problemy z prawidłowym wychwyceniem tekstów anglojęzycznych. Kiepski sprzęt nagłaśniający i późne rozpoczęcie nauki tego języka na poważnie (dopiero w liceum) przynosiły czasem zatrważające efekty. Nie mam np. pojęcia, dlaczego w refrenie Dreams Gabrielle słyszałem kiedyś "you'll never get to heaven", przez co pewna zacna grupa shoegaze będzie mi się już zawsze kojarzyć z tą piosenkarką. Do tego jak wiadomo, czasami produkcja mocno rozmywa wokal, a niektórzy śpiewacy słabo znają narzecze Szekspira lub mają specyficzny, trudny do zrozumienia głos.

Poniżej wypisałem kilkanaście mondegreenów, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Część z nich powstała jeszcze w czasach licealnych, czyli 10 lat temu, część nawet w tym roku. Zdaję sobie sprawę, że osobom trzecim mogą wydać się żałosne, jednak zdążyliście się już chyba przyzwyczaić, że mam do siebie spory dystans:)

A-Ha Take On Me
Is it better to say 'I'm sorry?' (jest: It's no better to be safe than sorry)
Easy and life full, just a playmate (jest: Is it a life or just to play etc.)

Bad Boys Blue You're a Woman
You're my torch (ew. my torture) and I'm your flame

Billy Joel We Didn't Start the Fire
Rosenbergs, sex bomb, Chick Corea, Panmunjom

Bon Jovi Livin' on a Prayer
Tommy used to work on the glass, you need little shot!
...
Tommy's got his six-string and harp (jest: in hock)

Bonnie Tyler Holding Out for a Hero
And he gonna be breastfed to fight

Collage feat. Electric Youth A Real Hero
With a strength of a million horses

Deep Blue Something Breakfast At Tiffany's
It's oracle, I think, vodka and lightning

Erasure A Little Respect
Why do you give me no reason (jest: What religion or reason)

Europe The Final Countdown
We're begging forgiveness (jest: We're heading for Venus)

Fall Out Boy Thks fr th mmrs
Collecting patchy slogans (jest: Collecting page six lovers)

Foreigner I Want to Know What Love Is
In my life I hardly can take

Gala Freed From Desire
My essence is purified!

Lady Gaga Alejandro
She's got ball pen in her pocket

She hides true love in her patio

Lady Gaga Bad Romance
What's yoga romance?

I want your psycho
Your burning cold steps
While you're immoral
When your baby is sick

Lana Del Rey National Anthem
Standing over your body
Hold you like a pathephone

The Lonely Island feat. Michael Bolton Jack Sparrow
Come and take me! (jest: Keira Knightley!)

Macklemore feat. Ryan Lewis & Ray Dalton Can't Hold Us
So we put our hands up like the silly camcorder

Marc Cohn (też znana wersja Cher) Walking in Memphis
They've got catfish on the table. They've got Gazprom in the air.

Men Without Hats Safety Dance (2 zwrotka)
And you can act real rude, like you're from Liverpool
And I can act like I'm in Brazil 


New Order Blue Monday
I see a ship in the harbour, I can...a shallow bay (jest: I can and shall obey)

Olly Murs Dear Darlin'
Dear diary, please excuse my writing... (ok, taki głuchy nie jestem, ale jestem w stanie sobie wyobrazić taką wersję :)

Passion Pit Carried Away
Acting like on Oprah (jest: Acting out our old parts)
When I open up and pray (jest: When I'm open and afraid)

Peter Gabriel Games Without Frontiers
She is so popular (jest: Jeux sans frontieres, czyli tytuł w języku francuskim, śpiewany przez samą Kate Bush!)

Prefab Sprout King of Rock'n'Roll
I want cookie! (jest: Albuqerque)

R.E.M The Sidewinder Sleeps Tonite
Only time will make it up (jest: Call me when you try to wake her up, a niektórzy słyszą tam np. Oh Richard Baker)

Roxette Dangerous
eyes of a lover and hip-hop beat (w wykonaniu Roxette to byłoby ciekawe, ale nierealne, jest: that hit like heat)

Sak Noel Loca People
I tattoed myself, what the f...?

Shaggy feat. Ricardo "RikRok" Ducent It Wasn't Me
She even called me "Ankara!"

The Pussycat Dolls Don't Cha
I know you vomit, it's easy to see

Don't cha wish your girlfriend was raw like meat? 

U2 One
we're driving faster into the light (jest: To drag the past out)
Have you come here to play easiness (jest: Jesus)
Love is a timber (jest: Love is a temple)

Vanilla Ninja Tough Enough
Baby, I talk to numb! (pomijając gramatyczny bezsens, Eska naprawdę fatalnie odbierała w okolicach Elbląga w czasach popularności tego numeru)

Plus kilka kompletnych "sucharów" ("power of logic" w Don't Answer Me, "do you see I'm true" zamiast "policy of truth") i kilka świństw (mogę podpowiedzieć, że chodzi m.in. o refren Hard to Say I'm Sorry Chicago ;) Jeżeli jeszcze coś sobie przypomnę, dam znać.

A jakby komuś było mało, załączam fajny filmik polecany przez Piotrka.



PS. Już za niecałe dziesięć dni Wigilia!

Sunday, December 8, 2013

Historia jednej piosenki: Simon & Garfunkel - The Boxer




"Nie chcę też składać zbyt wielu obietnic typu: "na pewno nie będę pisał o R&B, metalu i Sabrinie", "co trzecia notka będzie o wykonawcach z Antypodów" albo "setny wpis poświęcę duetowi Simon & Garfunkel". Niestety obietnice mają to do siebie, że najczęściej natychmiast po ich złożeniu ma się ochotę je złamać (aczkolwiek myślę, że są szanse na dotrzymanie tej dotyczącej panów od "Dźwięków Ciszy" :)" 

Niby dwa zdania, jakich wiele, o tyle szczególne, że pojawiły się w pierwszym w historii wpisie na tym blogu. Wydawało mi się, że pozostaną tym, czym miały być, czyli żartem, jednak znalazła się jedna osoba, która postanowiła dopilnować, aby dotrzymał najbardziej realistycznej z tych obietnic (przynajmniej w teorii; do pozostałych być może nawiążę w felietonowym podsumowaniu roku). Jeżeli mieliście ochotę przeczytać na tym blogu coś o Simon & Garfunkel dziękujcie Mavoyowi, który w ostatnich miesiącach nie raz pytał mnie niecierpliwie: "ile jeszcze do boksera?" Ale już nie będzie, ponieważ akurat jest to mój post numer sto... Pamiętam swoje obliczenia z początku 2012 r., według których miał się on ukazać się w sierpniu lub wrześniu, jednak kilka zajęć stanęło temu na przeszkodzie, przede wszystkim pisanie doktoratu i współpraca ze stroną outrave.net. Jak jednak widać, wciąż lubię tu wracać :) Więcej o pomysłach na nowy rok napiszę w okolicach Sylwestra.

Tak się często składa, że mój ulubiony utwór danego wykonawcy to jego trzeci lub czwarty największy hit według różnego rodzaju statystyk. Nowojorski tandem nie jest wyjątkiem, chociaż akurat w ich przypadku The Boxer nie byłby dużo wyżej w moim topie wszech czasów niż Mrs. Robinson lub Sounds of Silence. Inna kwestia, że nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek pokuszę się o ułożenie takiego zestawienia. Moje rozeznanie w muzyce starszej niż lata 80. i powstałej w innych krajach niż Wielka Brytania czy USA ostatnio wzrosło, więc może nie jest to misja skazana na niepowodzenie...

Lubię żartować, że Simon & Garfunkel to jedyny oprócz Pet Shop Boys zespół, w którego teksty mam ochotę się wsłuchiwać. Oczywiście mocno uogólniam, ponieważ warto też np. zwrócić uwagę na teksty piosenek grupy Prefab Sprout, do czego mocniej zachęcę Was w nowym roku :) Dlatego dobrze się stało, że przyszło mi pisać o The Boxer w grudniu, kiedy łatwiej można poczuć zimowy wiatr hulający po ulicach Nowego Jorku, które w poszukiwaniu pracy i towarzystwa przemierza tytułowy pięściarz (ostatnio aż za bardzo). Skądinąd "wielkie jabłko" to chyba pechowe miasto - bohaterowie Wielkiego Gatsby'ego żyli akurat w czasach gospodarczej prosperity, a też tęsknili za prostotą rodzinnych stron. Może to właśnie kwestia...pogody, jak zauważył ostatnio inny tamtejszy duet, Holy Ghost!

I do declare :), kiedy obiecałem Maćkowi ten post bardzo identyfikowałem się z podmiotem lirycznym, szczególnie z jego uczuciami w pierwszej zwrotce. Podobnie jak single White Lies, ten utwór był akompaniamentem wielu moich Bezcelowych Wędrówek Przed Siebie ze Słuchawkami na Uszach. W końcu tak mnie zaczęła denerwować ich bezcelowość, że postanowiłem wykorzystywać nadmiar energii fotografując cmentarze (co też wymaga długich spacerów). Większość ówczesnych problemów (finansowych, sercowych, związanych z prokrastynacją) już mnie nie trapi. Mam o wiele więcej interesujących (i całkiem realnych!) pomysłów na życie, niż np. rok temu. W sumie wszystko byłoby super, gdyby tylko obrona doktoratu się tak nie przewlekała...

Co nie zmienia faktu, że siła przesłania tej piosenki, podziw dla tych, którzy pozostają w "ringu", mimo, że otrzymują od życia cios za ciosem (a może zostają tylko dla tego, że nie znają innej rzeczywistości i boją się sprawdzianu na innej arenie?), współczucie dla ofiar niesprawiedliwości i własnych iluzji nadal do mnie przemawiają. Jest to oczywiście zasługa autora utworu (Paula Simona) i jego wykonawców. Wiele pozytywnych recenzji zebrały gitarowe partie Simona i Freda Cartera Jr., jednak największe wrażenie wywierają na mnie nowocześnie brzmiące pogłosy bębnów - zasługa członka Rock & Roll Hall of Fame Hala Blaine'a. Grał on na 50 utworach z pierwszego miejsca listy singli Billboardu! Akurat ten nie odniósł tak dużego sukcesu, jak jego bezpośredni poprzednik - Mrs. Robinson i następca - Bridge Over the Troubled Water, który dał tytuł albumowi, na który trafił również The Boxer (niestety ostatniemu studyjnemu w karierze S&G). Dotarł w 1968 r. do 7 miejsca amerykańskich notowań. Co ciekawe, był to też jedyny kawałek duetu, który trafił na Listę Przebojów Trójki. W 1992 r. przy okazji wydania składanki Definitive Simon & Garfunkel osiągnął 20 pozycję.

Własne wersje tego klasyka nagrali m.in. Bob Dylan (wbrew niezbyt logicznym pogłoskom, że piosenka to szyderstwo z niego), Emmylou Harris, Neil Diamond, Bruce Hornsby, a ostatnio Mumford & Sons, których wykonanie niestety niewiele wnosi, jednak pomysł na tyle podobał się Simonowi, że wziął udział w nagraniu. Trudno mi uwierzyć w informację z Wikipedii, że niemiecka punkowa załoga SFH potrafiła skrócić piosenkę do 3:26 sek (sic!).

O zespole, który zaczynał karierę w 1957 r. jako Tom & Jerry pewnie jeszcze kiedyś wspomnę na blogu, a w następnym wpisie znowu postaram się Was rozbawić ;)


Sunday, December 1, 2013

Trochę polszczyzny (Pop Goes the Blog od kuchni)

Listopad to czas blogowych rocznic. 5 listopada 2011 r. wystartowała ministronka, na której w tej chwili jesteście :), a bodaj 15 listopada 2012 r. otrzymałem na maila pierwszą prośbę napisania o jakimś zespole. Od tego czasu uzbierało się takich listów całkiem sporo. Oczywiście trochę się wstydzę tego, że na żaden nie odpisałem. Ten post jest formą ekspiacji, ale oczywiście nie powstałby, gdybym uznał, że nie warto wspomnieć o muzyce tych kapel z przyczyn czysto estetycznych. Nie odpowiadałem z dwóch przyczyn. Pierwsza to oczywiście brak czasu (BTW: przeraziłem się widząc, że 2011 r. przez dwa miesiące napisałem 23 posty, a przez bodaj 10 miesięcy w 2013 r. tylko 16. Na szczęście już jestem praktycznie pewny, że niechlubny rekord nie padnie), druga - nie chciało mi się tłumaczyć każdemu nadawcy osobno, że mój blog to małe piwo w porównaniu ze stroną outrave.net, na której właśnie zacząłem pisać i tam należy kierować prośby o pomoc w promocji. O kilkorgu z tych wykonawców zresztą zdążyliśmy już w ciągu naszej krótkiej historii napisać. Ale nie o wszystkich (wszak dopiero się rozkręcamy, więcej niekonkursowych niespodzianek szykujemy w nowym roku), dlatego zapraszam na małą podróż po szeroko pojętej polskiej muzyce alternatywnej Anno Domini 2013.

BatstaB

Postanowiłem zachowywać w tym tekście porządek alfabetyczny, ale tak się składa, że akurat ten zespół napisał też do mnie jako pierwszy. Przedstawił mi się jako jedyny polski przedstawiciel coffin rocka. Po raz pierwszy spotkałem się wtedy z tym określeniem, ale patrząc na ich wizerunek sceniczny i pseudonimy (Luna Braga, Gigan, Baron Krüger i mój ulubiony - Mr. Remains) można uwierzyć, że Halloween trwa dla nich cały rok :) Odwołania do stylistyki steam punku i burleski to zawsze dla mnie plus, fakt supportowania Closterkeller robi wrażenie, jednak nie porwałem się na proponowaną recenzję EPki, ponieważ teksty o Europe i Whitesnake to zmyła. Od kilku lat nie słucham praktycznie w ogóle muzyki metalopodobnej i po prostu nie byłbym w stanie zrobić tego profesjonalnie. I potem już tak na zasadzie domina nie wykorzystałem już żadnej innej tego typu rekomendacji...



Co nie znaczy, że np. utwór Do You Believe in Humans? z szalejącymi klawiszami nie przypomniał mi nie tak dawnych lat świetności Nightwish :) Załączam wideo do kawałka w lepszej jakości, które przy okazji pokazuje laikom, o co chodzi z tym steam punkiem.

Beneficjenci Splendoru

Regularne otrzymywanie wieści o projekcie Marcina Staniszewskiego to dla mnie prawdziwy zaszczyt, ponieważ Ręce pełne robota to jeden z tych utworów, o których mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że MUZYKO(B)LOGER mnie zastrzelił puszczając go podczas jednej z moich wizyt w Krakowie. Bardzo zgrabny tekst, w moim przypadku bardzo prawdziwy, bo tylko w weekend nie muszę przyjmować żadnych rutynowych poleceń i mogę zrobić coś kreatywnego, do tego akurat dzisiaj jest sobota :)



Muszę przyznać, że album Trendywaty chłopiec, z którego pochodzi "robot" bardziej mi się podoba od najnowszego Bóg, Honor, Mam talent (niestety jeszcze znalazłem czasu, aby posłuchać Tęczy wybielacza, postaram się szybko nadrobić). Pewnie dlatego, że jest lżejszy i zabawniejszy. Do moich faworytów należą: Smutny stylista i miłosna piosenka Analogowa dziewczyna, pod którą mocno się podpisuję. BHMT maluje świat czarnymi barwami: korporacyjne pranie mózgu, bieda, chamstwo i rasizm. Trochę jak Maria Peszek skrzyżowana z Cool Kids of Death. Sam autor muzyki jest tego świadomy (patrz Superfajna piosenka). Nie ulega jednak wątpliwości, że takie Mięso armatnie ma moc, cały czas ma się też poczucie obcowania z prawdziwą poezją, choć ostrzegam wrażliwców, że dosadną (nie wiem, czy to dobre skojarzenie, ale w trakcie słuchania ciągle myślałem o Tuwimie).

Bokka

Zauważyłem już w Internecie sporo skarg, że debiutancki album formacji Bokka zawiódł, ponieważ nie jest utrzymany w tym stylu, co debiutancki singiel Town of Strangers. Jako zapamiętały fan muzyki pop nie rozumiem tych oskarżeń. Czegóż się nie dosłuchałem podczas słuchania tej płyty... NONONO, Niki & the Dove, Lykke Li, a nawet Santigold i M.I.A. Może to tylko moja fantazja, ale pewne jest to, że na pewno będę do niej wracał. I też mnie intryguje, co to za jedni ;)



Fismoll

O Arku Glensku zwanym Fismoll i jego debiutanckiej płycie At Glade już pewnie słyszeliście. Pewnie też już słyszeliście, że to dobry folkowy album. Kiedy ktoś 8 lat ode mnie młodszy dzieli się swoją muzyczną wrażliwością w takim stylu, czuję się naprawdę staro :) Najlepiej to ujął mój kolega po piórze Janusz, który pisząc recenzję dla Outrave aż 2 razy stwierdził, że to czyste piękno, a nawet piękno w czystej postaci :) (w rękopisie to chyba były trzy razy) Jak pewnie już wiecie, generalnie nie przepadam za folkiem, więc to co piszę ma pewną wagę ;)



Hello Mark

Chłopakom z Poznania też pomogłem jako współpracownik Outrave, tyle że nie tłumacząc recenzję, lecz tekst z cyklu Odkrycia. Cieszę się, że od tego czasy ukazał się już ich pierwszy krążek, ponieważ po singlu Close Your Eyes (z całością niedługo się zapoznam) słychać, że idą w dobrym kierunku. Ich obecność na tej liście ukazuje jej paradoks, ponieważ naturalne wydaje mi się napisać, że Hello Mark powinni spodobać się fanom Last Dinosaurs, a pewnie przysporzyłbym więcej polskich fanów Last Dinosaurs pisząc, że są jak Hello Mark...



Kari

Kari Amirian chyba nie muszę przedstawiać, a nie chcę Was znowu nudzić opowieścią, o tym, jak spóźniłem się na jej koncert na Open'erze, bo chyba ktoś przestawił godziny w rozkładzie, a kiedy w końcu na niego trafiłem, średnia wieku na widowni była chyba najwyższa ze wszystkich występów tego dnia.. Oops, seems I did it again. Więc już tylko najnowszy teledysk tej artystki do utworu Hurry Up.



Radical Children

Jeżeli otrzymujesz napisany najczystszą polszczyzną e-mail podpisany Yumi Kaneko trudno nie być zaintrygowanym :) Jednak potrzebna była dodatkowa zachęta na Twitterze, abym zwrócił uwagę na radosną, pobrzmiewającą latami 60. twórczość warszawskiego trio, którego Yumi jest wokalistką i basistką. Trudno powiedzieć, czy otrzymał ten mail w związku z tym, że ich producentem jest...Marcin Staniszewski, jednak widząc wśród inspiracji zespołu dream pop, coldwave i nu disco bez wahania czekam na więcej.



Soma

Z tym duetem związana jest najciekawsza historia, jaką mam dziś do opowiedzenia. Biografia, jaką mi podesłał mi Marcin Nierubiec, brzmiała interesująco - może trudno się tego domyślić słuchając tych piosenek, jednak sam Nierubiec to kompozytor m.in. Legendy Marcina Mrozińskiego i I Fell In Love Queens, a druga połowa duetu - Michał Nosowicz należy również do Wet Fingers. To był jednak wyjątkowo pracowity dzień i szybko zapomniałem o tym mailu. O Somie przypomniał mi w drugiej połowie 2013 r. wytrwały tropiciel polskich nowości Grzesiek "Fazzer". Utwór Venus, w którym śpiewa zamieszkały w Polsce Amerykanin Nick Sinckler, brzmi jak Afromental coverujący Moby'ego. Dla mnie jako dla fana popu (patrz wyżej) to dobra rekomendacja, a kawałek bardzo szybko przydał mi się do łagodzenia utarczki z pewną koleżanką-melomanką :) (Jeśli czytacie blog regularnie, pewnie wiecie, która to - tak, ta co lubi Last Dinosaurs :) Tak że drodzy hipsterzy i rockowcy, nie ziejcie nienawiścią do popersów i klubowiczów, bo w czasie wolnym często robią oni coś zupełnie innego, niż to co daje im chleb...



The Fuse

Pozostajemy w leniwych klimatach. Krakowski zespół pisze o sobie, że wykonuje chillout/soul/funk. Przyznam szczerze, że to nie bardzo moje klimaty, ale wiem, że w Polsce takie dźwięki mają wielu fanów, więc udostępniam. Przy okazji: panie Olku, miło mi, że ten blog wygląda na pracę kilku osób, jednak to naprawdę wszystko robię tylko ja - Kordian Kuczma. Zresztą moi znajomi na pewno potwierdziliby, że trudno byłoby prowadzić ze mną blog na dłuższą metę :)



Wolfgang in a Truck

A to już na tyle moje klimaty, że nawet bez maili promocja była nieuchronna :) Łódzki zespół zauważyłem po raz pierwszy na profilu Recenzji Muzyki. Knife zaintrygował mnie czymś na kształt połączenia rytmów Röyksopp i The Human League. Wtedy jeszcze nie spodziewałem się, że niedługo nagrają letni hit Malibu, którego nie powstydziliby się ani rodacy z Kamp!, ani wiele zachodnich zespołów. Możecie się go spodziewać w moim podsumowaniu roku, które ukaże się już niedługo.



Jeżeli kogoś pominąłem, nadrobię w przyszłym roku w kolejnym odcinku "Złapanych w sieci". Następny wpis dla wielu będzie potężnym ciosem, ale Mavoy będzie bardzo zadowolony :)

Friday, November 15, 2013

Złapani w sieci cz. 3

Moi czytelnicy, którzy sami prowadzą blogi, na pewno znają takie to uczucie, kiedy wydaje się, że jakiś temat został opisany dostatecznie wyczerpująco, a kilka dni po publikacji posta, okazuje się on kompletnie nieaktualny. Takie ryzyko jest bardzo realne, kiedy piszemy o tak dynamicznym medium, jak Twitter. Poświęciłem temu komunikatorowi już dwa wpisy na blogu, a dopiero po ukazaniu na moim koncie naprawdę coś zaczęło się dziać :) Zanim Wam o tym opowiem, najpierw jednak muszę zaznaczyć, że od maja kilka rzeczy się zmieniło:
- obrazki z pic.twitter.com są już widoczne bez dodatkowego kliknięcia, ale jakoś mi to nie przeszkadza :) (pewnie dlatego, że "wrzutki" z Instagrama nadal nie pojawiają się automatycznie)
- Danny Blanco i Brett już mnie nie obserwują, ale to niewielka strata, ponieważ działność Brett zamarła, a Ladyhawke poszła w dziwną stronę na drugiej płycie, dlatego "follow" od gitarzysty wokalistki, o której nie piszę na profilu bardzo mnie zdziwił,
- z braku czasu nie przeglądam już Indie Shuffle według artystów, lecz gatunków (czasu starcza mi tylko na electro-pop i synth-pop...), a From Pop 2 Top poszło w te same mroczne klimaty, co Indie Globe, co nie może dziwić, ponieważ obsługuje je chyba ta sama osoba z Hiszpanii...
- straciłem śmiałość do proponowania artystom obserwowania swojego konta, z jednym wyjątkiem: pewnego razu w ramach cotygodniowej manifestacji sympatii do innych Twitterowiczów zwanej "Follow Friday", wypisałem kilkunastu wykonawców z mojej "listy marzeń" i... wbrew moim obawom przyniosło to świetny rezultat! Najbardziej cieszyłem się z "followu" chyba znanej większości z Was grupy Kamp! Pozostała trójka, której pochlebiłem :), to: jak ich nazywam, "chillwave'owy boysband" Lemonade, o których już wspominałem na blogu, brytyjska grupa Joywride, która nagrywa głównie covery, ale w autorskich numerach mistrzowsko oddaje brzmienia dominujące w latach 80. w stacjach radiowych oraz sympatyczni Australijczycy z Pigeon, którzy wzbogacają swoją indietronicę solidną dawką brzmienia saksofonu (i frywolnymi paniami w teledyskach ;)





Inni moi nowi obserwatorzy poruszają się w podobnych klimatach. Wbrew pozorom trudno namierzyć na Twitterze rodzimych wykonawców, ponieważ szybko zniechęcają się małym zainteresowaniem tym środkiem przekazu w Polsce. Do dzie pamiętam konsternację na twarzach członków duetu Rebeka, kiedy oznajmiłem im podczas impromptu sesji autografów na Off Festivalu, że ich tam śledzą :) Miałem jednak szczęście namierzyć członków lubianego przeze mnie wrocławskiego duetu Atlas Like, kiedy akurat byli on-line. Odsyłam do mojego tekstu na ich temat na Outrave - tak zadziornej i klimatycznej nowej fali ze świecą szukać! O ile to możliwe, chyba jeszcze bardziej ejtisowo brzmi i wygląda mało znany kalifornijski zespół Fire Tiger, szkoda tylko, że wytrwale anonsują swoją superprzebojową piosenkę "Energy" z 2011 r. jako "nową"...



Z Antypodów zwrócił na mnie uwagę jeszcze jeden zabawowy, młodzieńczy skład, o którym pisałem w dziale "Odkrycia" - nowozelandzki Banglade$h oraz uboczny projekt Josha Moriarty'ego z Miami Horror: osadzone w stylistyce lat 60. All the Colours (na dzień dzisiejszy chyba lepszy niż MH...)



Część moich obserwatorów to z niezbyt jasnych dla mnie powodów artyści jednej piosenki. "Oxygen" londyńczyków z Visitors powinniście już znać z blogowego podsumowania singli z 2012. Norweska formacja CASCAM również może pochwalić się tylko jednym numerem - szalenie melodramatycznym (IMHO w pozytywnym sensie tego słowa) Want to Me. Niestety ten singiel miał z punktu widzenia moich rankingów szalonego pecha, ponieważ ukazał się w grudniu 2012 r., a poznałem go już w styczniu, nie nałapał też tylu punktów, aby dostać się do pierwszej setki podsumowania RT Listy, a nowych brak...



Teledysk: http://vimeo.com/55611307

Za to prawidłowo rozwija się kariera lubującej się w geograficznych tytułach piosenek electro grupy Magic Man z Bostonu. Może jestem dziwny, ale moim zdaniem młodzi artyści powinni jeszcze przeanalizować swoje mocne i słabe strony, ponieważ z ich EP-ki You Are Here najbardziej podoba mi się akurat niesingiel o niegeograficznej nazwie :)



Jeżeli nie zmęczył Was ten chór, chłopięcych głosików, spróbujcie jeszcze mało znanej grupy z niezawodnego w takich sytuacjach Brooklynu, Future Screens. Outta Sight naprawdę uzależnia :) Brytyjskie Low Tide Theory brzmi trochę poważniej - powinno spodobać się fanów Depeche Mode, a przynajmniej wczesnej inkarnackiej tej legendarnej kapeli.





Chyba pisałem już na blogu, że od ponad roku zadziwia mnie duża liczba markowych projektów electro w mateczniku country, czyli amerykańskim stanie Tennessee. Swoje pięć minut w moim odtwarzaczu mieli Yung Life z Knoxville, Future Unlimited z Nashville, a także ich rodacy z Cherub. To skład, który podobnie jak ich idol Prince nie boi się eksperymentować, a że rezultaty bywają bardzo melodyjne, znalazło się dla nich miejsce już w jednym z pierwszych notowań RT Listy. Niestety nie znalazło się wtedy miejsce na "skarpetników" z Shields, ale nadrobiłem w tym roku, bo EP-ka Kaleidoscope jest wręcz perfekcyjna.

Wszystkie te zespoły znałem znacznie wcześniej niż wszedłem z nimi w interakcję na Twitterze, ale to nie reguła. Ten artykuł to też okazja, żeby pochwalić się Wam kilkoma moimi najnowszymi odkryciami. PTSD (skrót od:post-traumatic stress disorder) grupy Light FM z Los Angeles bardzo kojarzy mi się z Roxette :)



Zespół o słabo googlowalnej nazwie Everywhere nie kojarzy mi się z Roxette, choć pochodzi ze Szwecji. Znacznie bliżej mu do Keane i innych koryfeuszy "new acoustic". Moje ich ulubione nagranie Soldier zremiksował m.in. lubiany przez fanów nu-disco Oliver Nelson, więc chyba dobrze kierują swoją dopiero zaczynającą się karierą...



Pseudonim Kent Odessa był mi znany już wcześniej, ale muzyka urodzonego w Detroit mieszkańca Brooklynu zainteresowała mnie dopiero, kiedy nagrał duet z Celeste Cruz, byłą połówką teen popowego duetu Daphne & Celeste, który próbował robić karierę w Wielkieh Brytanii na przełomie stuleci (skończyło się na jednym utworze w pierwszej dziesiątce i fatalnej reputacji live). Co za melodia, a jakie prawdziwe słowa...



Young Yeller to alias perkusisty Chrome Sparks i Farewell Republic Jessego Brickella. Solowo ten kolejny brooklińczyk sprawia wrażenie, jakby wychowywał się na nagraniach Savage ;)



Trochę tego dużo? Mógłbym przedstawić jeszcze kilku artystów, ale pewnie w nowym roku pojawi się czwarta część cyklu. Następnym razem, tak jak zapowiadałem, pojawi się dość specyficzne, ale wierzę, że ciekawe spojrzenie na kilku polskich wykonawców ;)

Wednesday, November 6, 2013

Dwanaście utworów Papa Dance, które warto znać


Hasło Papa Dance budzi skrajne reakcje. Dla wielu Polaków (mamo, i tak Cię kocham <3) to symbol kiczu i praojcowie disco polo. Dla innych - źródło sentymentalnych wspomnień z młodości. Dla jeszcze innych - jeden z nielicznych rodzimych składów, który zamiast silenia się na wirtuozerię, nie wstydził się nagrywać przebojowego popu. Dość częste są również opinie pośrednie - są np. fani wyłącznie pierwszego składu grupy (Grzegorz Wawrzyszak, Marek Karczmarek i Tadeusz Łyskawa), który sygnował jej debiutancki album z 1985 r., a po rozwiązaniu odrodził się jako Ex-Dance. Są też koneserzy, dla których Papa Dance skończyli się...na pierwszym singlach z 1984 r., pełnych nowofalowego chłodu W 40 dni dookoła świata i Ordynarnym faulu

To głównie opinie nieco starszego pokolenia. A co na to młodzi? Podczas oczekiwania na koncert Zbigniewa Wodeckiego i grupy Mitch & Mitch na tegorocznym OFF Festivalu, moi koledzy wyrazili nadzieję, że kiedyś któraś z płyt właśnie Papa Dance zostanie potraktowana przez Artura Rojka i jego ekipę z taką samą atencją, jak debiut długowłosego krakusa. Biorąc pod uwagę, że znacznie różnię się gustami z Pawłem i Konradem, ma to swoją wymowę.

Tak więc wszyscy zainteresowani mają już wyrobioną opinię, której raczej nie zmienią, jednak i tak uważam, że warto o tym zespole napisać. Nie tylko dlatego, że słuchanie wielu ich piosenek daje mi dużo radości, albo dlatego, że mam do nich pewien sentyment, ponieważ zdążyłem na fragment ich występu w 2010 r. w Stegnie. Celem mojej rodziny tego dnia był Robert Gawliński, który do tej pory pozostaje jedynym polskim wykonawcą, na koncercie którego byłem dwa razy, z tym, że rok później na warszawskich Wiankach gościł jako frontman Wilków. Przede wszystkim dlatego, że zła prasa Papa Dance stwarza wrażenie, że był to jakiś polski odpowiednik Milli Vanilli, co nie jest prawdą. Zespół stworzyli uznani już wtedy producenci (Lady Pank, 2+1, także Franek Kimono) Mariusz Wesołowski i Sławomir Zabrodzki, jego członkowie uczyli się w szkołach muzycznych i zdobywali szlify w innych kapelach (np. pełniący od 1986 r. funkcję wokalisty Paweł Stasiak śpiewał w harcerskiej "Gawędzie", występował jako prezenter w Rozgłośni Harcerskiej i pomagał przy Liście Przebojów Trójki), klawiszowcem był filar polskiego popu lat 90. Kostek Yoriadis (ten od Kasi Kowalskiej), a teksty pisali pod pseudonimami Andrzej Mogielnicki, Wojciech Mann, Marek Dutkiewicz i Jacek Cygan, być może również Jacek Skubikowski

Ocena dorobku grupy pozostaje oczywiście kwestią subiektywnych odczuć, jednak nie można kwestionować tego, że zapotrzebowanie na muzykę chłopaków było duże. Nie można się temu dziwić, ponieważ wbrew powierzchownym wyobrażeniom na temat lat 80. w Polsce nigdy cała młodzież nie słucha rocka, nie każdy też był w stanie docenić mniej lub bardziej wysublimowane gry niektórych tekściarzy z cenzurą. Nastolatkowie zawsze będą potrzebować piosenek mówiących o ich rozterkach i pragnieniach, które po kilku dekadach mogąć być ciekawym reliktem ówczesnej uczniowskiej gwary (choć sam jestem jeszcze przed trzydziestką, więc powinny mi być bliskie klimatem, chwilami w tekstach Papa Dance jest ona dla mnie nie do przejścia). Z drugiej strony Kanał XO2 brzmi trochę jak kpina z Radia Wolna Europa, zawiera też wzmianę o MO... 

Aby ułatwić sobie zadanie, tworząc swój "top" ulubionych utworów Papa Dance, brałem pod uwagę tylko piosenki, które znalazły się na trzech pierwszych albumach studyjnych zespołu: Papa Dance (1985), Poniżej krytyki (1986) i Nasz ziemski Eden (1989). Wszystkie trzy krążki grzeszą małym urozmaiceniem - mamy dużo przebojowych refrenów, klawiszy, chóralnego "ooo", eskapistycznych tekstów o letnich szaleństwach i nieudanych romansach, trochę falsetu. Nie we wszystkich wypadkach formuła ta się sprawdzała, w tekstach nie brakuje zwrotów prowokujących wzruszenie ramion ("księżyc grzał" w chyba najgorszym ich kawałku Temat na clip, "naga prawda rozbiera się" w Złym omenie). Od tego standardu odbiegają m.in. zatrącający rytmicznie o rockabilly Wit Boy z "dwójki" oraz zapowiadające dokonania Czesław Śpiewa i Blue Cafe, partiami "rapowane" Ciało i talent z "trójki". Płyt nagranych po reaktywacji w 2001 r. nie próbowałem słuchać, obawiałem się, że w całości będą dla mnie niestrawne, chociaż np. powstałe jeszcze w 1990 r. Bez braw na finał brzmi bardzo przebojowo. Swoich obrońców miał też Czarny śnieg, w którym przeszkadza mi podobieństwo do Milk and Toast and Honey Roxette.

12. Ocean wspomnień (Poniżej krytyki)



W sumie na tym samej pozycji mogłaby znaleźć się inna ballada z tej samej płyty - Historyjka z talii kart albo kokieteryjne i nie tak świńskie, jak sugeruje tytuł Czy ty lubisz to, co ja?. Zostańmy jednak przy największym przeboju z tej trójki i jednej z licznych piosenek Papa Dance o nagminnie przekręcanym tytule, w tym wypadku na Szary wiruje pył.

11. Narodziny szejka (Papa Dance)



Polskie Opa Opa :) Piosenka na pierwszy rzut oka mocno absurdalna, skąd Janowi Sokołowi (ojcu znanego rapera) się wzięły te wiorsty? Czyżby historia działa się jeszcze za caratu? Okazała się jednak proroctwem popularności wczasów w Egipcie. Ciekawe, czy wzmianka o Kairze w jakiś sposób zainspirowała Kamp! :) Muzycznie jest lekko orientalnie i w stylu Duran Duran.

10. Te głupie strachy (Papa Dance)



Bo kiedy rozum śpi, budzi się wyobraźnia Francisco Goyi i oczywiście zespołu Papa Dance :) Wymowę pożegnania z upiorną bajką potęgują zabawy z tempem, w zwrotkach kroczącym niczym w Przeżyj to sam Lombardu, w refrenie standardowo papadensowym.

9. Nietykalni (Nasz ziemski Eden)



Hybryda Wonderful Life Blacka z Only You Savage'a i jeden z tych momentów, w których moim zdaniem Papa Dance najbardziej zbliżyli się do italo disco. Panom udało się wykreować nastrój wiszącej w powietrzu tragedii... Mimo, że epoka już niby zupełnie inna, tekst wydaje się nadal aktualny...

8.  Kamikadze wróć (Papa Dance)



Jeden z pierwszych singli i największych przebojów formacji. Królewną zwiewną w teledysku był sam Mariusz Zabrodzki :) To także on każe podmiotowi lirycznemu "wracać".

7. In flagranti (Poniżej krytyki)



Jeden z najbardziej chwytliwych fragmentów drugiego albumu z rozbrajającą solówką na skaczącej między jednym a drugim kanałem perkusji ;) Chórki jak z Boys Do Fall In Love nieodżałowanego Robina Gibba. Tekst jest baaardzo osadzony w ówczesnym młodzieżowym slangu, przynajmniej tak, jak go słyszał Jacek Cygan (Marek Fanga).

6. Nasz Disneyland (Nasz ziemski Eden)



Czyli osławiona Monaliza (sic). Księżniczka Marry tekstowo by pasowała do teledysku, ale zgodnie z ejtisową "logiką" zamiast niej mamy gangsterów. Pierwsza piosenka Papa Dance, którą mocno polubiłem.

5. Pocztówka z wakacji (Papa Dance)



Piosenka znana, o lecie, jest listopad, więc niech muzyka mówi sama za siebie ;)

4. Galaktyczny zwiad (Nasz ziemski Eden)



Niby trudno zakwalifikować ten kawałek inaczej niż mówiąc z angielska "campy fun", lecz jednocześnie jest to utwór, który obok Kanału XO-2 najbardziej z dorobku Papa Dance jest przepełniony samotnością i poczuciem zagrożenia. Może to znak czasu (zamiast "w lot skompromitujesz" zawsze słyszę tam "blok skompromitujesz"). Początkowa część mówiona to zasługa Macieja Zembatego, jak na razie jedynego związanego z tym zespołem człowieka pochowanego w Alei Zasłużonych warszawskich Powązek Wojskowych #wiedzabezużyteczna

3. It's a simple song (Nasz ziemski Eden)



Papa Dance w duecie z aktywnym do dziś i wielokrotnie nagradzanym w Ojczyźnie czeskim wokalistą Petrem Kotvaldem, który brzmi trochę jak Nick Kamen albo pan z grupy Cock Robin. Jedna z partii klawiszy wydaje się zaczerpnięta z Train of Thought A-Ha. Ogólnie rzecz biorąc, kawałek mógłby spokojnie być częścią dyskografii popowych wyjadaczy tamtych lat.

2. Panorama Tatr (Papa Dance)



Koleżanka z forum.80s.pl napisała kiedyś, że ten utwór to dla niej esencja New Romantic. Chronologicznie niezbyt się to zgadza, ale jeżeli brać pod uwagę sam nastrój utworu, trudno się z nią z nie zgodzić. Każdy kolejny pojawiający się dźwięk tylko potęguje zaplanowany dramatyzm przekazu. Piosenka lodowata jak Tatry zimą - ale tak miało być.

1. Kryształek nocnej opowieści (Poniżej krytyki)



Dlaczego akurat ta piosenka? Bo z każdym przesłuchaniem mnie po prostu rozbraja. Na początku dostajemy lekko "bajkową" melodię przypominającą wstęp do Once in a Lifetime Talking Heads. Pierwsza zwrotka to historia życiowa, jakich wiele, po czym pojawia się szczypta oniryzmu, wreszcie nadjeżdża, jakby wycięty z Don't Go Yazoo refren o chyba najbardziej zdroworozsądkowym tekście w historii muzyki rozrywkowej.

Życie ze snem przeplata się,
Raz jest lepiej w życiu, raz we śnie.
Co noc masz sen,
A w dzień nie łam się tylko śmiej
(przynajmniej ja tak słyszę, na tekstowo.pl jest: śpij)
Raz jest cudownie, a raz źle,
Raz Cię lubią wszyscy, a raz nie.


A jeżeli dla kogoś było mało atrakcji, w przejściu ni z gruszki, ni z pietruszki taka oto perełka:

Jeśli zechcesz poznać przyszłe losy swe,
Spytaj się wróżbity, on to dobrze wie.


Prosto, zwięźle i na temat.

Następny post prawdopodobnie również będzie dotyczył polskiej muzyki. Oczywiście jak zwykle będzie prosto, zwięźle i na temat ;)

Wednesday, October 16, 2013

Playlista: Piosenki z 5 sezonu "Made In Chelsea"

Czasami życie płata naprawdę niewyobrażalne figle. Kiedyś coś mi się obiło o uszy, że telewizyjna rozrywka w Wielkiej Brytanii nie stoi na najwyższym poziomie, a przykładem tego mają być seriale The Only Way Is Essex (TOWIE) i Made in Chelsea. Być może stało się to w tym czasie, kiedy dorabiałem tłumaczeniem newsów z Daily Maila dla gazetki rozdawanej za darmo w Warszawie. Mniej więcej pół roku później dowiedziałem się, że fanką obydwu jest moja ostatnio ulubiona wokalistka Jessie Ware. Głupio się czułem widząc, że śledzi ich bohaterów na Twitterze, a mi odmawia tego zaszczytu. W tej chwili już mnie to nie drażni, ponieważ usunąłem swoje konto i raczej nie założę nowego. Dlaczego, może wyjaśnię przy okazji kolejnej, ostatniej odsłony cyklu o muzykach, których poznałem dzięki temu komunikatorowi, która w zaistniałej sytuacji powinna niedługo się ukazać.

W każdym razie byłem przekonany, że nigdy nie obejrzę żadnej z tych produkcji, a na pewno nie z własnej woli. Jednak w lipcu Made in Chelsea zainteresowała się moja koleżanka Karolina - ta sama, z którą oglądałem w kinie Wielkiego Gatsby'ego. Co więcej, totalnie oszalała na jej punkcie i zaczęła nalegać, żebym również zaczął oglądać ten serial, a nawet nagrała mi na płytę dwie pierwsze serie (jak powiedziała - jedyne godne uwagi, ale ogląda go nadal :P) Biorąc pod uwagę reputację popularnego MiC, nieco mnie dziwił jej entuzjazm, no ale to wielka fanka brytyjskich akcentów i Londynu. Mi trudno czuć nostalgię związaną z tym miastem, bo po prostu jeszcze nigdy w nim nie byłem. Zachęcała mnie jednak również mówiąc o czymś, co powinno Was szczególnie zainteresować - o muzyce.

Podobnie jak Karolina postanowiłem spaść z wysokiego konia i oglądać serial bez lektora i napisów. Może dlatego mógłbym streścić te cztery odcinki, które widziałem, w następujący sposób: 

1. leci Passion Pit
2. pokazują odpicowane babki
3. leci Fenech-Soler
4. pokazują odpicowanych kolesi
5. leci Delphic
6. pokazują jakiś fajny widoczek
7. leci Foster the People
i tak w sumie w nieskończoność, czyli nic szczególnie zdrożnego, chociaż ponoć w kolejnych seriach robiło się gorrręcej.

Właśnie wychwytywanie piosenek, których nie udało mi się znaleźć w playlistach na Spotify, sprawiało mi najwięcej radości. Dialogi rozumiałem piąte przez dziesiąte, niektóre mnie rozbawiły, jednak nie wiem, czy ze względu na błyskotliwość ich odtwórców i autorów, czy dlatego, że jestem tak zakopany w muzyce i sprawach zawodowo-naukowych, że nie oglądałem już od lat żadnych innych seriali. Czar zaczął trochę pryskać, kiedy jedna z par bohaterów zaczęła przeżywać głębokie rozterki miłosne, ponieważ ich ekspresyjna gra i sztuczna opalenizna skojarzyła mi się z czymś, co już kiedyś widziałem przez uchylone drzwi pokoju "telewizyjnego" w moim domu i miało związek z Ameryką Łacińską.

Wracając do pozytywów, jest jeszcze Caggie. 


Caggie Dunlop, kochani, to jest jak widać osobny rozdział.



Ta pani nie tylko grała w dwóch pierwszych seriach tego widowiska, dobrze wygląda i zajmuje się modą, ale też śpiewa! Na YouTube można zapoznać się z jej piosenką Neverland (mnie osobiście nie powala, ale np. wspominanemu już tu przeze mnie kiedyś Mariuszowi wydała się obiecująca). Kasia zamierza nagrywać ambitny pop "w stylu Lany Del Rey i Jessie Ware". Pożyjemy, zobaczymy - cel jest szczytny.

Trudno uwierzyć, że opera mydlana z elementami reality show (a może jest na odwrót...) poza nielicznymi wyjątkami głównie w pierwszym sezonie wykorzystuje jako tło muzyczne utwory praktycznie wszystkich możliwych "gorących" marek indie - od folka przez rock po electro. Lana Del Rey, Gotye, Hurts, Gypsy & The Cat, Florrie, Patrick Wolf, Friendly Fires, Monarchy, Tim & Jean - łatwiej byłoby wymienić, kogo się tam NIE dało usłyszeć. Z tego względu postanowiłem Wam dzisiaj zaserwować tylko kilka piosenek, które odkryłem lub na nowo polubiłem, zapoznając się z playlistą piątego sezonu, który akurat dobiegał końca, kiedy założyłem konto na Spotify. Tak jak napisałem wyżej, MiC nigdy wcześniej mnie za bardzo nie interesowało, dlatego trudno mi powiedzieć, czy któryś z tych utworów zawdzięcza mu  karierę, tak jak How to Save a Life i Chasing Cars - Chirurgom, a I Love It - Dziewczynom. Wszystkie razem tworzą jednak piorunującą mieszankę.




Nowozelandzka wokalistka, która, jak już wiemy nie Gotye i nie podpisuje się Lorde. I cudownie brzmi w takich retro klimatach. W piątym sezonie wykorzystano równiez prezentowany już przeze mnie na blogu kawałek Warrior z reklamy Conversów.




Jeden młody niemiecki zespół indie remiksuje drugi, czyli taneczność do kwadratu.



Eleganckie party, czyli esencja życia w Chelsea. Czuć producencką rękę wokalisty Friendly Fires.



Projekt Kindness sytuuje się na tym skrzyżowaniu czarnych brzmień i muzyki alternatywnej, na którym tak lubię przebywać w tym roku.



Jeden z ulubionych zespołów Karoliny i spory hit na liście Bilboard Alternative Songs w ubiegłym roku.



Młoda norweska wokalistka (prawdziwe nazwisko: Monica Birkenes) w piosence, która brzmi jak mniej dokuczliwa dla uszu wersja Hello Martina Solveiga i Dragonette (zarówno francuski DJ, jak i kanadyjska formacja oczywiście również przewinęli się przez serial :)



Grupa Shields z Newcastle - zaraźliwa muzyka, kreatywne podejście do skarpetek.



Z wielu propozycji Muzykoblogera akurat ta wokalistka mi gdzieś zaginęła, nad czym boleję i w ten sposób próbuję się chociaż trochę zrehabilitować. Drugi album Lissie pt. Back to Forever ukazał się 8 dni temu.



Jeden z tak modnych w ostatnich latach (Avicii!) mariaży muzyki względnie alternatywnej i tanecznej.



Gabriel Bruce, czyli trochę bliskich mi brzmień stylizowanych na rock gotycki lat 80.



Oprócz ich najbardziej znanej piosenki Flexxin', Dutch Uncles reprezentował na składance udany cover przeboju Grace Jones.



Rytmika lekko stylizowana na r&b, mocno popowe zacięcie - na Calluma Burrowsa z Nottingham trzeba zwrócić uwagę!



Bardzo wieczorne granie Still Corners.



Brytyjskie podejście do spuścizny muzyki soul w wykonaniu The Heavy.



Kolejny podgatunek indie, do którego mam dużą słabość - pani, pan i przybrudzone gitary.

W piątym sezonie Made in Chelsea pojawiły się również takie piosenki, jak: I Belong in Your Arms Chairlift, Stay Away Charli XCX, Man Made Clock Opera, LA Calling i You and I Crystal Fighters, Kill for Love Chromatics, White Noise Disclosure i AlunaGeorge, Don't Try i Kemosabe Everything Everything, Bad Habit Foals, 5-HT The Good Natured, Hammer & Sickle Neon Neon (jak ich nie lubić chociaż trochę ;), Trying to Be Cool Phoenix, Fool of Me Say Lou Lou i Cheta Fakera, Drove Me Wild Tegan and Sara, We Got It Wrong St. Lucia, See You The Story of the Apple Pie, Cast Away Strange Talk, Be Mine Tonight i Run My Heart Twin Shadow, Handshake i Next Year Two Door Cinema Club. A to tylko te, które mają jakiś związek z moją prywatną listą przebojów i rankingiem ulubionych albumów 2012 roku. A przecież jeszcze były utwory alt-J, Bastille, Daughter, Imagine Dragons, Memory Tapes, Milesa Kane'a, Palma Violets, Peace, Swim Deep, Tame Impala, The National, The Strokes, Toro Y Moi, Vampire Weekend, Yeah Yeah Yeahs... Być może o niektórych będzie okazja wspomnieć przy okazji tegorocznego zestawienia subiektywnie najlepszych płyt.

W tym tygodniu ruszył szósty sezon Made in Chelsea. Karolina na pewno była zachwycona użyciem kompozycji jej ulubieńców z The Jungle Giants, mnie cieszy powrót Monarchy, a wielu promowanych w ten sposób projektów na razie nie kojarzę. Zobaczymy, co pokażą kolejne odcinki. Motywem przewodnim pozostaje Midnight City M83, co chyba dobrze wróży ;)

Wednesday, October 9, 2013

Historia jednej piosenki: Ylvis - The Fox


Przynajmniej raz na kilka miesięcy pojawia się nagranie, które dzieli bez mała cały świat na dwa obozy. Jego przeciwnicy uważają, że to totalne dno i gwóźdź do trumny muzyki pop, obrońcy wołają "wyluzujcie, na imprezę jak znalazł, za 10 lat będziecie wspominać z łezką w oku". Każdy na pewno byłby w stanie wymienić kilka tytułów przaśnych hitów typu Macarena, Asereje czy Dragostea din tei, na temat których każdy miał wyrobione zdanie. Ostatnio do tego panteonu wątpliwej sławy dołączyła produkcja z Norwegii - The Fox, względnie What Does the Fox Say? braterskiego duetu komików Ylvis.

W założeniu miała być to jedynie reklama nowego sezonu ich programu telewizyjnego, jednak już po miesiącu od premiery kawałek trafił na 1 miejsce norweskiej listy przebojów, do pierwszej dziesiątki Billboard Top 100, w tym tygodniu również powinien znaleźć się w UK Top 40. Dzisiaj chłopaki występują u znanego jajcarza Jimmy'ego Fallona (ciekawe, czy mu się tak oberwie, jak za wspólne śpiewanie z Miley Cyrus). Często można usłyszeć komentarze, że nie da się tego (u)tworu oceniać tak, jak np. singli Davida Guetty, ponieważ został zrobiony "dla jaj", być może jako kpina z pustki tekstów współczesnych popowych szlagierów. Bracia Ylvisaker twierdzą, że nie przyświecała im żadna głębsza myśl, po prostu zastanawiali się, jakie dźwięki wydaje lis.

Mam trochę inne zdanie na ten temat. Nie wydaje mi się, aby znany ze współpracy m.in. z Rihanną, Beyonce i Mariah Carey duet Stargate podjął się produkcji kawałka, nie wierząc, że nie będzie on przebojem przynajmniej na skalę Europy. A pisanie przebojów (przynajmniej w dzisiejszych czasach) to nigdy nie jest beztroskie zajęcie - w grę chodzi przecież zarabianie olbrzymich pieniędzy, czyli coś piekielnie poważnego. Patrząc na tekst trudno też uwierzyć, że chodzi tylko o liska, który przecież w polskiej tradycji ludowej ma raczej kiepską prasę. Tak, tak, oczywiście szkoda czasu na takie analizy, ale już po pierwszym przesłuchaniu odniosłem wrażenie, że piosenka odniosła sukces nie tylko dzięki wariackiemu refrenowi i równie wariackiej choreografii w refrenie, lecz również dlatego, że wydaje się posklejana z elementów kiedyś równie popularnych i równie wyśmiewanych songów. Jeżeli słucha się muzyki rozrykowej dłużej niż 10 lat, praktycznie co chwilę coś przychodzi do głowy...

(melodia zwrotki kojarzy mi się z We Are the People Empire of the Sun, gdyby taka pozostała do końca pewnie mielibyśmy wzorcowy radiowy kawałek z początku tego stulecia)

Dog goes woof
Cat goes meow
Bird goes tweet
and mouse goes squeek

Cow goes moo
Frog goes croak
and the elephant goes toot

(ja bym jeszcze dodał do tej wyliczanki: eagle goes woop, widziałem coś takiego kiedyś na Twitterze;)

Ducks say quack
and fish go blub (Blob? O tym panu już Wam kiedyś pisałem)
and the seal goes ow ow ow (tu też na pewno jest jakiś podtekst, ale aż się boję pomyśleć jaki...)

But there’s one sound
That no one knows
What does the fox say?

Ring-ding-ding-ding-dingeringeding!
Gering-ding-ding-ding-dingeringeding!
Gering-ding-ding-ding-dingeringeding!
What the fox say?
(Crazy Frog wiecznie żywy!)

Wa-pa-pa-pa-pa-pa-pow!
Wa-pa-pa-pa-pa-pa-pow!
Wa-pa-pa-pa-pa-pa-pow!
What the fox say?
(Vocal jak u Awolnation:)

Hatee-hatee-hatee-ho!
Hatee-hatee-hatee-ho!
Hatee-hatee-hatee-ho!
What the fox say?
(Hatti to pewnie zdrobniałe imię dziewczyny któregoś z panów, brzmi to jakoś strasznie norwesko ;)

Joff-tchoff-tchoffo-tchoffo-tchoff!
Tchoff-tchoff-tchoffo-tchoffo-tchoff!
Joff-tchoff-tchoffo-tchoffo-tchoff!
What the fox say?
(A mniej więcej tak brzmi reakcja PSY na oskarżenia o szerzenie tandety, skądinąd mógłby mu ktoś zrobić zdjęcie z kotami, byłby materiał na humor słowny na miarę waleni konia)

Big blue eyes
Pointy nose
Chasing mice
and digging holes

Tiny paws (ideał urody niemal na miarę feudalnych Chin..., czyżby jednak naprawdę walczyli o wschodnie rynki?)
Up the hill (w tym momencie wszyscy powinniśmy przełączyć na Kate Bush)
Suddenly you’re standing still

Your fur is red
So beautiful
Like an angel in disguise

(hmmmm... Ylvis niby twierdzą, że ich inspiracją nie był furry fandom, czyli miłośnicy przebierania się za pluszaki... Ale jeżeli to naprawdę piosenka o dziewczynie, to nie mogli chociaż użyć słowa "vixen"?)

But if you meet
a friendly horse (czy tylko ja słyszę: friendly hoes?)
Will you communicate by
mo-o-o-o-orse?
mo-o-o-o-orse?
mo-o-o-o-orse? (całkiem zabawne i do rzeczy użycie wokodera)

How will you speak to that
ho-o-o-o-orse?
ho-o-o-o-orse?
ho-o-o-o-orse?
What does the fox say?

Jacha-chacha-chacha-chow!
Chacha-chacha-chacha-chow!
Chacha-chacha-chacha-chow!
What the fox say? (Awolnation remix gone horribly wrooong)

Fraka-kaka-kaka-kaka-kow!
Fraka-kaka-kaka-kaka-kow!
Fraka-kaka-kaka-kaka-kow!
What the fox say?

A-hee-ahee ha-hee!
A-hee-ahee ha-hee!
A-hee-ahee ha-hee!
What the fox say? (pies Goofy?)

A-oo-oo-oo-ooo!
Woo-oo-oo-ooo!
What does the fox say? (kolejna świetna parodia sztampowego wokoderu)

(w tym momencie już wyraźnie czuć wpływ Stargate)
The secret of the fox
Ancient mystery (komizm takiego uwznioślenia sprawy chyba nie wymaga szerszego komentarza)
Somewhere deep in the woods
I know you’re hiding
What is your sound?
Will we ever know?
Will always be a mystery
What do you say?

You’re my guardian angel (wow, on go naprawdę kocha. To znaczy - JĄ kocha. Chyba - ją. To znaczy...nieważne)
Hiding in the woods
What is your sound?

(Fox Sings)
Wa-wa-way-do Wub-wid-bid-dum-way-do Wa-wa-way-do
(tak, ja też nie przepadam za A Little Party Never Killed Nobody, chociaż skatujący lis w sumie bardziej brzmi tu jak eurodance'owy klasyk Scatman John niż Fergie. Skądinąd pojawiający się w tym momencie w klipie zwierzak jest...Polakiem)
Will we ever know?

(Fox Sings)
Bay-budabud-dum-bam

I want to…

(Fox sings)
Mama-dum-day-do

I want to…
I want to know!

(Fox sings)
Abay-ba-da bum-bum bay-do

A więc - bezwstydna deklaracja zoofilii, nietypowe rozpaczliwe wyznanie miłości do tajemniczej kobiety (mężczyzny?), parodia takiego wyznania, czy piosenka o trawce? Will we ever know? Koniec końców, najbardziej zadziwia mnie jedno: kiedy powiedziałem Muzykoblogerowi, że zamierzam napisać o The Fox, nie był w ogóle zdziwiony. Wiedział, że jako chyba jedyny w XXI wieku fan Pana Blobby'ego nie przejdę wokół tego utworu obojętnie. Normalnie syndrom Roisin Murphy :)

Friday, October 4, 2013

Monografia 2 w 1: Passion Pit i Yeasayer


Jako bloger regularnie przekonuję się, że łatwiej jest coś z fantazją wyśmiać niż przekonująco pochwalić. Superlatywy często brzmią fałszywie, a na pewnym etapie zdobywania zaufania czytelników hasło "dobre electro" (rock, pop, niepotrzebne skreślić) wystarczy za cały komentarz. Zespołem, który tak lubię, że trudno mi o nim mówić bez uciekania się do banałów typu "superprzebojowy", "idealnie trafia w mój gust" i "perfekcyjne melodie" jest amerykańska grupa Passion Pit. Ewentualnie mógłbym ich nazwać koryfeuszami szynszyl-popu, ale już wiem, że niektórych ta etykietka drażni (poza tym pamiętajmy, że moda na facetów o tej barwie głosu ma dłuższe tradycje, zapoczątkował ją chyba Phoenix). Cóż, jeśli tak bardzo lubi się jakiś projekt i chce go promować, trzeba próbować.

Poznałem go dzięki Roxy FM, którego playlista w 2011 r. miała dla mnie cztery asy atutowe: Forever and Ever, Amen The Drums, Heart in Your Heartbreak The Pains of Being Pure at Heart, Not in Love Crystal Castles z Robertem Smithem i właśnie To Kingdom Come Passion Pit. Singiel ten pochodził z debiutanckiego albumu kapeli z Cambridge w stanie Massachussetts Manners, który ukazał się w 2009 r. Mimo, że Cambridge to siedziba jednego z najlepszych uniwersytetów świata - Harvarda, żaden z muzyków na nim nie studiował. Wokalista i kompozytor repertuaru Michael Angelakos edukował się na Emerson College w Bostonie, pozostali członkowie grupy (gitarzysta Ian Hultquist, klawiszowiec Xander Singh, basista Jeff Apruzzese i perkusista Nate Donmoyer) - na Berklee College of Music w tym samym mieście.



Melodia na tyle mocno nie chciała opuścić mojej głowy (nie zrobiła tego do dzisiaj), że postanowiłem poszukać więcej na YouTube. Teledysk do tego numeru bardzo mi się spodobał, za to nie przypadła mi do gustu piosenka, którą zaproponowała mi wyszukiwarka serwisu, czyli Sleepyhead. Znalazła się ona już na epce Chunk of Change z 2008 r. i jako jedyna z niej trafiła na Manners - kosztem bardziej chwytliwych numerów (przede wszystkim Smile Upon Me).

Przypomniałem sobie o Manners dopiero wiosną 2012 roku. Już po pierwszym przesłuchaniu awansowała do grona moich ulubionych płyt, przynajmniej ostatnich lat. Trudno wymienić wszystkie mocne punkty, nie łatwiej wytknąć słabe, ale chyba najbardziej zapadły mi w pamięć pierwszy singiel The Reeling, Eyes Like Candles i Moth's Wings (a może to jednak było Little Secrets :). Naturalnie z miejsca wzrósł apetyt na kolejny krążek, który ukazał się 20 lipca poprzedniego roku. W tym samym czasie zespół znalazł się na pierwszych stronach alternatywnych serwisów również dlatego, że Angelakos przyznał się do rozdwojenia jaźni, które zdiagnozowano u niego, kiedy miał 17 lat.





W przypadku Gossamer też coś nie kliknęło. Po pierwszym zapoznaniu się z materiałem do gustu przypadła mi tylko jedna piosenka - Hideaway (wiem, że nie jest to dobra reklama, jednak za każdym razem, kiedy ją słyszę, przypomina mi się Papa Dance). Obawiałem się, że zespół jest skończony, a odwołanie trasy koncertowej z powodu problemów zdrowotnych lidera dodatkowo go pogrzebie. Na szczęście w październiku na forum Muzyczna Galaktyka odbyła się kolejna edycja konkursu Miastowizja i jeden z uczestników, Michał zgłosił do swoich eliminacji krajowych m.in. singiel Take a Walk. Podejście "na świeżo" poskutkowało i nagle okazało się, że Gossamer to taka sama perła jak Manners (przynajmniej moim zdaniem)! Okazało się, że styl, który wtedy mnie uwiódł, można było jeszcze bardziej dopracować. Piosenki Passion Pit przypominają mi sceny z Umpa-Lumpami w Charliem i fabryce czekolady: Michael śpiewa niby niepozorną melodię na bazie instrumentów klawiszowych, a w refrenie nagle wszystko piszczy, skacze i tańczy, jakby ożył chór pluszowych zabawek. Kwintescencją tej maniery jest dla mnie czwarty singiel z Gossamer - bardzo życiowy Carried Away, ilustrowany zabawnym wideo z Sophie Busch jako partnerką wokalisty, Love Is Greed, które nie miało takiego statusu, jednak ku oburzeniu regulaminowych purystów pomogłem mu zdobyć pierwsze miejsce w Club Chart oraz wspomniane Hideaway. Uwielbiam również elegijne It's Not My Fault, I'm Happy. (jak widać, z całą sympatią przede wszystkim dla I'll Be Alright, zupełnie inaczej dobrałbym utwory promujące to CD...)




Gossamer okazał się całkiem pokaźnym sukcesem rynkowym. Płyta doszła do 4 miejsca notowań Billboardu, Take a Walk (pewnie pomógł mu fakt, że Michael nie zaprezentował w nim pełnej rozpiętości swojego falsetu) - do 84 pozycji wśród najpopularniejszych utworów, 5 lokaty na Billboard Alternative Songs i 9 - na Billboard Rock Songs. Formacja korzysta z każdej okazji, aby obronić miejsce w świadomości Amerykanów - bonusowy kawałek American Blood trafił na quasi-soundtrack do filmu Iron Man 3, fani dostają covery (fun.) i remiksy (St. Lucia, Portugal. The Man) innych wykonawców, a ostatnio epkę z alternatywną wersją Constant Conversation, niestety bardzo łupanym remiksem Carried Away Dillona Francisa (o wiele lepiej brzmi ostatnio z Totally Enormous Extinct Dinosaurs) i nowym utworem - balladą Ruin Your Day. Do pełni szczęścia brakuje tylko koncertu w Polsce...

***
Dlaczego postanowiłem w tym wpisie napisać również o Yeaseyar? Wydaje się, że niewiele łączy te dwa zespoły. Obydwa pochodzą z USA, grają indie pop, a ich single figurowały w playliście Roxy FM w 2011 r. - jak już kilka razy pisałem, dla mnie Bardzo Trudnym Roku. Obydwa wydały płyty w 2012 r. i obydwa krążki mimo wcześniejszych podejść "odkryłem" dzięki miastowizyjnym propozycjom Michała. Pierwsze zetknięcie z kwartetem z Brooklynu miałem wręcz feralne. Jeżeli w swoim czasie czytaliście uważnie, pewnie domyślacie się, że w klipie Madder Red (Kristen Bell w roli żeńskiej!) dopatrzyłem się ni mniej, ni więcej tylko cierpiącej szynszyli.


"To tylko ziemniak" - uspokajała bohaterka przywołanego wyżej wpisu. Pod względem muzycznym płyta Odd Blood nie prezentowała się aż tak dziwacznie, szczególnie w porównaniu z debiutanckim krążkiem Chrisa Keatinga (wokalista, klawisze), Iry Wolfa Tutona (basista), Ananda Wildera (gitarzysta, wokalista) i Luke'a Fasano (obecnie perkusistą zespołu jest Cale Parks). All Hours Cymbals z 2007 r. to hipnotyczna mieszkanka folku, gospel i muzyki etnicznej z różnych stron świata, głównie Azji. Trzy lata później muzycy postawili na prostsze formy, także ze względu na głos Keatinga kojarzące się z r'n'b (Love My Girl), ale także inspirowane reggae (Ambling Alp - skądinąd niedawno dowiedziałem się, że "krocząca turnia" to przydomek przedwojennej włoskiej gwiazdy boksu Primo Carnery), francuskim electro (O.N.E. - jedyny jak na razie utwór grupy, który znalazł się w Wlk. Brytanii w singlowym Top 200, pod tym względem Passion Pit mieli więcej szczęście, o ile można tak nazwać 99 miejsce The Reeling), bluesem i rock'n'rollem (Strange Reunions, Mondegreen).



Członkowie zespołu uważają, że ich ostatnie dzieło, ubiegłoroczny Fragrant World to bardziej eksperymentalny projekt niż Odd Blood. Nie do końca się z tym zgadzam, szczególnie że ten longplay wydaje mi się bardziej jednorodny stylistycznie, jakby skrojony pod tych, którzy dobrze bawili się na koncercie Autre Ne Veut na tegorocznym Off Festivalu. Różni je przede wszystkim mniej lub bardziej oszczędne użycie elektroniki (Daftpunkowe trzaski w Devil and the Deed, Bollywoodzki początek w No Bones). Najbardziej przebojowy jest ostatni singiel - Reagan's Skeleton (jakoś nie wyobrażam sobie takiej piosenki o amerykańskim prezydencie z Partii Demokratycznej, szczególnie że kilka lat wcześniej mieliśmy zjadliwe Love of Richard Nixon Manic Street Preachers). Moją koleżankę zauroczył ostatni utwór na płycie - Glass of the Microscope (rozmyte wokale kojarzą mi się z pięknym Hide and Seek Imogen Heap).






Yeasayer pracują obecnie nad nową płytą. Niedawno opublikowany utwór Don't Come Close, który znalazł się na ścieżce dźwiękowej do gry Grand Theft Audio V, nie porwał mnie, ale znając nieobliczalność tej załogi nie chcę (choć mam ochotę) prorokować, że na pewno czeka nas powtórka z (niezłej) rozrywki, czyli Fragrant World ;)

Już niedługo kolejne blogowe szaleństwa :)