Saturday, December 28, 2013

Ranking: Top 100 moich ulubionych singli w 2013


Podsumowanie roku - dwa magiczne słowa, okręt flagowy praktycznie każdego bloga o popkulturze. Dla nas, blogerów, praktycznie cały rok to odliczanie do tego wyjątkowego dnia, w którym będziemy gotowi, aby je zaprezentować. Tak, jest to pewnego rodzaju mania, ale przecież tak lubicie je czytać i komentować :) Dziś właśnie nadszedł Ten Dzień - zaczynam prezentację stu moich ulubionych singli wydanych w roku 2013 (oraz kilku innych piosenek, które wydały mi się interesujące). Za kilka tygodni przedstawię również moje ulubione tegoroczne płyty długogrające (jeszcze nie jestem pewny ile, być może 40, być może 60). Osobnego wpisu o epkach tym razem nie będzie, ponieważ tylko w trzech dostrzegłem coś naprawdę wyjątkowego. Za to dla spragnionych jeszcze większej dawki dobrej muzyki opublikuję podsumowanie statystyczne pierwszych stu notowań RT Listy oraz jej końcoworoczne rankingi za 2012 i 2013.

Jak co roku zwracam uwagę na słowo "ulubione" w tytule posta, które oznacza tyle, że znajdziecie na tej liście głównie utwory należące do najbliższych mi stylistycznie gatunków: indie popu, indie rocka i electro (choć nie tylko). Starałem się też maksymalnie ograniczyć liczbę "dzikich kart" i prezentować kawałki, które rzeczywiście towarzyszyły mi w tym roku.

Na początek "nieszczęśliwa pięćdziesiątka". Większość tych utworów można skomentować słowami "przebojowe, pogodne/mroczne electro z (nazwa kraju), warto ich śledzić". Na pierwszą setkę to było trochę za mało ;) Niektóre utwory z ostatniej dziesiątki w tej chwili mnie irytują, ale w ciągu roku na tyle mocno za mną chodziły, że ich pominięcie byłoby nieuczciwe.

101. Fanfarlo – A Distance
102. Moderat – Bad Kingdom
103. OMD – Dresden
104. Panda Cubs – Rise
105. Work Drugs – Digital Girl
106. Hellogoodbye – (Everything Is) Debatable
Spora zmiana stylistyczna od czasów Here (In My Arms), ale wyszło nieźle.
107. For BDK – New Ways Of Digging Deeper
108. Bloc Party – Truth
109. Pigeon – Encounters
110. Nylo – Take It Back
111. The Chain Gang of 1974 – Sleepwalking
112. Futurecop! feat. Kristine – Superheroes
113. Toro y Moi – Never Matter
114.
Beverlay– Typically Her
115. Chvrches – Recover
116. St.Lucia – Elevate
117. Strangers – Sense of Liberty
118. Fenech-Soler – Magnetic
119. Canopy Climbers – Stuck
120. Johnny Hates Jazz – Magnetized
Tak, to ci z lat 80. od Shattered Dreams!
121. Basement Jaxx – What A Difference Your Love Makes
122. Tom Odell – Hold Me
123. Keep Shelly in Athens – Recollection
124. The Darcys – Horses Fell
125. MDNGHT – Into The Night
126. Bruno Mars – Moonshine
Powoli, bo powoli, ale on naprawdę idzie w dobrym kierunku!
127. Biernaski feat. Lovers in Uniforms – With You
128. Party Supplies – Going Back To New York
129. Low Tide Theory – Crash
130. Great Good Fine Ok – You're the One for Me
131. Mons Montis – Swept
132. Thomas Azier – Ghostcity
133. Silent Gloves feat. Patrick Baker – So Real
134. Olly Murs – Dear Darlin’
Oh My Goodness pozostaje dla mnie numerem jeden, ale bardzo mi się podoba podkład w tym utworze. Skądinąd Olly to dla mnie fenomen, nawet nie wygrał X Factora, a już trzeci (!) jego album w Wielkiej Brytanii nie schodzi z list sprzedaży...
135. From The Airport – Timelines
136. Phoenix – Entertainment
137. Tomasz Makowiecki – Holidays in Rome
138. Story of the Running Wolf – Stratospheric
139. Big Cosmos – El Palo Alto
140. Patterns – Sunny Days
Z Kostaryki!
141. Sterling Silver – Sweet Talk
142. Claire – Games
143. Guineafowl – Little Death (Make It Rain)
144. Friends - The Way
145. Everywhere – Soldier
146. Magic Man – Waves
147. White Sea – They Don’t Know
Morgan Kibby - żeński głos z płyt M83.
148. Ralph Myerz feat. Annie – Take a Look at the World
149. Koobra feat. Joanna – Something Real
150. Ylvis –The Fox (What Does the Fox Say?)<
Za nabicie tylu wyświetleń dla bloga należało się miejsce w topie :) Po odjęciu dziwnych odgłosów to jeden z najlepszych mainstreamowych tanecznych kawałków tego roku...

***

100. Dick 4 Dick – Uśmiechnięty pies

Na początek 150-ki był Ylvis, na początek setki też coś wesołego, ale na wyższym poziomie i rzemiosła, i inspiracji artystycznej. A jakiż życiowy to utwór! I do tego po polsku. Full service (albo "pełen wypas", żeby do końca po polsku zostało)!

99. Sin Cos Tan – History

Jeden z czołowych fińskich zespołów synth-popowych, którym mocniej zainteresowałem się pod koniec roku. Polecam też ich kolejny singiel Limbo.

98. Grafton Primary – One More Life

Ten australijski duet zapamiętałem jako totalnych świrów (I Can Cook, Relativity). W tym roku złagodnieli, nie przełożyło się to na dobrą płytę (chociaż natknąłem się, i to w Polsce, na jednego fascynata Neo), ale pilotażowy singiel był obiecujący.

97. The Knocks feat. St. Lucia – Modern Hearts

W tym roku zachwycałem się dokonaniami dyskotekowych nowojorczyków z The Knocks, ale niestety dla tego rankingu były to głównie kompozycje z 2011 i 2012 r. Nie mogłem jednak przejść obojętnie obok kolaboracji z kolegami z wytwórni. I ta kobza! Jak sami panowie gorzko stwierdzili na Twitterze, Avicii tego nie ma...

96. Viceroy feat. Chela – Dream of Bombay

Kolejna świetna para - o tej australijskiej wokalistce może być głośno w 2014 r. W tym kawałku (i teledysku) ucieleśnia to, co kocham - niewinność dorastania w latach 80... Warto sobie wziąć ten tekst do serca!

95. The Domino State – Your Love

Trochę indie rockowej mocy. Mam dziwne przeczucie, że w pierwszej pięciolatce XXI wieku ten utwór mógłby być nawet airplayowym przebojem w Polsce...

94.Maximo Park – Leave This Island

Prawdziwy rzut na taśmę. Niby zawsze bardzo lubiłem ten zespół, ale w pewnym momencie odstawiłem na boczny tor, co uważam za duży błąd. Na szczęście ekipa z Newcastle nadal nagrywa, tym razem w przejmująco melancholijnym tonie, ale może doczekamy jakichś hołubców w nowym roku :)

93. Wolfgang in a Truck – Malibu

To już oklepana fraza, ale w tym przypadku naprawdę trudno uwierzyć, że taką tropikalną nutę nagrali Polacy! Tym bardziej, że zaczynali od zawiesistej elektroniki spomiędzy Royksopp i The Human League.

92. Håkan Hellström – Det kommer aldrig va över för mig

Po tym co się stało w ubiegłym roku, jakiś kawałek po szwedzku musiał się tu znaleźć :) Tym razem padło na popularnego w tym kraju solistę, który brzmi tu trochę jak The Killers.

91. Aluna George – Best Be Believing

Proszę, nie rozmawiajmy o tym, że wolałem od nich The Smashing Pumpkinsna OFF Festivalu! Dobra, sam zacząłem. Zresztą... nieważne.

90. Charli XCX – Superlove

Seksu tyle co u Aluny, ale już nie bardzo w stylu R&B, już raczej Latin freestyle. Urocza Charli zawsze miała u mnie pod górkę, bo jej niby popowe single wydawały mi się zbyt powykręcane, ale choćby za całokształt należało jej się to miejsce ;)

89. Night Drive - Drones

Trochę ejtisowego mroku z Teksasu.

87. Dawid Podsiadło – Nieznajomy

Długo wahałem się nad umieszczeniem tego singla w rankingu. Oczywiście cieszę się, że X Factora wygrał utalentowany chłopak o ciekawej wizji muzycznej, jednak nie jest to do końca przedstawiciel tego nurtu indie, którym się pasjonuję, nie jest też tak odległy od polskich tradycji pop-rockowych, jak niektórym jego fanom się wydaje. Jednak bez dwóch zdań ten utwór jest pełen mocy, jak najbardziej wart refleksji i pozostaje w pamięci jeszcze wiele minut po wysłuchaniu.

86. Ada Szulc & DJ Adamus – 1000 miejsc

Nie jestem fetyszystą wokali, trudno mi nawet opisać barwę głosu konkretnego muzyka (mam z tego powodu często straszne problemy jako tłumacz), dlatego nigdy nie zastanawiałem się, czy mają rację ci, którzy uważają, że Ada nie zasługiwała na czołową trójkę X Factora. Płyta z DJ Adamusem była dobrym pomysłem, a pierwszy singiel z niej bardzo wciąga, chociaż oczywiście w inny sposób niż Nieznajomy.

85. Foals - Bad Habit

Single Foals to jeden z ulubionych tematów Muzykoblogera w tym roku :) Mi akurat najbardziej spodobał się ten najbardziej patetyczny.

84. Marina & The Diamonds – The State of Dreaming

Wiele osób pukało się w głowy, jednak czekałem cierpliwie, aż to nagranie z Elektra Heart stanie się singlem. Może i jest to muzyka wybitnie lekka, łatwa i przyjemna, jednak wszystko co chociaż minimalnie kojarzy się z warsztatem kompozytorskim Pet Shop Boys, może liczyć na moje wsparcie.

83. London Grammar – Strong

Nie ukrywam, że nie jest to zespół z mojej muzycznej bajki, potężny głos Hannah Reid nie jest dla mnie atutem samym w sobie, ale akurat ten singiel ma w sobie wręcz klasyczne piękno, a do reszty pewnie przekonam się z czasem.

82. Psychic Powers – The Portal

Wydawało się, że ten nowozelandzki zespół to już przeszłość, że teraz priorytetem jest projekt Junica, jednak ni stąd ni zowąd, pół roku temu ukazał się teledysk do tego utworu z płyty Infinity, którą możecie znaleźć na Bandcampie. Polecam - kawałek rozweselającej, podszytej psychodelią elektroniki.

81. Gazella feat. The Kiki Twins – Fascinating Mystery

Znowu polska elektronika, tym razem wsparta posiłkami z Nowego Jorku. Jak pisał Muzykobloger, w tym utworze można doszukać się więcej inspiracji latami 90. niż 80., rap to wręcz euro-dance. Ogółem fajna wycieczka w kosmos :)

80. Beach House – Wishes

Ten zespół zawsze trzyma poziom. W tym wypadku dodatkowo postarali się o niekonwencjonalny teledysk.

79. Janelle Monae feat. Miguel – Prime Time

Może jestem złośliwy, ale miałem wrażenie, że The Electric Lady to była jedna z najbardziej gitarowych płyt, jakie w tym roku słyszałem. Trudno mi uwierzyć, że w jej nagrywaniu nie uczestniczył Jimi Hendrix albo Carlos Santana. Na pewno swoją cegiełkę dołożył rozchwytywany ostatnio Miguel, dzięki czemu otrzymaliśmy ten romantyczny duet.

78. Washed Out – All I Know

Czy chillwave w ogóle jeszcze istnieje? W tym roku jego koryfeusze rozpłynęli się po różnych stylach electro. Na kilku jeszcze trafimy w tym rankingu. Znalazło się też miejsce dla jednego z bohaterów mojego podsumowania 2011 roku.

77. j.viewz – Far Too Close

I znowu Brooklyn, znowu zapatrzenie i zasłuchanie w latach 80., znowu ze świetnym rezultatem. Plus parę wygibasów rytmicznych między refrenami.

76. Body Parts - Desperation

Ten numer 1 mojej prywatnej listy przebojów w tym roku zdążył mi się chyba najmocniej znudzić. Co nie znaczy, że uważam go za słaby. Wielu osobom na pewno byłby w stanie poprawić humor, tak jak mi w październiku.

75. Pulp - After You

Na razie powrót jednej z czołowych brit-popowych kapel skończył się na tym jednym frywolnym singlu. Jak widać po lokacie w rankingu - Jarvis i spółka nadal mają potencjał przyciągania słuchaczy.

74. Gallant – If It Hurts

Takiego zbolałego, falsetowego R&B było w 2013 r. bardzo wiele, ale akurat ten jeszcze mało znany nowojorczyk wydał mi się najbardziej charyzmatyczny. Naprowadził mnie na niego Mavoy (of course:)

73. Future Screens – Outta Sight

Akurat takich wokali w electro nie znoszę, ale piosenka przy całej swojej infantylności jest zaraźliwa.

72. Atlas Like – Deer Shelter

Nawet akcent wokalisty przypomina w tej wrocławskiej produkcji chłodną falę lat 80 ;)

71. Annie – Back Together

Ten rok to m.in. powrót jednej z najlepiej recenzowanych wokalistek pop pierwszej dekady tego wieku. Pamiętam te czasy przez mgłę, ale ostatnie dokonania Norweżki oceniam wysoko.

70. OMD – Metroland

Legenda new romantic po ponad 30 latach działalności nie tylko nie zapomniała, jak się tworzy pop na wysokim poziomie, ale również nie przestała eksperymentować.

69. Kamp! – Melt

Moim zdaniem lepszy z dwóch tegorocznych singli Kamp! Saksofon w Can't You Wait kojarzy mi się ze scenami imprez w starych filmach nie najwyższych lotów...

68. Justin Timberlake – Mirrors

Oda do monogamii jednego z wielkich zwycięzców tego roku. Ujęła mnie nie tylko popowość tego prawdziwego "opus" wokalisty siedzącego wszak w r&b i funku, ale również wstęp jakby wzięty z 80sowego AOR :)

Zdaję sobie sprawę, że według wielu słuchaczy tajemnicza londyńska wokalistka przynudza, jednak czasem bardzo potrzebuję jej uwodzicielskiego głosu i wierzę, że jej pomysł na siebie nie ogranicza się do naśladownictwa Lany Del Rey, trzeba tylko dać jej trochę czasu.


Reklamowanie tego utworu jako "kolejnej odsłony polskiej szkoły electro" byłoby mocno nieuczciwe, ponieważ jest mocno ekscentryczny, a sam zespół nie stroni od niedzisiejszego rocka. Ale tutaj oceniamy single, a w tej sferze krakowianie obrali podobną taktykę, co Tomasz Makowiecki.

65. Tegan and Sara – I Was A Fool

Nie miałem wcześniej styczności z tym zespołem, słyszałem tylko, że jest zdecydowanie alternatywny, dlatego tegoroczny album wręcz mnie zszokował - nawet mimo tego, że bardzi lubię muzykę w tym stylu. Utwory trochę zlewają się ze sobą, ale ten singiel zdecydowanie się wyróżnia.


Przezabawny utwór z wokalnym udziałem laureatki Grammy z lat 80. Tekst trochę pasuje do moich przygód na Selectorze (tak, Spencer Ludwig, mówimy o Tobie ;P) Efektowna trąbka i piękna melodramatyczna końcówka.

63. Uniqplan – Wilderness

Jedna z największych polskich indie-electro nadziei na ten rok. Moim zdaniem całkiem spełniona, choć na pewno są szanse na dalszy rozwój. Nie wiem, czy to kwestia akcentu wokalisty, ale kojarzą mi sie z rosyjskim Tesla Boy ;)

62. The Naked And Famous – Hearts Like Ours

Ten rok to m.in. powrót bardzo obiecującej kapeli z Nowej Zelandii. Wrócili mniej ekscentrycznie niż w 2010 r., za to w bardzo dusznym, miejscami patetycznym klimacie. Musiałem odpocząć od tej piosenki przez kilka tygodni, jak widać opłaciło się.

61. Naughty Boy feat. Emeli Sandé – Lifted 

O tym, że Emeli Sandé to wielki wokalny talent nie trzeba chyba nikogo przekonywać, tym bardziej się cieszę, że wciąż można ją usłyszeć nie tylko w konwencjonalnych balladach. Utwór zawędrowałby wyżej, gdyby nie "aaa" w podkładzie, które przypomina mi największy hit... Franka Kimono :)

60. Sub Focus feat. Alex Clare – Endorphins

Jedna z moich ulubionych w tym roku piosenek z kręgu muzyki typowo klubowej i jeden z moich ulubionych wokalistów ostatnich lat. Do tego podnoszący na duchu tekst, który nie raz bardzo mi pomógł.

59. Bastille – Of the Night

Połączenie dwóch szlagierów euro dance z rytmem w tytule to niby dość oczywisty pomysł, jednak liczy się też wykonanie, które jest bez zarzutu. Doceniam talent wokalny Dana, który potrafi wydobyć nawet z takiego repertuaru nieoczekiwane tony. Dlatego żałuję, że jego repertuar rzadko przypada mi do gustu.

58. Banglade$h – Lean

Ogromna dawka młodzieńczej beztroski z Nowej Zelandii. Dowód, że piosenka może być frywolna bez uciekania się do wulgarności i negliżu w teledysku.

57. Bright Light Bright Light – An Open Heart

Walijczyk już po raz trzeci gości w moim plebiscycie. Uważam, że szkodzi sobie wtórnymi balladami (jego ojczyzna przecież i tak niestety będzie preferować Robbiego Williamsa i Olly'ego Mursa), ponieważ przebojowe retro electro wychodzi mu, jak mało komu. Utwór moim zdaniem stworzony do reklamy samochodów.

56. Thirty Seconds To Mars – Up In The Air

Zespół, który od czasu sesji zimowej 2009/10 ma stałe miejsce w mojej pamięci :) Niekoniecznie w sercu, bo sesja się skończyła, gniew i zniechęcenie wyparowały, zespół zadomowił się w konwencji z This Is War, ale nadal momentami jest w stanie mnie porwać, przynajmniej na jakiś czas.

55. Pet Shop Boys feat. Example – Thursday

Chłodny, niepokojący klimat, jak z muzyki trochę zapomnianego już szwedzkiego The Radio Dept. Na featuringu jedna z moich brytyjskich "guilty pleasures". Rapuje też Chris :) Akurat w tym wypadku może wolałbym konwencjonalną balladę, ale to jeszcze nie koniec rankingu...

54. Suede – It Starts And Ends With You

Zespół, z którym mam taki problem, jak z Garbage w ubiegłym roku. Trudno wyrobić sobie własne zdanie na ich powrót czytając mnóstwo pochwał na mycharts.pl. Co oczywiście nie odbiera temu singlowi godnej pozazdroszczenia witalności. To się nazywa przeżywać drugą młodość!

53.  The Weeknd – Belong to the World

Też o miłości, ale zupełnie inny klimat, bliższy Thursday, ale takie jest r&b "z ambicjami" w ostatnich latach. Nie wiem, jak Was, ale mnie te słyszalne w tle strzały i stuki niebywale intrygują. A melodia i wykonanie tylko podwyższają notę.

52. Theme Park – Tonight

Piękna nostalgiczna piosenka - wymarzone tło dla imprezy wyższych sfer. Czuć producencką rękę wokalisty Friendly Fires.

51. Twin Shadow – Old Love / New Love

Też wybitnie dekadencki utwór, o ciekawej budowie, pasowałby do klubów początku lat 90. Jak widać, mój ulubieniec ze ścieżki dźwiękowej GTA V. Oby George Lewis Jr. jak najdłużej utrzymywał taką formę.

50. The 1975 – Chocolate

Jedni z najpopularniejszych tegorocznych brytyjskich debiutantów mają różne oblicza: romantyczne, imprezowe, zadziorne. Ich na razie największy singlowy przebój sytuuję się między drugim a trzecim.

49. Fall Out Boy – The Phoenix

Fall Out Boy zaliczyli ogromną woltę stylistyczną. Teraz wbrew tytułowi płyty nie grają już rock'n'rolla, tylko coś na pograniczu popu i R&B. Ale nadal mają w sobie coś wariackiego, co pozwoliło im wyróżniać się na tle emo-popowych rówieśników (teraz mają łatwiej, bo chyba nikt nie gra dokładnie, tak jak oni).

48. Chvrches – Lies

Fanom wydawało się, że już nie będzie singlem, jednak szkocka trójka zaskoczyła przynajmniej większość z nas i zdecydowała się na promocję pierwszego utworu, który zwrócił na nich uwagę koneserów. Wtedy wydawało się, że będą hołdowali mroczniejszej stylistyce, niż obecnie.

47. Owl Eyes – Closure

Moje australijskie objawienie pierwszych miesięcy tego roku. Niebywale wszechstronna (a przy tym urodziwa) wokalistka, odnajduje się w folku, popie, electro, można się u niej dosłuchać naleciałości R&B. Jak pokazuje ta piosenka, jest w stanie brzmieć jednocześnie majestatycznie i eterycznie.

46. Miguel feat. Jessie Ware – Adorn

Niektórzy miłośnicy R&B pytali: czy wydawanie tego remiksu miało sens? Z mojego punktu widzenia jak najbardziej, ponieważ dzięki temu mogłem oddać honor tej znakomitej piosence, która w 2012 r. była jeszcze nie do końca "w moim guście". Jessie tu niewiele, ale brzmi jak zawsze szlachetnie i "robi różnicę".

45. The Vestals – Perfect Pain/Seventeen

Single z dwoma stronami A to w dzisiejszych czasach rzadkość, jednak trzeba pozostać wiernym zapisowi preferowanemu przez wykonawcę. Pierwszą piosenkę poznałem jeszcze w ubiegłym roku, druga została upubliczniona w styczniu, po czym młoda walijska kapela praktycznie zniknęła. Niesłusznie, ponieważ w "postgotyckim rocku" nie zdarzyło się w tym roku wiele lepszego.

44. Arcade Fire – Reflektor

Trochę strach się do tego przyznawać w 2013 roku, ale nigdy byłem w stanie przesłuchać więcej niż kilku piosenek Arcade Fire jednej po drugiej. Reflektor to też wymagające dzieło, choć trudno nie docenić włożonego w nie wysiłku. I trudno przy nim chociaż trochę nie potańczyć, choćby przy tytułowym kawałku, który namaścił swoim udziałem sam David Bowie. Utwór, który choćby z racji swojej długości, jest w stanie zadowolić przedstawicieli wielu obozów: fanów alternatywy, disco, muzyki francuskojęzycznej, śmiem twierdzić, że także horrorów...

43. Kitten – Like a Stranger

Pisałem o nich rok temu, że mając w szeregach dynamit w postaci wokalistki, na pewno nie zmarnują szansy na karierę. Nie spodziewałem się jednak, że pójdą w kierunku popularnego w drugiej połowie lat 80. hi-NRG (choć gitarowe elementy zostały oczywiście zachowane)! Rezultaty tej metamorfozy wręcz kipią seksapilem.

42. Maroon 5 – Love Somebody

W 2013, jak co roku, uświadomiłem sobie wiele rzeczy na swój temat. M.in, że mam wielką słabość do Maroon 5. Bo jak inaczej określić to, że czwarty (!) singiel z ich zmiażdżonej przez krytyków płyty otarł się o Top 40 mojej listy przebojów? Jak widać mimo całkowitego wyłączenia na wpływ radiofonii, nie mówiąc o (pseudo)muzycznej telewizji, nadal mam spory apetyt na słodki sznyt pod listy przebojów. Przynajmniej od czasu do czasu :)


Czekałem na powrót romantycznych Szwedów, którzy zauroczyli mnie swoim delikatnym indie rockiem w 2008 r. Było warto! Płyta przeszła raczej bez echa, a szkoda.


Spory przebój czołowej kapeli mojego ulubionego gatunku z mojego ulubionego kraju tak nisko? Czytajcie dalej, a zrozumiecie...


Falsetowe spotkanie na szczycie. Active Child czaruje mnie już od dwóch lat. Mam nadzieję, że współpraca z Ekko i Ellie Goulding pozwoli mu zdobyć należną popularność.


Bardzo oczekiwany powrót, choć na razie tylko na pół gwizdka, bo skończyło się na jednym singlu. Popowe rzemiosło wysokiej próby, miejmy nadzieję, że to preludium kolejnych sukcesów producenta Blood Orange.


Londyńscy producenci już od kilku lat wprowadzają na salony kolejne brytyjskie talenty wokalne. Wymarzony kawałek do czołówki programu telewizyjnego typu "hot news".


Jeszcze raz coś do śmiechu. Mavoy skutecznie zaraził mnie w tym roku jajcarzami z Saturday Night Live. To ich jedyny tegoroczny numer na miarę Motherlover i Jack Sparrow. Czy Solange kiedykolwiek nagrała coś kiepskiego?


Dream-popowo-elektroniczny utwór tak perfekcyjny, że trudno uwierzyć w jego istnienie. Na tyle, że nie zawędrował wyżej ;) Więcej takiej perfekcji można znaleźć na ich tegorocznym albumie Skyer.


Trochę rytmiki rodem z R&B, trochę indie hymnowości i wiele popowego poloru. Młody wokalista z Nottingham powoli przebija siędo brytytyjskiego mainstreamu. Ma papiery, żeby w nim zamieszać.


Chvrches w lżejszej odsłonie, pod koniec wręcz lekko eurowizyjnej ;), choć tematyka piosenki znowu dość brutalna. Mało który inny zespół zaserwował w tym roku tyle melodyjnego electro.


Zdarzyło mi się już na blogu chwalić Statusów za poruszające oddanie dusznej atmosfery czasów kryzysu gospodarczego. Ostatnio chyba wyzbyli się takich ambicji, w zamian za to zapraszając nas na szaloną imprezę w stylu wczesnych lat 90.


Afryka jika? Czemu nie ;) Dla wielu słuchaczy to po prostu dobre R&B, dla koneserów - soulful house. Zasłużenie wielki teogoroczny przebój w RPA, skąd pochodzi grupa.

30. Celeste Cruz & Kent Odessa – Just a Phase

Dość ekscentryczna para - hipster z Brooklynu i przygasła gwiazdka teen popu z początku stulecia - nagrali piosenkę, która chyba najcelniej w tym roku opisała stosunki damsko-męskie.

29. Futurecop! feat. Neverstore - Coming Home (Futurecop! Remix)

Znowu słodko-gorzko o relacjach między płciami. Manchesterski producent dobrze zrobił nie lansując oryginalnej wersji płaczliwej ballady nagranej ze szwedzkim zespołem pop-punkowym. Remiks uwydatnie podstawową zaletę jego utworów - od pierwszej do ostatniej sekundy coś się w nich dzieje, nie mamy do czynienia wyłącznie z powtarzaniem melodii zwrotki i refrenu.

28. The Presets – Fall

Kariera Australijczyków jest pełna kontrastów. Na jednym albumie można trafić na przerażającą abstrakcję i klubowe bangery. Fall to jedna z ich najbardziej tanecznych kompozycji.

27. The Wombats – Your Body Is A Weapon

Wombat jaki jest, każdy widzi! Liverpoolczycy wypracowali własny indie-rockowy styl i chyba dobrze, że go nie zmieniają. Chyba kilka raz zdarzyło mi się napisać, że nie zwracam większej uwagi na popowe testy, jednak to już kolejna piosenka, którą muszę pochwalić za zgrabne odmalowanie miłosnych rozterek.

26. Strange Talk – Picking Up All the Pieces

Kolejna dawka tanecznej energii z Australii. Tego zespołu nie interesuje chyba nic innego poza dostarczeniem takiej energii i...świetnie im to wychodzi!

25.Drake feat. Majid Jordan – Hold On, We're Going Home
Zasłużony megahit na obu półkulach. Jak twierdzi sama Jessie Ware, niebywale uwodzicielska, zarażająca (jak słusznie podkreślono w teledysku) ejtisowym luzem. Tak mogłaby dla mnie brzmieć cała lista singli Billboardu!


Moje rankingi na koniec roku mają zadanie przede wszystkim wychwycić utwory, które od pierwszych taktów krzyczą "hit!", ale przepadają w rap-house'owym hałasie lub nie są w stanie przekonać do siebie fanów akustycznych brzmień. Jednak czasami porywająca muzyka (oczywiście dzięki przemyślanej promocji) potrafi naprawdę porwać miliony. Udało sie to m.in. retro-soulowemu melodramatowi Newmana. London Keeps Swingin' !


Lata 60. się nie skończyły. Kalifornia to nie tylko beztroski surfing. Tak przynajmniej przekonuje nas ta coraz popularniejsza kapela. Utrata niewinności, nawet jeżeli dotyka metaforycznie jakiegoś miejsca, zawsze boli, jednak pesymizm tego nagrania jest niewątpliwie... pociągający. Nawet gdy za oknem 40 st. C.


Do tego hitu z Wysp Brytyjskich długo się przekonywałem. Na pewno nie tylko ja. Kpiarskie i złowieszcze "la la la" bardziej mi pasowało do Bollywoodu niż Pop Goes The Blog. Sam Smith to jednak talent wokalny dużego kalibru, świetnie interpretuje ten mądry, wieloznaczny tekst, więc melodia też w końcu się do mnie przykleiła :)


Najbardziej stricte klubowy utwór szerokiej czołówki. Niby łupanka jakich wiele, ale beznamiętny wokal człowieka znanego służbom paszportowym jako Orlando Higginbottom nadaje jej wyjątkowego smaku.

20. Prefab Sprout – The Best Jewel Thief In The World

Jak rzadko zgadzam się z Onetem - 2013 był rokiem powrotów. Nie tylko tych, którzy tak naprawdę nigdzie nie odeszli, jak Katy Perry, ale prawdziwych powrotów "z dalekiej podróży". Jako fan 80s i wysmakowanego popu zainteresowałem się nową płytą mózgu Prefab Sprout - Paddy'ego McAloona. Dla wielu może okazać się zbyt leniwa i monochromatyczna. Mnie bardzo wciągnęła - prawdziwa sztuka dźwięku i słowa.

19. Small Black – Breathless

Kolejni koryfeusze chillwave'u, którzy w tym roku totalnie zanurzyli się w 80sowych brzmieniach, zatrącając nawet o styl Chicago (!), choć nie w tym nagraniu. Tak jak singiel Bright Light Bright Light, widziałbym tę melodię w reklamie samochodów.

18. High Highs – A Real Hero

Obiecany drugi cover/sample piosenki z soundtracku "Drive". Australijczycy może wiele nie dodali do tej klasycznej już dla niektórych kompozycji College i Electric Youth, jednak ta nieco przyspieszona wersja ujawniła ukryte dotąd tony jej patosu.

17. Grises – Wendy

Hiszpański sprawdza się nie tylko w plażowych dyskotekach, także w rockowych klubach! Ta kapela punkową energią byłaby w stanie obdzielić kilka podobnych zespołów. Za jej świat wartości nie ręczy (patrz tytuł płyty), ale warto dać jej szansę.

16. Rhye – Open

Trudno obiektywnie ocenić piosenkę, którą bliska Ci osoba uważa za utwór wszech czasów, a przynajmniej najlepszy soundtrack na wieczór. I trudno się z nią kłócić, bo panowie z Rhye to mistrzowie romantycznego nastroju i nawet jeżeli znajdziecie wyżej bardziej jednoznacznie przebojowe kawałki, pamiętajcie o nich. Nie tylko po 22 ;)

15. Empire of the Sun – DNA

Zabawni panowie w śmiesznych maskach i strojach, ale to, co robią, wychodzi im świetnie! Kiedy wydawało się, że będę pamiętał ich po tym roku dzięki Alive, wyskoczyli z kolejnym singlem. Żeby jeszcze zrobili singlem Ice on the Dune...

14. Lana Del Rey – Young and Beautiful

W tym wypadku również trudno oddzielić wspomnienia od obiektywnej oceny. Ma się wrażenie, że Lana tylko po to stała się piosenkarką, aby nagrać kiedyś taką piosenkę dla takiego filmu. Patrzcie na nią, jak chcecie, porównujcie, z kim chcecie. Mało jest teraz takich wokalistek i takich piosenek, więc nie mogło jej zabraknąć w tym rankingu.

13. Pet Shop Boys – Vocal 

Prawdziwa piosenka - manifest, według Neila lekka kpina z instrumentalnej muzyki klubowej (tak, Neil, już od ćwierć wieku wiemy, że Twój wokal robi różnicę) i...wypisz, wymaluj opis koncertu, na którym byłem w sierpniu. Oraz dowód, że czcigodni weterani nie są skazani na pożarcie w dobie EDM.

12. Hot Natured feat. Egyptian Lover – Isis (Magic Carpet Ride)

Majstersztyk! To prawdziwa sztuka nagrać sześcioipółminutowy utwór bez żadnego zbędnego dźwięku. Ali Love w lepszej formie wokalnej niż ostatnio solo plus unikalnie obleśne wokalizy hip-hopowego weterana o ksywie Egyptian Lover ;)

11. White Lies – Getting Even

Londyńskie trio jeszcze nigdy mnie nie zawiodło. Utwory idealne na wyrzucenie z siebie gniewu w nerwowych chwilach. Wielka szkoda, że ten promosingiel nie doczekał się szerszej promocji, ponieważ moim zdaniem to jedna z ich najmocniejszych kompozycji.

10. Hurts – Somebody to Die For

Love Hurts... Tak, miłość boli, a bity Calvina Harrisa i Alesso jeszcze bardziej. Ale i tak Was kocham chłopaki i dobrze bawiłem się na Waszym koncercie w marcu. Ballady Wam nadal dobrze wychodzą. A nawet świetnie ;)

9. Fitz And The Tantrums – Out Of My League 

Kiedy pierwszy raz usłyszałem tę formację, myślałem, że to londyńczycy, jednak pochodzą z Kalifornii. Cudowny retro klimat przedhipisowskich lat 60., nawet taki ejtismaniak jak ja jest w stanie to docenić :) Maroonom rośnie kolejna poważna konkurencja po Foster the People.

8. Shout Out Louds – Walking in Your Footsteps

Patrz miejsce 41. Adam Olenius i spółka są mistrzami romantycznego indie i basta!

7. V V Brown – The Apple

Mocna kobieta, to i mocna piosenka, wręcz trochę mi się kojarzy z BDSM ;) Najbardziej taneczny akcent na tegorocznej płycie.

6. Futurecop! feat. Cavaliers of Fun – Atlantis 1997 

"Już dobrze wiecie - moje serce jest w potrzasku, za każdym razem, kiedy widzę sowę w kasku!" Na naukę i zostanie tekściarzem disco polo nigdy nie jest za późno :D Ale słuchając tak euforycznej kompozycji po prostu chce się skakać, śpiewać i tańczyć! Na razie opus magnum mojego odkrycia roku (przynajmniej jeśli chodzi o single)

5. Jessie Ware – Imagine It Was Us

Królowa ballady i zmysłowego soulu w najbardziej tanecznym wydaniu od czasów 110%. Kolejny na tej liście kawałek tak perfekcyjny, że trudno uwierzyć, że w ogóle powstał. Od czasu premiery teledysku nasze fanklubowe zawołania wzbogaciły się o "Kuuucyśś!" Tak, Jessie działa na emocje (oczywiście nie tylko męskie).

4. Disclosure feat. London Grammar – Help Me Lose My Mind

I kolejny utwór - ideał. Utalentowani producenci, nieprzeciętna wokalistka, senny, zamglony klimat. Coś tradycyjnego i nowoczesnego zarazem. Po prostu "instant replay"!

3. HAIM – Falling

Był kucyk, są szortki ;) Ale głupoty napisałem o tej piosence w poście o EP-kach ;) Nieważne. Premiera teledysku to na pewno jeden z 10 muzycznych momentów tego roku, które będę najlepiej pamiętał. Współczesne Wilson Phillips z charyzmą i pozytywnym przesłaniem.

2. Passion Pit – Carried Away

W zeszłym roku żaden singiel mistrzów wokalnego szynszyl-popu mnie nie oczarował, za to płyta - jak najbardziej. W tym z wiadomych względów proporcje się odwróciły. Nudzę już z tymi "dobrymi tekstami o stosunkach międzyludzkich/damsko-męskich", no, ale... Za takie kawałki kocham Michaela, sprawdźcie też klip!

1. Pet Shop Boys – Love is a Bourgeois Construct

Jak widać, w tym roku obrodziło w indie-electro-popowe perełki, jednak zwycięzca mógł być chyba tylko jeden. Kolejny taneczny utwór o niesinglowej długości, który chciałbym, żeby trwał, trwał i trwał... Kunsztowny, przewrotny i prawdziwy tekst. Rozmach i poczucie humoru, za jakie kochamy ich od kilku dekad. Nie każdy po 27 latach fonograficznej kariery tak potrafi. Nie każdemu się chce (koniec końców, klipu do tego singla nie było...) Ale na szczęście nie wszystkich inspiracja opuszcza z wiekiem.

W wolnej chwili zaprezentuję ulubione niesingle, piosenki o trudnym do ustalenia statusie i spóźnione odkrycia 2013 roku. A na razie życzę wszystkim zdrowia, spełnienia marzeń i świetnej muzyki w Nowym Roku 2014!

Ulubione odkryte w tym roku single z poprzednich lat


Ideał klubowego kawałka? Nerwowo pokręcony, a jednocześnie cudownie, przeszywająco melancholijny. Być może to właśnie przy nim odprężałem się w trakcie radiowych DJ's Night na studiach podyplomowych. Jest to prawdopodobne, ponieważ powstał już w 2010 r., a w 2011 r. zgarnął szwedzką Grammy za teledysk.


Kolejny dowód, że sample ze ścieżki do Drive trudno zmarnować (tym razem jest to Under Your Spell Desire), ale całość działa na emocje zgodnie z intencjami autora. Powinienem znać już wcześniej z podsumowania roku Muzykoblogera, jednak dopiero w tym roku miałem nastrój na Kid Cudiego. Pamiętajmy też o koszmarnie naiwnym tekstowo, ale wpadającym w ucho Red Eye z Haim.


Trochę jak mniej drażniąca wersja Hello Martina Solveiga i Dragonette. O młodej Norweżce może być w tym roku głośno.


Siła gitar i skarpetek z Newcastle. Kaleidoscope to jedna z najlepszych epek 2012, ale uświadomiła mi to dopiero pewna dziewczyna/orzeł/niepotrzebne skreślić. Podobnie jak klasę The Jungle Giants i Walk the Moon.


W tym roku często słuchałem tego nowojorskiego duetu, a najczęściej tego singla z 2011 r. Niecierpliwie czekam na płytę.


Rozbrający na wielu poziomach kawałek nietypowej fińskiej formacji indie-electro.


Inspiracji new romantic w muzyce ostatnich lat nie brakuje, za to mało kto porywa się na dokładną imitację brzmienia muzyki środka lat 80. Tej prawie anonimowej formacji rodem z Brighton się udało.


Kiedy przeczytałe, że nieszczęsny Phil Spector chciał nagrywać "miniaturowe symfonie dla dzieciaków", wyobraziłem sobie właśnie coś takiego. Szkoda, że Norwegowie bardzo oszczędnie dozują nowy materiał.


Litewski zespół w stylistyce Cocteau Twins.


W Wielkiej Brytanii po Saville'u teledysk by już nie przeszedł, ale Australijczykom należą się brawo za wytworzenie idealnie chłodnej atmosfery, do której pasuje pozbawiony lukru tekst.

Kilka spośród moich ulubionych tegorocznych niesingli i piosenek o nieustalonym statusie


Kolejny praktycznie nieznany zespół z Brighton, tym razem wskrzeszający bliskiego mi od lat ducha dokonań Keane i Snow Patrol.

Wolf Gang – You Were Wrong

Prawdziwe kuriozum. Utwór przez jakiś czas "wisiał" na SoundCloudzie grupy, po czym zniknął, jak kiedyś pierwszy klip do The King and All of His Men i jesteśmy skazani na datowane jeszcze na 2012 wersje live. Oby wrócił.

Say Lou Lou – Beloved

Szkoda, że to tylko strona B nienadzwyczajnego singla Better in the Dark. Po prostu perfekcyjny, naładowany seksem pop.

Young Yeller – 1st Love

Tak gra solo perkusista Chrome Sparks Jessie Brickel. Klawiszowy romantyzm nie tak daleki od...Savage.

Savoir Adore – Beating Hearts

Jedyny nowy utwór na tegorocznej reedycji płyty Our Nature. Beztroska młodzieńczej miłości i te dzwony...

Electric Light Orchestra – Point of No Return

Bonus ze składanki Mr Blue Sky: The Very Best Of. Jeff Lynne nadal potrafi komponować piękne melodie i dodatkowo ozdabiać je egzystencjalnymi tekstami.

Killy Cakes – Magic

W takich rytmach bawiono się w tym roku w przynajmniej niektórych rosyjskich klubach.

Toro y Moi – Cake

Za jeden z najlepszych tegorocznych numerów R&B odpowiada muzyk kojarzony z nurtem chillwave.

Only Girl – Perfect High

W Londynie rośnie kolejny wielki talent! Na Ellen Murphy poznała się już m.in. grupa Zero 7. Więcej mam nadzieję już niedługo w wywiadzie dla Outrave.

Friday, December 27, 2013

Felieton: Rok się kończy, czyli krew z pomarańczy

  Nile Rodgers i Giorgio Moroder - they created disco (sorrynotsrorry, Calvin)

W marcu opublikowałem w nieistniejącym już portalu Plac Wolności tekst pt. Jeszcze nowsza fala, do którego redakcja dodała bez mojej wiedzy defetystyczny dopisek ale jeszcze nie w Polsce. Zbliżające się rankingi moich ulubionych singli i płyt tego roku prawdopodobnie pokażą, że nie jestem takim pesymistą (napisałem "prawdopodobnie" dlatego, że za ostateczne układanie singli zabiorę się po publikacji tego tekstu, a płyt w samym końcu grudnia). Rok 2013 powoli się kończy, przyszedł więc czas na weryfikację postawionych tam prognoz.

Żyjemy w takim okresie historii show-businessu, że na koniec roku wszyscy są jednocześnie zwycięzcami i przegranymi. Zwycięzcami, ponieważ trudno byłoby wymienić gatunek szeroko pojętego popu, który w tym roku został całkowicie zlekceważony przez słuchaczy. Przegranymi, gdyż żaden nie zdominował list przebojów na tyle, aby w pełni zadowolić swoich fanów, a sam rynek sprzedaży coraz bardziej się kurczy, na co dobitnie zwracano uwagę w gorącej debacie na temat niskich tantiem w Spotify. Na razie nie wydaje się, aby buntownicze zapowiedzi Thoma Yorke'a i Davida Byrne'a, że stworzenie przyjaźniejszej muzykom alternatywy dla tego serwisu nie jest problemem, przeraziły koncerny płytowe. Sam jestem ciekawy, czy taka alternatywa powstanie, ponieważ pojawienie się Spotify w Polsce było dla mnie ważnym wydarzeniem, zdejmując ze mnie piętno pirata i ułatwiając dotarcie do wielu dźwięków, jednak argumenty finansowe wysuwane przez wykonawców jak najbardziej mnie przekonują.

Jak na pewno zauważyliście, odkąd istnieje ten blog zastanawiam się, jak długo świat muzyki będzie uciekał przed skutkami światowego kryzysu gospodarczego w blichtr i hedonizm? Czy nie powtórzy się historia z późnych lat 70. i wczesnych 90., kiedy przynajmniej przez jakiś czas i w niektórych regionach świata królowały brudne i agresywne dźwięki? W 2013 r. bunt w muzyce rozrywkowej zazwyczaj miał wymiar czysto wizerunkowy i był skierowany przeciwko żywej w ostatnich latach modzie glamour na modłę lat 80. Najpierw ogoliła głowę Jessie J, potem ścięła włosy Miley Cyrus, jako jedna z nadziei na 2014 rok wymieniana jest zadziorna Chlöe Howl, która wyglądem mocno przypomina mi Jane Wiedlin z The Go-Go's oraz równie niekonwencjonalna wizualnie Dunka MØ. Warto zwrócić uwagę, że najwięcej nonkonformizmu w tym roku wykazywały właśnie panie, nie tylko w Rosji. Ostro i surowo grały Savages i Deap Vally, dużo mówiło się o seksizmie w mediach, np. Lauren Mayberry z Chvrches miała odwagę skrytykować autorów wysyłanych jej świńskich wiadomości. Tegoroczne zabiegi niektórych wokalistek (m.in. bliskich mi Clare Maguire, Jess Mills i VV Brown) o zachowanie kontroli nad swoją karierą to temat na ciekawy film. Ostatnio oczywiście najgłośniej w tym kontekście było o Beyoncé i Angel Haze. Słodkich dzięki temu, że nie ma w nich nic słodkiego, jak śpiewała jedna z nich, Gabriela Cilmi, wykonawczyń, dla których jakość tworzonej muzyki jest ważniejsza od scenicznego wizerunku na pewno będzie przybywało.

Siedem zdań o niepokornych kobietach popu i nic o Lorde. Jak widać: temat-rzeka. Ta dziewczyna o wzroku, jakby chciała wyssać Twoją duszę

 zanim zdążysz powiedzieć Ella Maria Lani Yelich-O'Connor

to też temat-rzeka. Jedno jest pewne: jeśli jest drugim Gotye, to tylko ze względu na pochodzenie i rolę ikony dla ludzi chcących widzieć na listach przebojów Coś Innego. Jej dotychczasowa kariera potwierdza prawdę, która nie zaskoczy żadnego znawcy show-businessu: łatwiej uniknąć łatki gwiazdy jednego przeboju będąc siedemnastoletnią Nową Zelandką (nawet poważnie wyglądającą) niż ponadtrzydziestoletnim australijskim Belgiem (nawet utalentowanym i brodatym)...

Z czysto muzycznego punktu widzenia 2013 upłynął pod znakiem dwóch równolegle nasilających się tendencji. Patrząc szczególnie na brytyjską listę sprzedaży albumów był to zdecydowanie Folk Ro(c)k, a na listy sprzedaży singli - nawet Country Ro(c)k. Bastille, Gabrielle Aplin, Imagine Dragons, Kodaline, Passenger, Tom Odell - ci wszyscy odnoszący sukcesy wykonawcy (pamiętajmy też o rozpoczętej wcześniej dobrej passie Of Monsters and Men i The Lumineers) zaczerpnęli coś z folkowej tradycji, jeśli nie instrumentarium i sposób pisania piosenek, to przynajmniej manierę wokalną. W kolejce ustawiają się już kolejni kandydaci do sławy - RY X, Milky Chance. 

Znany do tej pory z typowo klubowych produkcji Avicii zaskoczył dwoma wybitnie zatrącającymi Dzikim Zachodem przebojami Wake Me Up i Hey Brother, czym moim zdaniem uratował karierę OneRepublic, którym pójście w electropop nie bardzo wyszło, ale mieli na płycie ukryty atut w postaci Counting Stars. Pewnie dzięki show-businessowym koneksjom Ryana Teddera ta wolta w perspektywie bardziej im się opłaci niż Szwedowi, który mimo wszystko osiągnął sukces z pozycji outsidera... Pod koniec roku "uwaga, drzewo!" krzyczeli już nawet Pitbull i Ke$ha! Ukoronowaniem tej popowej wycieczki na wieś był soundtrack do drugiej części Igrzysk śmierci, na którym w tej konwencji spróbował sił nawet król zelektronizowanego R&B The Weeknd.

Właśnie. Drugi ważny tegoroczny trend to opanowanie r&b przez elektronikę i...electro przez r&b. W niektóre dni na blogach o muzyce alternatywnej w syntezatorowych kącikach próżno było szukać inspiracji cukierkowymi latami 80. czy klubowymi 90. Figurowały tam jedynie propozycje z jednej strony ocierające się o przeżywający swoje komercyjne pięć minut deep house i nomen-omen soulful house (Duke Dumont, Chris Malinchak, Klangkarussel, Klingande), z drugiej strony o mocno alternatywne brzmienia typu Banks. Piękna londynka jest pasowana na jedną z bohaterek przyszłego roku - czyżby czekał nas rok pod znakiem hipnotyczego minimalizmu i jak długo to wytrzymamy? Oczywiście czarne brzmienia w tym roku nie były wyłącznie chłodne i mroczne. Często można było trafić na nawiązania do funku i disco. Głównymi alternatywnymi bohaterami roku byli przeżywający co najmniej drugą młodość basista Nile Rodgers i producent Giorgio Moroder, a z młodszych - wspominany przeze mnie w tekście o najlepszych epkach 2012 Blood Orange (stąd tytuł tekstu). Złośliwą ironią losu Dev Hynes kończy ten rok w bardzo złym nastroju, ponieważ stracił w pożarze dorobek życia i szczeniaka, a reakcje znajomych i fanów na tę tragedię to jedna z piękniejszych historii roku. W mainstreamowym R&B szaleli Pharrell Williams i Justin Timberlake z Timbalandem. Skarżyłem się Wam w jednym z wpisów, że mogę nie znieść powrotu do dźwięków, których dekadę temu nie trawiłem, jednak...z tegorocznych hitów z czołówki Billboardu najlepiej będę wspominał właśnie te z udziałem byłych wokalistów N.E.R.D. i N'Sync oraz sytuującego się w podobnych klimatach Bruno Marsa. Oczywiście, także Safe and Sound Capital Cities - tegoroczny listek figowy na medialnej nieobecności radosnego oldskulowego electro à la Midnight City. Naprawdę nie rozumiem dlaczego taka muzyka może pojawiać się w reklamach (Strange Talk, Koobra feat. Joanna), a nie może w większości stacji radiowych?

A jak to wyglądało w Polsce? Koncertowo naprawdę nieźle - występy Disclosure, Cut Copy, AlunaGeorge czy London Grammar stają się czymś normalnym, fani bardziej tradycyjnych indie brzmień też zostali docenieni (Bastille, The Boxer Rebellion). Gdyby jeszcze atrakcyjne imprezy rzadziej były odwoływane lub przekładane (Solange! Tom Odell!) i zawsze dopisywało nagłośnienie... Nie wspomnę już o wykonawcach, dla których Polska to już drugi dom. Patrząc po komentarzach na profilu Live Nation Polska nadal najwięcej emocji wywołują jednak przyjazdy gwiazd rocka i metalu (lub ich brak). Trudno mi na tej podstawie powiedzieć, czy nasz kraj stał się arką ciężkich brzmień w potopie popu, ale jeżeli ma to pomagać w utrzymaniu dobrego klimatu wokół rodzimych gitarowych talentów (a wiadomo, że np. w dziedzinie rocka progresywnego zawsze się u nas dużo dzieje), nie ma nic przeciwko temu. Poza tym w sferze instytucjonalnej tradycyjnie wielka kicha - żenująca żonglerka profilami radiostacji na linii Plus-Eska Rock-Roxy i traktowanie wykonawców mających na koncie więcej niż jedną płyte długogrającą jak powietrza, bo nie przysługują za nich dodatkowe punkty do realizacji ustawy o radiofonii. Wierzyć w ucywilizowanie promocji muzyki w Polsce to jak wierzyć w samouzdrowienie PZPN... Z czysto artystycznego punktu widzenia każdy mógł znaleźć coś dla siebie, tylko czasami wymagało to głębszego szperania. O kilku jasnych punktach wspomniałem niedawno.

A jaki był to rok dla mnie? Muzycznie na pewno hiperudany. Nie co roku zdobywa się autografy Lany Del Rey, Jessie Ware, (znowu) Hurts I Pet Shop Boys (gwoli prawdy poza Hurts wszystkie z dużą pomocą kolegów) i ma się okazję obejrzeć w akcji także m.in. My Bloody Valentine, The Smashing Pumpkins, M.I.A., Capital Cities, Austrę, Autre Ne Veut, Johna Talabota, Uniqplan... Będę też miło wspominał OFF Festival ze względów towarzyskich - żałuję, że nie napisałem o nim na blogu, pozostaje mi zrobić podsumowanie dwóch edycji za pół roku :) W innych kwestiach już nie było tak dobrze - wiele dobrych pomysłów przyszło za późno, w innych wypadkach nie nadążyli współpracownicy. Na pewno będę wchodził w 2014 z większą nadzieją niż w obecny rok. Mam nadzieję, że nie zabraknie mi pomysłów i czasu, dzięki czemu na blogu pojawi się więcej tekstów niż w tym roku, jednak zależy to od wielu czynników, m.in. od mojej aktywności na Outrave. Na razie życzmy sobie tego, żeby rynek muzyczny w najbliższym czasie nie był jedynie ilustracją biblijnej prawdy: "Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma."

 Pharrell Williams i Justin Timberlake - w tej lub innej roli trzęsą już trzecią dekadą...

Monday, December 23, 2013

Wesołych Świąt!

No i powoli kończy się kolejny rok. Rok, w którym trochę zaniedbałem ten blog, ale kiedyś trzeba było pracować (i jeździć na koncerty ;), a jaki będzie jego los w kolejnym - wciąż trudno powiedzieć, ale postaram się pozytywnie zaskoczyć :) Felietonowe podsumowanie roku już się tworzy (strasznie się rozpiszę), prawdopodobnie 28 grudnia ukaże się ranking moich stu ulubionych singli opublikowanych w 2013 (plus 50 wyróżnień), a kilka dni później - ulubionych płyt. Więcej bieżących informacji znajdziecie na profilu Facebookowym.

Moje największe tegoroczne odkrycie jeśli chodzi o muzykę świąteczną to Under the Christmas Tree Alberta Hammonda. Po prostu 1989 rok w pigułce. Trudno poznać, że to autor It Never Rains in Southern California. Jeżeli Rick Astley jest nieszczęśliwym człowiekiem, to tylko dlatego, że tego nie nagrał ;)



Inna piosenka, którą poznałem w tym roku to Christmas Wrapping w miarę znanej także z utworu I Know What Boys Like grupy The Waitresses z 1981 r. Tytuł jest grą słów :) Tę sympatyczną historyjkę z happy endem przerobili w tym roku Colette Carr i lubiana przeze mnie grupa The Good Natured. Może to śmieszne, ale ich wersja przypomina mi rytmiką hity...Rednex. Humbug!



A mój ulubiony oryginalny tegoroczny utwór gwiazdkowy pochodzi ze ścieżki dźwiękowej filmu "The Best Man Holiday". Straszna zżynka z Mariah, ale klimat jest ;)



Wszystkim czytelniczkom i czytelnikom życzę zdrowych, pogodnych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz dużo świetnej muzyki i spełnienia wszystkich marzeń w Nowym Roku! Bądźcie z Pop Goes the Blog, bo już niedługo będzie się działo!

Saturday, December 14, 2013

Mondegreeny

 Dobre! (znaczy żart dobry, za serem nie przepadam :P)

Według Wikipedii "mondegreen" to "przypadek błędnego zrozumienia usłyszanej wypowiedzi i zastąpienia jej fragmentu jego homofonem (czyli słowem, które tak samo się wymawia). Proces ten zachodzi najczęściej względem fragmentów piosenek lub utworów poetyckich." Termin wymyśliła w 1954 r. amerykańska pisarka Sylvia Wright, która w dzieciństwie zrozumiała linijkę "And laid him on the green" w balladzie The Bonny Earl of Murray jako "And Lady Mondegreen".

Temat jest chyba na czasie, gdyż Wikipedia podaje jako przykłady mondegreenów kilka przeinaczonych tekstów kolęd ;) Jeśli chodzi o pomyłki Polaków związane ze światową muzyką pop temat przynajmniej na jakiś czas wyczerpał CyberMarian, dlatego chciałbym spojrzeć na ten fenomen z innej strony. Akurat mondegreeny w stylu "polskie ukryte" nigdy mnie nie prześladowały, tylko w We Be Burning Seana Paula nagminnie słyszałem "Polska" zamiast "non-stop" ;) Za to przez wiele lat miałem niebotyczne problemy z prawidłowym wychwyceniem tekstów anglojęzycznych. Kiepski sprzęt nagłaśniający i późne rozpoczęcie nauki tego języka na poważnie (dopiero w liceum) przynosiły czasem zatrważające efekty. Nie mam np. pojęcia, dlaczego w refrenie Dreams Gabrielle słyszałem kiedyś "you'll never get to heaven", przez co pewna zacna grupa shoegaze będzie mi się już zawsze kojarzyć z tą piosenkarką. Do tego jak wiadomo, czasami produkcja mocno rozmywa wokal, a niektórzy śpiewacy słabo znają narzecze Szekspira lub mają specyficzny, trudny do zrozumienia głos.

Poniżej wypisałem kilkanaście mondegreenów, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Część z nich powstała jeszcze w czasach licealnych, czyli 10 lat temu, część nawet w tym roku. Zdaję sobie sprawę, że osobom trzecim mogą wydać się żałosne, jednak zdążyliście się już chyba przyzwyczaić, że mam do siebie spory dystans:)

A-Ha Take On Me
Is it better to say 'I'm sorry?' (jest: It's no better to be safe than sorry)
Easy and life full, just a playmate (jest: Is it a life or just to play etc.)

Bad Boys Blue You're a Woman
You're my torch (ew. my torture) and I'm your flame

Billy Joel We Didn't Start the Fire
Rosenbergs, sex bomb, Chick Corea, Panmunjom

Bon Jovi Livin' on a Prayer
Tommy used to work on the glass, you need little shot!
...
Tommy's got his six-string and harp (jest: in hock)

Bonnie Tyler Holding Out for a Hero
And he gonna be breastfed to fight

Collage feat. Electric Youth A Real Hero
With a strength of a million horses

Deep Blue Something Breakfast At Tiffany's
It's oracle, I think, vodka and lightning

Erasure A Little Respect
Why do you give me no reason (jest: What religion or reason)

Europe The Final Countdown
We're begging forgiveness (jest: We're heading for Venus)

Fall Out Boy Thks fr th mmrs
Collecting patchy slogans (jest: Collecting page six lovers)

Foreigner I Want to Know What Love Is
In my life I hardly can take

Gala Freed From Desire
My essence is purified!

Lady Gaga Alejandro
She's got ball pen in her pocket

She hides true love in her patio

Lady Gaga Bad Romance
What's yoga romance?

I want your psycho
Your burning cold steps
While you're immoral
When your baby is sick

Lana Del Rey National Anthem
Standing over your body
Hold you like a pathephone

The Lonely Island feat. Michael Bolton Jack Sparrow
Come and take me! (jest: Keira Knightley!)

Macklemore feat. Ryan Lewis & Ray Dalton Can't Hold Us
So we put our hands up like the silly camcorder

Marc Cohn (też znana wersja Cher) Walking in Memphis
They've got catfish on the table. They've got Gazprom in the air.

Men Without Hats Safety Dance (2 zwrotka)
And you can act real rude, like you're from Liverpool
And I can act like I'm in Brazil 


New Order Blue Monday
I see a ship in the harbour, I can...a shallow bay (jest: I can and shall obey)

Olly Murs Dear Darlin'
Dear diary, please excuse my writing... (ok, taki głuchy nie jestem, ale jestem w stanie sobie wyobrazić taką wersję :)

Passion Pit Carried Away
Acting like on Oprah (jest: Acting out our old parts)
When I open up and pray (jest: When I'm open and afraid)

Peter Gabriel Games Without Frontiers
She is so popular (jest: Jeux sans frontieres, czyli tytuł w języku francuskim, śpiewany przez samą Kate Bush!)

Prefab Sprout King of Rock'n'Roll
I want cookie! (jest: Albuqerque)

R.E.M The Sidewinder Sleeps Tonite
Only time will make it up (jest: Call me when you try to wake her up, a niektórzy słyszą tam np. Oh Richard Baker)

Roxette Dangerous
eyes of a lover and hip-hop beat (w wykonaniu Roxette to byłoby ciekawe, ale nierealne, jest: that hit like heat)

Sak Noel Loca People
I tattoed myself, what the f...?

Shaggy feat. Ricardo "RikRok" Ducent It Wasn't Me
She even called me "Ankara!"

The Pussycat Dolls Don't Cha
I know you vomit, it's easy to see

Don't cha wish your girlfriend was raw like meat? 

U2 One
we're driving faster into the light (jest: To drag the past out)
Have you come here to play easiness (jest: Jesus)
Love is a timber (jest: Love is a temple)

Vanilla Ninja Tough Enough
Baby, I talk to numb! (pomijając gramatyczny bezsens, Eska naprawdę fatalnie odbierała w okolicach Elbląga w czasach popularności tego numeru)

Plus kilka kompletnych "sucharów" ("power of logic" w Don't Answer Me, "do you see I'm true" zamiast "policy of truth") i kilka świństw (mogę podpowiedzieć, że chodzi m.in. o refren Hard to Say I'm Sorry Chicago ;) Jeżeli jeszcze coś sobie przypomnę, dam znać.

A jakby komuś było mało, załączam fajny filmik polecany przez Piotrka.



PS. Już za niecałe dziesięć dni Wigilia!

Sunday, December 8, 2013

Historia jednej piosenki: Simon & Garfunkel - The Boxer




"Nie chcę też składać zbyt wielu obietnic typu: "na pewno nie będę pisał o R&B, metalu i Sabrinie", "co trzecia notka będzie o wykonawcach z Antypodów" albo "setny wpis poświęcę duetowi Simon & Garfunkel". Niestety obietnice mają to do siebie, że najczęściej natychmiast po ich złożeniu ma się ochotę je złamać (aczkolwiek myślę, że są szanse na dotrzymanie tej dotyczącej panów od "Dźwięków Ciszy" :)" 

Niby dwa zdania, jakich wiele, o tyle szczególne, że pojawiły się w pierwszym w historii wpisie na tym blogu. Wydawało mi się, że pozostaną tym, czym miały być, czyli żartem, jednak znalazła się jedna osoba, która postanowiła dopilnować, aby dotrzymał najbardziej realistycznej z tych obietnic (przynajmniej w teorii; do pozostałych być może nawiążę w felietonowym podsumowaniu roku). Jeżeli mieliście ochotę przeczytać na tym blogu coś o Simon & Garfunkel dziękujcie Mavoyowi, który w ostatnich miesiącach nie raz pytał mnie niecierpliwie: "ile jeszcze do boksera?" Ale już nie będzie, ponieważ akurat jest to mój post numer sto... Pamiętam swoje obliczenia z początku 2012 r., według których miał się on ukazać się w sierpniu lub wrześniu, jednak kilka zajęć stanęło temu na przeszkodzie, przede wszystkim pisanie doktoratu i współpraca ze stroną outrave.net. Jak jednak widać, wciąż lubię tu wracać :) Więcej o pomysłach na nowy rok napiszę w okolicach Sylwestra.

Tak się często składa, że mój ulubiony utwór danego wykonawcy to jego trzeci lub czwarty największy hit według różnego rodzaju statystyk. Nowojorski tandem nie jest wyjątkiem, chociaż akurat w ich przypadku The Boxer nie byłby dużo wyżej w moim topie wszech czasów niż Mrs. Robinson lub Sounds of Silence. Inna kwestia, że nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek pokuszę się o ułożenie takiego zestawienia. Moje rozeznanie w muzyce starszej niż lata 80. i powstałej w innych krajach niż Wielka Brytania czy USA ostatnio wzrosło, więc może nie jest to misja skazana na niepowodzenie...

Lubię żartować, że Simon & Garfunkel to jedyny oprócz Pet Shop Boys zespół, w którego teksty mam ochotę się wsłuchiwać. Oczywiście mocno uogólniam, ponieważ warto też np. zwrócić uwagę na teksty piosenek grupy Prefab Sprout, do czego mocniej zachęcę Was w nowym roku :) Dlatego dobrze się stało, że przyszło mi pisać o The Boxer w grudniu, kiedy łatwiej można poczuć zimowy wiatr hulający po ulicach Nowego Jorku, które w poszukiwaniu pracy i towarzystwa przemierza tytułowy pięściarz (ostatnio aż za bardzo). Skądinąd "wielkie jabłko" to chyba pechowe miasto - bohaterowie Wielkiego Gatsby'ego żyli akurat w czasach gospodarczej prosperity, a też tęsknili za prostotą rodzinnych stron. Może to właśnie kwestia...pogody, jak zauważył ostatnio inny tamtejszy duet, Holy Ghost!

I do declare :), kiedy obiecałem Maćkowi ten post bardzo identyfikowałem się z podmiotem lirycznym, szczególnie z jego uczuciami w pierwszej zwrotce. Podobnie jak single White Lies, ten utwór był akompaniamentem wielu moich Bezcelowych Wędrówek Przed Siebie ze Słuchawkami na Uszach. W końcu tak mnie zaczęła denerwować ich bezcelowość, że postanowiłem wykorzystywać nadmiar energii fotografując cmentarze (co też wymaga długich spacerów). Większość ówczesnych problemów (finansowych, sercowych, związanych z prokrastynacją) już mnie nie trapi. Mam o wiele więcej interesujących (i całkiem realnych!) pomysłów na życie, niż np. rok temu. W sumie wszystko byłoby super, gdyby tylko obrona doktoratu się tak nie przewlekała...

Co nie zmienia faktu, że siła przesłania tej piosenki, podziw dla tych, którzy pozostają w "ringu", mimo, że otrzymują od życia cios za ciosem (a może zostają tylko dla tego, że nie znają innej rzeczywistości i boją się sprawdzianu na innej arenie?), współczucie dla ofiar niesprawiedliwości i własnych iluzji nadal do mnie przemawiają. Jest to oczywiście zasługa autora utworu (Paula Simona) i jego wykonawców. Wiele pozytywnych recenzji zebrały gitarowe partie Simona i Freda Cartera Jr., jednak największe wrażenie wywierają na mnie nowocześnie brzmiące pogłosy bębnów - zasługa członka Rock & Roll Hall of Fame Hala Blaine'a. Grał on na 50 utworach z pierwszego miejsca listy singli Billboardu! Akurat ten nie odniósł tak dużego sukcesu, jak jego bezpośredni poprzednik - Mrs. Robinson i następca - Bridge Over the Troubled Water, który dał tytuł albumowi, na który trafił również The Boxer (niestety ostatniemu studyjnemu w karierze S&G). Dotarł w 1968 r. do 7 miejsca amerykańskich notowań. Co ciekawe, był to też jedyny kawałek duetu, który trafił na Listę Przebojów Trójki. W 1992 r. przy okazji wydania składanki Definitive Simon & Garfunkel osiągnął 20 pozycję.

Własne wersje tego klasyka nagrali m.in. Bob Dylan (wbrew niezbyt logicznym pogłoskom, że piosenka to szyderstwo z niego), Emmylou Harris, Neil Diamond, Bruce Hornsby, a ostatnio Mumford & Sons, których wykonanie niestety niewiele wnosi, jednak pomysł na tyle podobał się Simonowi, że wziął udział w nagraniu. Trudno mi uwierzyć w informację z Wikipedii, że niemiecka punkowa załoga SFH potrafiła skrócić piosenkę do 3:26 sek (sic!).

O zespole, który zaczynał karierę w 1957 r. jako Tom & Jerry pewnie jeszcze kiedyś wspomnę na blogu, a w następnym wpisie znowu postaram się Was rozbawić ;)


Sunday, December 1, 2013

Trochę polszczyzny (Pop Goes the Blog od kuchni)

Listopad to czas blogowych rocznic. 5 listopada 2011 r. wystartowała ministronka, na której w tej chwili jesteście :), a bodaj 15 listopada 2012 r. otrzymałem na maila pierwszą prośbę napisania o jakimś zespole. Od tego czasu uzbierało się takich listów całkiem sporo. Oczywiście trochę się wstydzę tego, że na żaden nie odpisałem. Ten post jest formą ekspiacji, ale oczywiście nie powstałby, gdybym uznał, że nie warto wspomnieć o muzyce tych kapel z przyczyn czysto estetycznych. Nie odpowiadałem z dwóch przyczyn. Pierwsza to oczywiście brak czasu (BTW: przeraziłem się widząc, że 2011 r. przez dwa miesiące napisałem 23 posty, a przez bodaj 10 miesięcy w 2013 r. tylko 16. Na szczęście już jestem praktycznie pewny, że niechlubny rekord nie padnie), druga - nie chciało mi się tłumaczyć każdemu nadawcy osobno, że mój blog to małe piwo w porównaniu ze stroną outrave.net, na której właśnie zacząłem pisać i tam należy kierować prośby o pomoc w promocji. O kilkorgu z tych wykonawców zresztą zdążyliśmy już w ciągu naszej krótkiej historii napisać. Ale nie o wszystkich (wszak dopiero się rozkręcamy, więcej niekonkursowych niespodzianek szykujemy w nowym roku), dlatego zapraszam na małą podróż po szeroko pojętej polskiej muzyce alternatywnej Anno Domini 2013.

BatstaB

Postanowiłem zachowywać w tym tekście porządek alfabetyczny, ale tak się składa, że akurat ten zespół napisał też do mnie jako pierwszy. Przedstawił mi się jako jedyny polski przedstawiciel coffin rocka. Po raz pierwszy spotkałem się wtedy z tym określeniem, ale patrząc na ich wizerunek sceniczny i pseudonimy (Luna Braga, Gigan, Baron Krüger i mój ulubiony - Mr. Remains) można uwierzyć, że Halloween trwa dla nich cały rok :) Odwołania do stylistyki steam punku i burleski to zawsze dla mnie plus, fakt supportowania Closterkeller robi wrażenie, jednak nie porwałem się na proponowaną recenzję EPki, ponieważ teksty o Europe i Whitesnake to zmyła. Od kilku lat nie słucham praktycznie w ogóle muzyki metalopodobnej i po prostu nie byłbym w stanie zrobić tego profesjonalnie. I potem już tak na zasadzie domina nie wykorzystałem już żadnej innej tego typu rekomendacji...



Co nie znaczy, że np. utwór Do You Believe in Humans? z szalejącymi klawiszami nie przypomniał mi nie tak dawnych lat świetności Nightwish :) Załączam wideo do kawałka w lepszej jakości, które przy okazji pokazuje laikom, o co chodzi z tym steam punkiem.

Beneficjenci Splendoru

Regularne otrzymywanie wieści o projekcie Marcina Staniszewskiego to dla mnie prawdziwy zaszczyt, ponieważ Ręce pełne robota to jeden z tych utworów, o których mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że MUZYKO(B)LOGER mnie zastrzelił puszczając go podczas jednej z moich wizyt w Krakowie. Bardzo zgrabny tekst, w moim przypadku bardzo prawdziwy, bo tylko w weekend nie muszę przyjmować żadnych rutynowych poleceń i mogę zrobić coś kreatywnego, do tego akurat dzisiaj jest sobota :)



Muszę przyznać, że album Trendywaty chłopiec, z którego pochodzi "robot" bardziej mi się podoba od najnowszego Bóg, Honor, Mam talent (niestety jeszcze znalazłem czasu, aby posłuchać Tęczy wybielacza, postaram się szybko nadrobić). Pewnie dlatego, że jest lżejszy i zabawniejszy. Do moich faworytów należą: Smutny stylista i miłosna piosenka Analogowa dziewczyna, pod którą mocno się podpisuję. BHMT maluje świat czarnymi barwami: korporacyjne pranie mózgu, bieda, chamstwo i rasizm. Trochę jak Maria Peszek skrzyżowana z Cool Kids of Death. Sam autor muzyki jest tego świadomy (patrz Superfajna piosenka). Nie ulega jednak wątpliwości, że takie Mięso armatnie ma moc, cały czas ma się też poczucie obcowania z prawdziwą poezją, choć ostrzegam wrażliwców, że dosadną (nie wiem, czy to dobre skojarzenie, ale w trakcie słuchania ciągle myślałem o Tuwimie).

Bokka

Zauważyłem już w Internecie sporo skarg, że debiutancki album formacji Bokka zawiódł, ponieważ nie jest utrzymany w tym stylu, co debiutancki singiel Town of Strangers. Jako zapamiętały fan muzyki pop nie rozumiem tych oskarżeń. Czegóż się nie dosłuchałem podczas słuchania tej płyty... NONONO, Niki & the Dove, Lykke Li, a nawet Santigold i M.I.A. Może to tylko moja fantazja, ale pewne jest to, że na pewno będę do niej wracał. I też mnie intryguje, co to za jedni ;)



Fismoll

O Arku Glensku zwanym Fismoll i jego debiutanckiej płycie At Glade już pewnie słyszeliście. Pewnie też już słyszeliście, że to dobry folkowy album. Kiedy ktoś 8 lat ode mnie młodszy dzieli się swoją muzyczną wrażliwością w takim stylu, czuję się naprawdę staro :) Najlepiej to ujął mój kolega po piórze Janusz, który pisząc recenzję dla Outrave aż 2 razy stwierdził, że to czyste piękno, a nawet piękno w czystej postaci :) (w rękopisie to chyba były trzy razy) Jak pewnie już wiecie, generalnie nie przepadam za folkiem, więc to co piszę ma pewną wagę ;)



Hello Mark

Chłopakom z Poznania też pomogłem jako współpracownik Outrave, tyle że nie tłumacząc recenzję, lecz tekst z cyklu Odkrycia. Cieszę się, że od tego czasy ukazał się już ich pierwszy krążek, ponieważ po singlu Close Your Eyes (z całością niedługo się zapoznam) słychać, że idą w dobrym kierunku. Ich obecność na tej liście ukazuje jej paradoks, ponieważ naturalne wydaje mi się napisać, że Hello Mark powinni spodobać się fanom Last Dinosaurs, a pewnie przysporzyłbym więcej polskich fanów Last Dinosaurs pisząc, że są jak Hello Mark...



Kari

Kari Amirian chyba nie muszę przedstawiać, a nie chcę Was znowu nudzić opowieścią, o tym, jak spóźniłem się na jej koncert na Open'erze, bo chyba ktoś przestawił godziny w rozkładzie, a kiedy w końcu na niego trafiłem, średnia wieku na widowni była chyba najwyższa ze wszystkich występów tego dnia.. Oops, seems I did it again. Więc już tylko najnowszy teledysk tej artystki do utworu Hurry Up.



Radical Children

Jeżeli otrzymujesz napisany najczystszą polszczyzną e-mail podpisany Yumi Kaneko trudno nie być zaintrygowanym :) Jednak potrzebna była dodatkowa zachęta na Twitterze, abym zwrócił uwagę na radosną, pobrzmiewającą latami 60. twórczość warszawskiego trio, którego Yumi jest wokalistką i basistką. Trudno powiedzieć, czy otrzymał ten mail w związku z tym, że ich producentem jest...Marcin Staniszewski, jednak widząc wśród inspiracji zespołu dream pop, coldwave i nu disco bez wahania czekam na więcej.



Soma

Z tym duetem związana jest najciekawsza historia, jaką mam dziś do opowiedzenia. Biografia, jaką mi podesłał mi Marcin Nierubiec, brzmiała interesująco - może trudno się tego domyślić słuchając tych piosenek, jednak sam Nierubiec to kompozytor m.in. Legendy Marcina Mrozińskiego i I Fell In Love Queens, a druga połowa duetu - Michał Nosowicz należy również do Wet Fingers. To był jednak wyjątkowo pracowity dzień i szybko zapomniałem o tym mailu. O Somie przypomniał mi w drugiej połowie 2013 r. wytrwały tropiciel polskich nowości Grzesiek "Fazzer". Utwór Venus, w którym śpiewa zamieszkały w Polsce Amerykanin Nick Sinckler, brzmi jak Afromental coverujący Moby'ego. Dla mnie jako dla fana popu (patrz wyżej) to dobra rekomendacja, a kawałek bardzo szybko przydał mi się do łagodzenia utarczki z pewną koleżanką-melomanką :) (Jeśli czytacie blog regularnie, pewnie wiecie, która to - tak, ta co lubi Last Dinosaurs :) Tak że drodzy hipsterzy i rockowcy, nie ziejcie nienawiścią do popersów i klubowiczów, bo w czasie wolnym często robią oni coś zupełnie innego, niż to co daje im chleb...



The Fuse

Pozostajemy w leniwych klimatach. Krakowski zespół pisze o sobie, że wykonuje chillout/soul/funk. Przyznam szczerze, że to nie bardzo moje klimaty, ale wiem, że w Polsce takie dźwięki mają wielu fanów, więc udostępniam. Przy okazji: panie Olku, miło mi, że ten blog wygląda na pracę kilku osób, jednak to naprawdę wszystko robię tylko ja - Kordian Kuczma. Zresztą moi znajomi na pewno potwierdziliby, że trudno byłoby prowadzić ze mną blog na dłuższą metę :)



Wolfgang in a Truck

A to już na tyle moje klimaty, że nawet bez maili promocja była nieuchronna :) Łódzki zespół zauważyłem po raz pierwszy na profilu Recenzji Muzyki. Knife zaintrygował mnie czymś na kształt połączenia rytmów Röyksopp i The Human League. Wtedy jeszcze nie spodziewałem się, że niedługo nagrają letni hit Malibu, którego nie powstydziliby się ani rodacy z Kamp!, ani wiele zachodnich zespołów. Możecie się go spodziewać w moim podsumowaniu roku, które ukaże się już niedługo.



Jeżeli kogoś pominąłem, nadrobię w przyszłym roku w kolejnym odcinku "Złapanych w sieci". Następny wpis dla wielu będzie potężnym ciosem, ale Mavoy będzie bardzo zadowolony :)

Friday, November 15, 2013

Złapani w sieci cz. 3

Moi czytelnicy, którzy sami prowadzą blogi, na pewno znają takie to uczucie, kiedy wydaje się, że jakiś temat został opisany dostatecznie wyczerpująco, a kilka dni po publikacji posta, okazuje się on kompletnie nieaktualny. Takie ryzyko jest bardzo realne, kiedy piszemy o tak dynamicznym medium, jak Twitter. Poświęciłem temu komunikatorowi już dwa wpisy na blogu, a dopiero po ukazaniu na moim koncie naprawdę coś zaczęło się dziać :) Zanim Wam o tym opowiem, najpierw jednak muszę zaznaczyć, że od maja kilka rzeczy się zmieniło:
- obrazki z pic.twitter.com są już widoczne bez dodatkowego kliknięcia, ale jakoś mi to nie przeszkadza :) (pewnie dlatego, że "wrzutki" z Instagrama nadal nie pojawiają się automatycznie)
- Danny Blanco i Brett już mnie nie obserwują, ale to niewielka strata, ponieważ działność Brett zamarła, a Ladyhawke poszła w dziwną stronę na drugiej płycie, dlatego "follow" od gitarzysty wokalistki, o której nie piszę na profilu bardzo mnie zdziwił,
- z braku czasu nie przeglądam już Indie Shuffle według artystów, lecz gatunków (czasu starcza mi tylko na electro-pop i synth-pop...), a From Pop 2 Top poszło w te same mroczne klimaty, co Indie Globe, co nie może dziwić, ponieważ obsługuje je chyba ta sama osoba z Hiszpanii...
- straciłem śmiałość do proponowania artystom obserwowania swojego konta, z jednym wyjątkiem: pewnego razu w ramach cotygodniowej manifestacji sympatii do innych Twitterowiczów zwanej "Follow Friday", wypisałem kilkunastu wykonawców z mojej "listy marzeń" i... wbrew moim obawom przyniosło to świetny rezultat! Najbardziej cieszyłem się z "followu" chyba znanej większości z Was grupy Kamp! Pozostała trójka, której pochlebiłem :), to: jak ich nazywam, "chillwave'owy boysband" Lemonade, o których już wspominałem na blogu, brytyjska grupa Joywride, która nagrywa głównie covery, ale w autorskich numerach mistrzowsko oddaje brzmienia dominujące w latach 80. w stacjach radiowych oraz sympatyczni Australijczycy z Pigeon, którzy wzbogacają swoją indietronicę solidną dawką brzmienia saksofonu (i frywolnymi paniami w teledyskach ;)





Inni moi nowi obserwatorzy poruszają się w podobnych klimatach. Wbrew pozorom trudno namierzyć na Twitterze rodzimych wykonawców, ponieważ szybko zniechęcają się małym zainteresowaniem tym środkiem przekazu w Polsce. Do dzie pamiętam konsternację na twarzach członków duetu Rebeka, kiedy oznajmiłem im podczas impromptu sesji autografów na Off Festivalu, że ich tam śledzą :) Miałem jednak szczęście namierzyć członków lubianego przeze mnie wrocławskiego duetu Atlas Like, kiedy akurat byli on-line. Odsyłam do mojego tekstu na ich temat na Outrave - tak zadziornej i klimatycznej nowej fali ze świecą szukać! O ile to możliwe, chyba jeszcze bardziej ejtisowo brzmi i wygląda mało znany kalifornijski zespół Fire Tiger, szkoda tylko, że wytrwale anonsują swoją superprzebojową piosenkę "Energy" z 2011 r. jako "nową"...



Z Antypodów zwrócił na mnie uwagę jeszcze jeden zabawowy, młodzieńczy skład, o którym pisałem w dziale "Odkrycia" - nowozelandzki Banglade$h oraz uboczny projekt Josha Moriarty'ego z Miami Horror: osadzone w stylistyce lat 60. All the Colours (na dzień dzisiejszy chyba lepszy niż MH...)



Część moich obserwatorów to z niezbyt jasnych dla mnie powodów artyści jednej piosenki. "Oxygen" londyńczyków z Visitors powinniście już znać z blogowego podsumowania singli z 2012. Norweska formacja CASCAM również może pochwalić się tylko jednym numerem - szalenie melodramatycznym (IMHO w pozytywnym sensie tego słowa) Want to Me. Niestety ten singiel miał z punktu widzenia moich rankingów szalonego pecha, ponieważ ukazał się w grudniu 2012 r., a poznałem go już w styczniu, nie nałapał też tylu punktów, aby dostać się do pierwszej setki podsumowania RT Listy, a nowych brak...



Teledysk: http://vimeo.com/55611307

Za to prawidłowo rozwija się kariera lubującej się w geograficznych tytułach piosenek electro grupy Magic Man z Bostonu. Może jestem dziwny, ale moim zdaniem młodzi artyści powinni jeszcze przeanalizować swoje mocne i słabe strony, ponieważ z ich EP-ki You Are Here najbardziej podoba mi się akurat niesingiel o niegeograficznej nazwie :)



Jeżeli nie zmęczył Was ten chór, chłopięcych głosików, spróbujcie jeszcze mało znanej grupy z niezawodnego w takich sytuacjach Brooklynu, Future Screens. Outta Sight naprawdę uzależnia :) Brytyjskie Low Tide Theory brzmi trochę poważniej - powinno spodobać się fanów Depeche Mode, a przynajmniej wczesnej inkarnackiej tej legendarnej kapeli.





Chyba pisałem już na blogu, że od ponad roku zadziwia mnie duża liczba markowych projektów electro w mateczniku country, czyli amerykańskim stanie Tennessee. Swoje pięć minut w moim odtwarzaczu mieli Yung Life z Knoxville, Future Unlimited z Nashville, a także ich rodacy z Cherub. To skład, który podobnie jak ich idol Prince nie boi się eksperymentować, a że rezultaty bywają bardzo melodyjne, znalazło się dla nich miejsce już w jednym z pierwszych notowań RT Listy. Niestety nie znalazło się wtedy miejsce na "skarpetników" z Shields, ale nadrobiłem w tym roku, bo EP-ka Kaleidoscope jest wręcz perfekcyjna.

Wszystkie te zespoły znałem znacznie wcześniej niż wszedłem z nimi w interakcję na Twitterze, ale to nie reguła. Ten artykuł to też okazja, żeby pochwalić się Wam kilkoma moimi najnowszymi odkryciami. PTSD (skrót od:post-traumatic stress disorder) grupy Light FM z Los Angeles bardzo kojarzy mi się z Roxette :)



Zespół o słabo googlowalnej nazwie Everywhere nie kojarzy mi się z Roxette, choć pochodzi ze Szwecji. Znacznie bliżej mu do Keane i innych koryfeuszy "new acoustic". Moje ich ulubione nagranie Soldier zremiksował m.in. lubiany przez fanów nu-disco Oliver Nelson, więc chyba dobrze kierują swoją dopiero zaczynającą się karierą...



Pseudonim Kent Odessa był mi znany już wcześniej, ale muzyka urodzonego w Detroit mieszkańca Brooklynu zainteresowała mnie dopiero, kiedy nagrał duet z Celeste Cruz, byłą połówką teen popowego duetu Daphne & Celeste, który próbował robić karierę w Wielkieh Brytanii na przełomie stuleci (skończyło się na jednym utworze w pierwszej dziesiątce i fatalnej reputacji live). Co za melodia, a jakie prawdziwe słowa...



Young Yeller to alias perkusisty Chrome Sparks i Farewell Republic Jessego Brickella. Solowo ten kolejny brooklińczyk sprawia wrażenie, jakby wychowywał się na nagraniach Savage ;)



Trochę tego dużo? Mógłbym przedstawić jeszcze kilku artystów, ale pewnie w nowym roku pojawi się czwarta część cyklu. Następnym razem, tak jak zapowiadałem, pojawi się dość specyficzne, ale wierzę, że ciekawe spojrzenie na kilku polskich wykonawców ;)

Wednesday, November 6, 2013

Dwanaście utworów Papa Dance, które warto znać


Hasło Papa Dance budzi skrajne reakcje. Dla wielu Polaków (mamo, i tak Cię kocham <3) to symbol kiczu i praojcowie disco polo. Dla innych - źródło sentymentalnych wspomnień z młodości. Dla jeszcze innych - jeden z nielicznych rodzimych składów, który zamiast silenia się na wirtuozerię, nie wstydził się nagrywać przebojowego popu. Dość częste są również opinie pośrednie - są np. fani wyłącznie pierwszego składu grupy (Grzegorz Wawrzyszak, Marek Karczmarek i Tadeusz Łyskawa), który sygnował jej debiutancki album z 1985 r., a po rozwiązaniu odrodził się jako Ex-Dance. Są też koneserzy, dla których Papa Dance skończyli się...na pierwszym singlach z 1984 r., pełnych nowofalowego chłodu W 40 dni dookoła świata i Ordynarnym faulu

To głównie opinie nieco starszego pokolenia. A co na to młodzi? Podczas oczekiwania na koncert Zbigniewa Wodeckiego i grupy Mitch & Mitch na tegorocznym OFF Festivalu, moi koledzy wyrazili nadzieję, że kiedyś któraś z płyt właśnie Papa Dance zostanie potraktowana przez Artura Rojka i jego ekipę z taką samą atencją, jak debiut długowłosego krakusa. Biorąc pod uwagę, że znacznie różnię się gustami z Pawłem i Konradem, ma to swoją wymowę.

Tak więc wszyscy zainteresowani mają już wyrobioną opinię, której raczej nie zmienią, jednak i tak uważam, że warto o tym zespole napisać. Nie tylko dlatego, że słuchanie wielu ich piosenek daje mi dużo radości, albo dlatego, że mam do nich pewien sentyment, ponieważ zdążyłem na fragment ich występu w 2010 r. w Stegnie. Celem mojej rodziny tego dnia był Robert Gawliński, który do tej pory pozostaje jedynym polskim wykonawcą, na koncercie którego byłem dwa razy, z tym, że rok później na warszawskich Wiankach gościł jako frontman Wilków. Przede wszystkim dlatego, że zła prasa Papa Dance stwarza wrażenie, że był to jakiś polski odpowiednik Milli Vanilli, co nie jest prawdą. Zespół stworzyli uznani już wtedy producenci (Lady Pank, 2+1, także Franek Kimono) Mariusz Wesołowski i Sławomir Zabrodzki, jego członkowie uczyli się w szkołach muzycznych i zdobywali szlify w innych kapelach (np. pełniący od 1986 r. funkcję wokalisty Paweł Stasiak śpiewał w harcerskiej "Gawędzie", występował jako prezenter w Rozgłośni Harcerskiej i pomagał przy Liście Przebojów Trójki), klawiszowcem był filar polskiego popu lat 90. Kostek Yoriadis (ten od Kasi Kowalskiej), a teksty pisali pod pseudonimami Andrzej Mogielnicki, Wojciech Mann, Marek Dutkiewicz i Jacek Cygan, być może również Jacek Skubikowski

Ocena dorobku grupy pozostaje oczywiście kwestią subiektywnych odczuć, jednak nie można kwestionować tego, że zapotrzebowanie na muzykę chłopaków było duże. Nie można się temu dziwić, ponieważ wbrew powierzchownym wyobrażeniom na temat lat 80. w Polsce nigdy cała młodzież nie słucha rocka, nie każdy też był w stanie docenić mniej lub bardziej wysublimowane gry niektórych tekściarzy z cenzurą. Nastolatkowie zawsze będą potrzebować piosenek mówiących o ich rozterkach i pragnieniach, które po kilku dekadach mogąć być ciekawym reliktem ówczesnej uczniowskiej gwary (choć sam jestem jeszcze przed trzydziestką, więc powinny mi być bliskie klimatem, chwilami w tekstach Papa Dance jest ona dla mnie nie do przejścia). Z drugiej strony Kanał XO2 brzmi trochę jak kpina z Radia Wolna Europa, zawiera też wzmianę o MO... 

Aby ułatwić sobie zadanie, tworząc swój "top" ulubionych utworów Papa Dance, brałem pod uwagę tylko piosenki, które znalazły się na trzech pierwszych albumach studyjnych zespołu: Papa Dance (1985), Poniżej krytyki (1986) i Nasz ziemski Eden (1989). Wszystkie trzy krążki grzeszą małym urozmaiceniem - mamy dużo przebojowych refrenów, klawiszy, chóralnego "ooo", eskapistycznych tekstów o letnich szaleństwach i nieudanych romansach, trochę falsetu. Nie we wszystkich wypadkach formuła ta się sprawdzała, w tekstach nie brakuje zwrotów prowokujących wzruszenie ramion ("księżyc grzał" w chyba najgorszym ich kawałku Temat na clip, "naga prawda rozbiera się" w Złym omenie). Od tego standardu odbiegają m.in. zatrącający rytmicznie o rockabilly Wit Boy z "dwójki" oraz zapowiadające dokonania Czesław Śpiewa i Blue Cafe, partiami "rapowane" Ciało i talent z "trójki". Płyt nagranych po reaktywacji w 2001 r. nie próbowałem słuchać, obawiałem się, że w całości będą dla mnie niestrawne, chociaż np. powstałe jeszcze w 1990 r. Bez braw na finał brzmi bardzo przebojowo. Swoich obrońców miał też Czarny śnieg, w którym przeszkadza mi podobieństwo do Milk and Toast and Honey Roxette.

12. Ocean wspomnień (Poniżej krytyki)



W sumie na tym samej pozycji mogłaby znaleźć się inna ballada z tej samej płyty - Historyjka z talii kart albo kokieteryjne i nie tak świńskie, jak sugeruje tytuł Czy ty lubisz to, co ja?. Zostańmy jednak przy największym przeboju z tej trójki i jednej z licznych piosenek Papa Dance o nagminnie przekręcanym tytule, w tym wypadku na Szary wiruje pył.

11. Narodziny szejka (Papa Dance)



Polskie Opa Opa :) Piosenka na pierwszy rzut oka mocno absurdalna, skąd Janowi Sokołowi (ojcu znanego rapera) się wzięły te wiorsty? Czyżby historia działa się jeszcze za caratu? Okazała się jednak proroctwem popularności wczasów w Egipcie. Ciekawe, czy wzmianka o Kairze w jakiś sposób zainspirowała Kamp! :) Muzycznie jest lekko orientalnie i w stylu Duran Duran.

10. Te głupie strachy (Papa Dance)



Bo kiedy rozum śpi, budzi się wyobraźnia Francisco Goyi i oczywiście zespołu Papa Dance :) Wymowę pożegnania z upiorną bajką potęgują zabawy z tempem, w zwrotkach kroczącym niczym w Przeżyj to sam Lombardu, w refrenie standardowo papadensowym.

9. Nietykalni (Nasz ziemski Eden)



Hybryda Wonderful Life Blacka z Only You Savage'a i jeden z tych momentów, w których moim zdaniem Papa Dance najbardziej zbliżyli się do italo disco. Panom udało się wykreować nastrój wiszącej w powietrzu tragedii... Mimo, że epoka już niby zupełnie inna, tekst wydaje się nadal aktualny...

8.  Kamikadze wróć (Papa Dance)



Jeden z pierwszych singli i największych przebojów formacji. Królewną zwiewną w teledysku był sam Mariusz Zabrodzki :) To także on każe podmiotowi lirycznemu "wracać".

7. In flagranti (Poniżej krytyki)



Jeden z najbardziej chwytliwych fragmentów drugiego albumu z rozbrajającą solówką na skaczącej między jednym a drugim kanałem perkusji ;) Chórki jak z Boys Do Fall In Love nieodżałowanego Robina Gibba. Tekst jest baaardzo osadzony w ówczesnym młodzieżowym slangu, przynajmniej tak, jak go słyszał Jacek Cygan (Marek Fanga).

6. Nasz Disneyland (Nasz ziemski Eden)



Czyli osławiona Monaliza (sic). Księżniczka Marry tekstowo by pasowała do teledysku, ale zgodnie z ejtisową "logiką" zamiast niej mamy gangsterów. Pierwsza piosenka Papa Dance, którą mocno polubiłem.

5. Pocztówka z wakacji (Papa Dance)



Piosenka znana, o lecie, jest listopad, więc niech muzyka mówi sama za siebie ;)

4. Galaktyczny zwiad (Nasz ziemski Eden)



Niby trudno zakwalifikować ten kawałek inaczej niż mówiąc z angielska "campy fun", lecz jednocześnie jest to utwór, który obok Kanału XO-2 najbardziej z dorobku Papa Dance jest przepełniony samotnością i poczuciem zagrożenia. Może to znak czasu (zamiast "w lot skompromitujesz" zawsze słyszę tam "blok skompromitujesz"). Początkowa część mówiona to zasługa Macieja Zembatego, jak na razie jedynego związanego z tym zespołem człowieka pochowanego w Alei Zasłużonych warszawskich Powązek Wojskowych #wiedzabezużyteczna

3. It's a simple song (Nasz ziemski Eden)



Papa Dance w duecie z aktywnym do dziś i wielokrotnie nagradzanym w Ojczyźnie czeskim wokalistą Petrem Kotvaldem, który brzmi trochę jak Nick Kamen albo pan z grupy Cock Robin. Jedna z partii klawiszy wydaje się zaczerpnięta z Train of Thought A-Ha. Ogólnie rzecz biorąc, kawałek mógłby spokojnie być częścią dyskografii popowych wyjadaczy tamtych lat.

2. Panorama Tatr (Papa Dance)



Koleżanka z forum.80s.pl napisała kiedyś, że ten utwór to dla niej esencja New Romantic. Chronologicznie niezbyt się to zgadza, ale jeżeli brać pod uwagę sam nastrój utworu, trudno się z nią z nie zgodzić. Każdy kolejny pojawiający się dźwięk tylko potęguje zaplanowany dramatyzm przekazu. Piosenka lodowata jak Tatry zimą - ale tak miało być.

1. Kryształek nocnej opowieści (Poniżej krytyki)



Dlaczego akurat ta piosenka? Bo z każdym przesłuchaniem mnie po prostu rozbraja. Na początku dostajemy lekko "bajkową" melodię przypominającą wstęp do Once in a Lifetime Talking Heads. Pierwsza zwrotka to historia życiowa, jakich wiele, po czym pojawia się szczypta oniryzmu, wreszcie nadjeżdża, jakby wycięty z Don't Go Yazoo refren o chyba najbardziej zdroworozsądkowym tekście w historii muzyki rozrywkowej.

Życie ze snem przeplata się,
Raz jest lepiej w życiu, raz we śnie.
Co noc masz sen,
A w dzień nie łam się tylko śmiej
(przynajmniej ja tak słyszę, na tekstowo.pl jest: śpij)
Raz jest cudownie, a raz źle,
Raz Cię lubią wszyscy, a raz nie.


A jeżeli dla kogoś było mało atrakcji, w przejściu ni z gruszki, ni z pietruszki taka oto perełka:

Jeśli zechcesz poznać przyszłe losy swe,
Spytaj się wróżbity, on to dobrze wie.


Prosto, zwięźle i na temat.

Następny post prawdopodobnie również będzie dotyczył polskiej muzyki. Oczywiście jak zwykle będzie prosto, zwięźle i na temat ;)