Wednesday, November 6, 2013

Dwanaście utworów Papa Dance, które warto znać


Hasło Papa Dance budzi skrajne reakcje. Dla wielu Polaków (mamo, i tak Cię kocham <3) to symbol kiczu i praojcowie disco polo. Dla innych - źródło sentymentalnych wspomnień z młodości. Dla jeszcze innych - jeden z nielicznych rodzimych składów, który zamiast silenia się na wirtuozerię, nie wstydził się nagrywać przebojowego popu. Dość częste są również opinie pośrednie - są np. fani wyłącznie pierwszego składu grupy (Grzegorz Wawrzyszak, Marek Karczmarek i Tadeusz Łyskawa), który sygnował jej debiutancki album z 1985 r., a po rozwiązaniu odrodził się jako Ex-Dance. Są też koneserzy, dla których Papa Dance skończyli się...na pierwszym singlach z 1984 r., pełnych nowofalowego chłodu W 40 dni dookoła świata i Ordynarnym faulu

To głównie opinie nieco starszego pokolenia. A co na to młodzi? Podczas oczekiwania na koncert Zbigniewa Wodeckiego i grupy Mitch & Mitch na tegorocznym OFF Festivalu, moi koledzy wyrazili nadzieję, że kiedyś któraś z płyt właśnie Papa Dance zostanie potraktowana przez Artura Rojka i jego ekipę z taką samą atencją, jak debiut długowłosego krakusa. Biorąc pod uwagę, że znacznie różnię się gustami z Pawłem i Konradem, ma to swoją wymowę.

Tak więc wszyscy zainteresowani mają już wyrobioną opinię, której raczej nie zmienią, jednak i tak uważam, że warto o tym zespole napisać. Nie tylko dlatego, że słuchanie wielu ich piosenek daje mi dużo radości, albo dlatego, że mam do nich pewien sentyment, ponieważ zdążyłem na fragment ich występu w 2010 r. w Stegnie. Celem mojej rodziny tego dnia był Robert Gawliński, który do tej pory pozostaje jedynym polskim wykonawcą, na koncercie którego byłem dwa razy, z tym, że rok później na warszawskich Wiankach gościł jako frontman Wilków. Przede wszystkim dlatego, że zła prasa Papa Dance stwarza wrażenie, że był to jakiś polski odpowiednik Milli Vanilli, co nie jest prawdą. Zespół stworzyli uznani już wtedy producenci (Lady Pank, 2+1, także Franek Kimono) Mariusz Wesołowski i Sławomir Zabrodzki, jego członkowie uczyli się w szkołach muzycznych i zdobywali szlify w innych kapelach (np. pełniący od 1986 r. funkcję wokalisty Paweł Stasiak śpiewał w harcerskiej "Gawędzie", występował jako prezenter w Rozgłośni Harcerskiej i pomagał przy Liście Przebojów Trójki), klawiszowcem był filar polskiego popu lat 90. Kostek Yoriadis (ten od Kasi Kowalskiej), a teksty pisali pod pseudonimami Andrzej Mogielnicki, Wojciech Mann, Marek Dutkiewicz i Jacek Cygan, być może również Jacek Skubikowski

Ocena dorobku grupy pozostaje oczywiście kwestią subiektywnych odczuć, jednak nie można kwestionować tego, że zapotrzebowanie na muzykę chłopaków było duże. Nie można się temu dziwić, ponieważ wbrew powierzchownym wyobrażeniom na temat lat 80. w Polsce nigdy cała młodzież nie słucha rocka, nie każdy też był w stanie docenić mniej lub bardziej wysublimowane gry niektórych tekściarzy z cenzurą. Nastolatkowie zawsze będą potrzebować piosenek mówiących o ich rozterkach i pragnieniach, które po kilku dekadach mogąć być ciekawym reliktem ówczesnej uczniowskiej gwary (choć sam jestem jeszcze przed trzydziestką, więc powinny mi być bliskie klimatem, chwilami w tekstach Papa Dance jest ona dla mnie nie do przejścia). Z drugiej strony Kanał XO2 brzmi trochę jak kpina z Radia Wolna Europa, zawiera też wzmianę o MO... 

Aby ułatwić sobie zadanie, tworząc swój "top" ulubionych utworów Papa Dance, brałem pod uwagę tylko piosenki, które znalazły się na trzech pierwszych albumach studyjnych zespołu: Papa Dance (1985), Poniżej krytyki (1986) i Nasz ziemski Eden (1989). Wszystkie trzy krążki grzeszą małym urozmaiceniem - mamy dużo przebojowych refrenów, klawiszy, chóralnego "ooo", eskapistycznych tekstów o letnich szaleństwach i nieudanych romansach, trochę falsetu. Nie we wszystkich wypadkach formuła ta się sprawdzała, w tekstach nie brakuje zwrotów prowokujących wzruszenie ramion ("księżyc grzał" w chyba najgorszym ich kawałku Temat na clip, "naga prawda rozbiera się" w Złym omenie). Od tego standardu odbiegają m.in. zatrącający rytmicznie o rockabilly Wit Boy z "dwójki" oraz zapowiadające dokonania Czesław Śpiewa i Blue Cafe, partiami "rapowane" Ciało i talent z "trójki". Płyt nagranych po reaktywacji w 2001 r. nie próbowałem słuchać, obawiałem się, że w całości będą dla mnie niestrawne, chociaż np. powstałe jeszcze w 1990 r. Bez braw na finał brzmi bardzo przebojowo. Swoich obrońców miał też Czarny śnieg, w którym przeszkadza mi podobieństwo do Milk and Toast and Honey Roxette.

12. Ocean wspomnień (Poniżej krytyki)



W sumie na tym samej pozycji mogłaby znaleźć się inna ballada z tej samej płyty - Historyjka z talii kart albo kokieteryjne i nie tak świńskie, jak sugeruje tytuł Czy ty lubisz to, co ja?. Zostańmy jednak przy największym przeboju z tej trójki i jednej z licznych piosenek Papa Dance o nagminnie przekręcanym tytule, w tym wypadku na Szary wiruje pył.

11. Narodziny szejka (Papa Dance)



Polskie Opa Opa :) Piosenka na pierwszy rzut oka mocno absurdalna, skąd Janowi Sokołowi (ojcu znanego rapera) się wzięły te wiorsty? Czyżby historia działa się jeszcze za caratu? Okazała się jednak proroctwem popularności wczasów w Egipcie. Ciekawe, czy wzmianka o Kairze w jakiś sposób zainspirowała Kamp! :) Muzycznie jest lekko orientalnie i w stylu Duran Duran.

10. Te głupie strachy (Papa Dance)



Bo kiedy rozum śpi, budzi się wyobraźnia Francisco Goyi i oczywiście zespołu Papa Dance :) Wymowę pożegnania z upiorną bajką potęgują zabawy z tempem, w zwrotkach kroczącym niczym w Przeżyj to sam Lombardu, w refrenie standardowo papadensowym.

9. Nietykalni (Nasz ziemski Eden)



Hybryda Wonderful Life Blacka z Only You Savage'a i jeden z tych momentów, w których moim zdaniem Papa Dance najbardziej zbliżyli się do italo disco. Panom udało się wykreować nastrój wiszącej w powietrzu tragedii... Mimo, że epoka już niby zupełnie inna, tekst wydaje się nadal aktualny...

8.  Kamikadze wróć (Papa Dance)



Jeden z pierwszych singli i największych przebojów formacji. Królewną zwiewną w teledysku był sam Mariusz Zabrodzki :) To także on każe podmiotowi lirycznemu "wracać".

7. In flagranti (Poniżej krytyki)



Jeden z najbardziej chwytliwych fragmentów drugiego albumu z rozbrajającą solówką na skaczącej między jednym a drugim kanałem perkusji ;) Chórki jak z Boys Do Fall In Love nieodżałowanego Robina Gibba. Tekst jest baaardzo osadzony w ówczesnym młodzieżowym slangu, przynajmniej tak, jak go słyszał Jacek Cygan (Marek Fanga).

6. Nasz Disneyland (Nasz ziemski Eden)



Czyli osławiona Monaliza (sic). Księżniczka Marry tekstowo by pasowała do teledysku, ale zgodnie z ejtisową "logiką" zamiast niej mamy gangsterów. Pierwsza piosenka Papa Dance, którą mocno polubiłem.

5. Pocztówka z wakacji (Papa Dance)



Piosenka znana, o lecie, jest listopad, więc niech muzyka mówi sama za siebie ;)

4. Galaktyczny zwiad (Nasz ziemski Eden)



Niby trudno zakwalifikować ten kawałek inaczej niż mówiąc z angielska "campy fun", lecz jednocześnie jest to utwór, który obok Kanału XO-2 najbardziej z dorobku Papa Dance jest przepełniony samotnością i poczuciem zagrożenia. Może to znak czasu (zamiast "w lot skompromitujesz" zawsze słyszę tam "blok skompromitujesz"). Początkowa część mówiona to zasługa Macieja Zembatego, jak na razie jedynego związanego z tym zespołem człowieka pochowanego w Alei Zasłużonych warszawskich Powązek Wojskowych #wiedzabezużyteczna

3. It's a simple song (Nasz ziemski Eden)



Papa Dance w duecie z aktywnym do dziś i wielokrotnie nagradzanym w Ojczyźnie czeskim wokalistą Petrem Kotvaldem, który brzmi trochę jak Nick Kamen albo pan z grupy Cock Robin. Jedna z partii klawiszy wydaje się zaczerpnięta z Train of Thought A-Ha. Ogólnie rzecz biorąc, kawałek mógłby spokojnie być częścią dyskografii popowych wyjadaczy tamtych lat.

2. Panorama Tatr (Papa Dance)



Koleżanka z forum.80s.pl napisała kiedyś, że ten utwór to dla niej esencja New Romantic. Chronologicznie niezbyt się to zgadza, ale jeżeli brać pod uwagę sam nastrój utworu, trudno się z nią z nie zgodzić. Każdy kolejny pojawiający się dźwięk tylko potęguje zaplanowany dramatyzm przekazu. Piosenka lodowata jak Tatry zimą - ale tak miało być.

1. Kryształek nocnej opowieści (Poniżej krytyki)



Dlaczego akurat ta piosenka? Bo z każdym przesłuchaniem mnie po prostu rozbraja. Na początku dostajemy lekko "bajkową" melodię przypominającą wstęp do Once in a Lifetime Talking Heads. Pierwsza zwrotka to historia życiowa, jakich wiele, po czym pojawia się szczypta oniryzmu, wreszcie nadjeżdża, jakby wycięty z Don't Go Yazoo refren o chyba najbardziej zdroworozsądkowym tekście w historii muzyki rozrywkowej.

Życie ze snem przeplata się,
Raz jest lepiej w życiu, raz we śnie.
Co noc masz sen,
A w dzień nie łam się tylko śmiej
(przynajmniej ja tak słyszę, na tekstowo.pl jest: śpij)
Raz jest cudownie, a raz źle,
Raz Cię lubią wszyscy, a raz nie.


A jeżeli dla kogoś było mało atrakcji, w przejściu ni z gruszki, ni z pietruszki taka oto perełka:

Jeśli zechcesz poznać przyszłe losy swe,
Spytaj się wróżbity, on to dobrze wie.


Prosto, zwięźle i na temat.

Następny post prawdopodobnie również będzie dotyczył polskiej muzyki. Oczywiście jak zwykle będzie prosto, zwięźle i na temat ;)

Wednesday, October 16, 2013

Playlista: Piosenki z 5 sezonu "Made In Chelsea"

Czasami życie płata naprawdę niewyobrażalne figle. Kiedyś coś mi się obiło o uszy, że telewizyjna rozrywka w Wielkiej Brytanii nie stoi na najwyższym poziomie, a przykładem tego mają być seriale The Only Way Is Essex (TOWIE) i Made in Chelsea. Być może stało się to w tym czasie, kiedy dorabiałem tłumaczeniem newsów z Daily Maila dla gazetki rozdawanej za darmo w Warszawie. Mniej więcej pół roku później dowiedziałem się, że fanką obydwu jest moja ostatnio ulubiona wokalistka Jessie Ware. Głupio się czułem widząc, że śledzi ich bohaterów na Twitterze, a mi odmawia tego zaszczytu. W tej chwili już mnie to nie drażni, ponieważ usunąłem swoje konto i raczej nie założę nowego. Dlaczego, może wyjaśnię przy okazji kolejnej, ostatniej odsłony cyklu o muzykach, których poznałem dzięki temu komunikatorowi, która w zaistniałej sytuacji powinna niedługo się ukazać.

W każdym razie byłem przekonany, że nigdy nie obejrzę żadnej z tych produkcji, a na pewno nie z własnej woli. Jednak w lipcu Made in Chelsea zainteresowała się moja koleżanka Karolina - ta sama, z którą oglądałem w kinie Wielkiego Gatsby'ego. Co więcej, totalnie oszalała na jej punkcie i zaczęła nalegać, żebym również zaczął oglądać ten serial, a nawet nagrała mi na płytę dwie pierwsze serie (jak powiedziała - jedyne godne uwagi, ale ogląda go nadal :P) Biorąc pod uwagę reputację popularnego MiC, nieco mnie dziwił jej entuzjazm, no ale to wielka fanka brytyjskich akcentów i Londynu. Mi trudno czuć nostalgię związaną z tym miastem, bo po prostu jeszcze nigdy w nim nie byłem. Zachęcała mnie jednak również mówiąc o czymś, co powinno Was szczególnie zainteresować - o muzyce.

Podobnie jak Karolina postanowiłem spaść z wysokiego konia i oglądać serial bez lektora i napisów. Może dlatego mógłbym streścić te cztery odcinki, które widziałem, w następujący sposób: 

1. leci Passion Pit
2. pokazują odpicowane babki
3. leci Fenech-Soler
4. pokazują odpicowanych kolesi
5. leci Delphic
6. pokazują jakiś fajny widoczek
7. leci Foster the People
i tak w sumie w nieskończoność, czyli nic szczególnie zdrożnego, chociaż ponoć w kolejnych seriach robiło się gorrręcej.

Właśnie wychwytywanie piosenek, których nie udało mi się znaleźć w playlistach na Spotify, sprawiało mi najwięcej radości. Dialogi rozumiałem piąte przez dziesiąte, niektóre mnie rozbawiły, jednak nie wiem, czy ze względu na błyskotliwość ich odtwórców i autorów, czy dlatego, że jestem tak zakopany w muzyce i sprawach zawodowo-naukowych, że nie oglądałem już od lat żadnych innych seriali. Czar zaczął trochę pryskać, kiedy jedna z par bohaterów zaczęła przeżywać głębokie rozterki miłosne, ponieważ ich ekspresyjna gra i sztuczna opalenizna skojarzyła mi się z czymś, co już kiedyś widziałem przez uchylone drzwi pokoju "telewizyjnego" w moim domu i miało związek z Ameryką Łacińską.

Wracając do pozytywów, jest jeszcze Caggie. 


Caggie Dunlop, kochani, to jest jak widać osobny rozdział.



Ta pani nie tylko grała w dwóch pierwszych seriach tego widowiska, dobrze wygląda i zajmuje się modą, ale też śpiewa! Na YouTube można zapoznać się z jej piosenką Neverland (mnie osobiście nie powala, ale np. wspominanemu już tu przeze mnie kiedyś Mariuszowi wydała się obiecująca). Kasia zamierza nagrywać ambitny pop "w stylu Lany Del Rey i Jessie Ware". Pożyjemy, zobaczymy - cel jest szczytny.

Trudno uwierzyć, że opera mydlana z elementami reality show (a może jest na odwrót...) poza nielicznymi wyjątkami głównie w pierwszym sezonie wykorzystuje jako tło muzyczne utwory praktycznie wszystkich możliwych "gorących" marek indie - od folka przez rock po electro. Lana Del Rey, Gotye, Hurts, Gypsy & The Cat, Florrie, Patrick Wolf, Friendly Fires, Monarchy, Tim & Jean - łatwiej byłoby wymienić, kogo się tam NIE dało usłyszeć. Z tego względu postanowiłem Wam dzisiaj zaserwować tylko kilka piosenek, które odkryłem lub na nowo polubiłem, zapoznając się z playlistą piątego sezonu, który akurat dobiegał końca, kiedy założyłem konto na Spotify. Tak jak napisałem wyżej, MiC nigdy wcześniej mnie za bardzo nie interesowało, dlatego trudno mi powiedzieć, czy któryś z tych utworów zawdzięcza mu  karierę, tak jak How to Save a Life i Chasing Cars - Chirurgom, a I Love It - Dziewczynom. Wszystkie razem tworzą jednak piorunującą mieszankę.




Nowozelandzka wokalistka, która, jak już wiemy nie Gotye i nie podpisuje się Lorde. I cudownie brzmi w takich retro klimatach. W piątym sezonie wykorzystano równiez prezentowany już przeze mnie na blogu kawałek Warrior z reklamy Conversów.




Jeden młody niemiecki zespół indie remiksuje drugi, czyli taneczność do kwadratu.



Eleganckie party, czyli esencja życia w Chelsea. Czuć producencką rękę wokalisty Friendly Fires.



Projekt Kindness sytuuje się na tym skrzyżowaniu czarnych brzmień i muzyki alternatywnej, na którym tak lubię przebywać w tym roku.



Jeden z ulubionych zespołów Karoliny i spory hit na liście Bilboard Alternative Songs w ubiegłym roku.



Młoda norweska wokalistka (prawdziwe nazwisko: Monica Birkenes) w piosence, która brzmi jak mniej dokuczliwa dla uszu wersja Hello Martina Solveiga i Dragonette (zarówno francuski DJ, jak i kanadyjska formacja oczywiście również przewinęli się przez serial :)



Grupa Shields z Newcastle - zaraźliwa muzyka, kreatywne podejście do skarpetek.



Z wielu propozycji Muzykoblogera akurat ta wokalistka mi gdzieś zaginęła, nad czym boleję i w ten sposób próbuję się chociaż trochę zrehabilitować. Drugi album Lissie pt. Back to Forever ukazał się 8 dni temu.



Jeden z tak modnych w ostatnich latach (Avicii!) mariaży muzyki względnie alternatywnej i tanecznej.



Gabriel Bruce, czyli trochę bliskich mi brzmień stylizowanych na rock gotycki lat 80.



Oprócz ich najbardziej znanej piosenki Flexxin', Dutch Uncles reprezentował na składance udany cover przeboju Grace Jones.



Rytmika lekko stylizowana na r&b, mocno popowe zacięcie - na Calluma Burrowsa z Nottingham trzeba zwrócić uwagę!



Bardzo wieczorne granie Still Corners.



Brytyjskie podejście do spuścizny muzyki soul w wykonaniu The Heavy.



Kolejny podgatunek indie, do którego mam dużą słabość - pani, pan i przybrudzone gitary.

W piątym sezonie Made in Chelsea pojawiły się również takie piosenki, jak: I Belong in Your Arms Chairlift, Stay Away Charli XCX, Man Made Clock Opera, LA Calling i You and I Crystal Fighters, Kill for Love Chromatics, White Noise Disclosure i AlunaGeorge, Don't Try i Kemosabe Everything Everything, Bad Habit Foals, 5-HT The Good Natured, Hammer & Sickle Neon Neon (jak ich nie lubić chociaż trochę ;), Trying to Be Cool Phoenix, Fool of Me Say Lou Lou i Cheta Fakera, Drove Me Wild Tegan and Sara, We Got It Wrong St. Lucia, See You The Story of the Apple Pie, Cast Away Strange Talk, Be Mine Tonight i Run My Heart Twin Shadow, Handshake i Next Year Two Door Cinema Club. A to tylko te, które mają jakiś związek z moją prywatną listą przebojów i rankingiem ulubionych albumów 2012 roku. A przecież jeszcze były utwory alt-J, Bastille, Daughter, Imagine Dragons, Memory Tapes, Milesa Kane'a, Palma Violets, Peace, Swim Deep, Tame Impala, The National, The Strokes, Toro Y Moi, Vampire Weekend, Yeah Yeah Yeahs... Być może o niektórych będzie okazja wspomnieć przy okazji tegorocznego zestawienia subiektywnie najlepszych płyt.

W tym tygodniu ruszył szósty sezon Made in Chelsea. Karolina na pewno była zachwycona użyciem kompozycji jej ulubieńców z The Jungle Giants, mnie cieszy powrót Monarchy, a wielu promowanych w ten sposób projektów na razie nie kojarzę. Zobaczymy, co pokażą kolejne odcinki. Motywem przewodnim pozostaje Midnight City M83, co chyba dobrze wróży ;)

Wednesday, October 9, 2013

Historia jednej piosenki: Ylvis - The Fox


Przynajmniej raz na kilka miesięcy pojawia się nagranie, które dzieli bez mała cały świat na dwa obozy. Jego przeciwnicy uważają, że to totalne dno i gwóźdź do trumny muzyki pop, obrońcy wołają "wyluzujcie, na imprezę jak znalazł, za 10 lat będziecie wspominać z łezką w oku". Każdy na pewno byłby w stanie wymienić kilka tytułów przaśnych hitów typu Macarena, Asereje czy Dragostea din tei, na temat których każdy miał wyrobione zdanie. Ostatnio do tego panteonu wątpliwej sławy dołączyła produkcja z Norwegii - The Fox, względnie What Does the Fox Say? braterskiego duetu komików Ylvis.

W założeniu miała być to jedynie reklama nowego sezonu ich programu telewizyjnego, jednak już po miesiącu od premiery kawałek trafił na 1 miejsce norweskiej listy przebojów, do pierwszej dziesiątki Billboard Top 100, w tym tygodniu również powinien znaleźć się w UK Top 40. Dzisiaj chłopaki występują u znanego jajcarza Jimmy'ego Fallona (ciekawe, czy mu się tak oberwie, jak za wspólne śpiewanie z Miley Cyrus). Często można usłyszeć komentarze, że nie da się tego (u)tworu oceniać tak, jak np. singli Davida Guetty, ponieważ został zrobiony "dla jaj", być może jako kpina z pustki tekstów współczesnych popowych szlagierów. Bracia Ylvisaker twierdzą, że nie przyświecała im żadna głębsza myśl, po prostu zastanawiali się, jakie dźwięki wydaje lis.

Mam trochę inne zdanie na ten temat. Nie wydaje mi się, aby znany ze współpracy m.in. z Rihanną, Beyonce i Mariah Carey duet Stargate podjął się produkcji kawałka, nie wierząc, że nie będzie on przebojem przynajmniej na skalę Europy. A pisanie przebojów (przynajmniej w dzisiejszych czasach) to nigdy nie jest beztroskie zajęcie - w grę chodzi przecież zarabianie olbrzymich pieniędzy, czyli coś piekielnie poważnego. Patrząc na tekst trudno też uwierzyć, że chodzi tylko o liska, który przecież w polskiej tradycji ludowej ma raczej kiepską prasę. Tak, tak, oczywiście szkoda czasu na takie analizy, ale już po pierwszym przesłuchaniu odniosłem wrażenie, że piosenka odniosła sukces nie tylko dzięki wariackiemu refrenowi i równie wariackiej choreografii w refrenie, lecz również dlatego, że wydaje się posklejana z elementów kiedyś równie popularnych i równie wyśmiewanych songów. Jeżeli słucha się muzyki rozrykowej dłużej niż 10 lat, praktycznie co chwilę coś przychodzi do głowy...

(melodia zwrotki kojarzy mi się z We Are the People Empire of the Sun, gdyby taka pozostała do końca pewnie mielibyśmy wzorcowy radiowy kawałek z początku tego stulecia)

Dog goes woof
Cat goes meow
Bird goes tweet
and mouse goes squeek

Cow goes moo
Frog goes croak
and the elephant goes toot

(ja bym jeszcze dodał do tej wyliczanki: eagle goes woop, widziałem coś takiego kiedyś na Twitterze;)

Ducks say quack
and fish go blub (Blob? O tym panu już Wam kiedyś pisałem)
and the seal goes ow ow ow (tu też na pewno jest jakiś podtekst, ale aż się boję pomyśleć jaki...)

But there’s one sound
That no one knows
What does the fox say?

Ring-ding-ding-ding-dingeringeding!
Gering-ding-ding-ding-dingeringeding!
Gering-ding-ding-ding-dingeringeding!
What the fox say?
(Crazy Frog wiecznie żywy!)

Wa-pa-pa-pa-pa-pa-pow!
Wa-pa-pa-pa-pa-pa-pow!
Wa-pa-pa-pa-pa-pa-pow!
What the fox say?
(Vocal jak u Awolnation:)

Hatee-hatee-hatee-ho!
Hatee-hatee-hatee-ho!
Hatee-hatee-hatee-ho!
What the fox say?
(Hatti to pewnie zdrobniałe imię dziewczyny któregoś z panów, brzmi to jakoś strasznie norwesko ;)

Joff-tchoff-tchoffo-tchoffo-tchoff!
Tchoff-tchoff-tchoffo-tchoffo-tchoff!
Joff-tchoff-tchoffo-tchoffo-tchoff!
What the fox say?
(A mniej więcej tak brzmi reakcja PSY na oskarżenia o szerzenie tandety, skądinąd mógłby mu ktoś zrobić zdjęcie z kotami, byłby materiał na humor słowny na miarę waleni konia)

Big blue eyes
Pointy nose
Chasing mice
and digging holes

Tiny paws (ideał urody niemal na miarę feudalnych Chin..., czyżby jednak naprawdę walczyli o wschodnie rynki?)
Up the hill (w tym momencie wszyscy powinniśmy przełączyć na Kate Bush)
Suddenly you’re standing still

Your fur is red
So beautiful
Like an angel in disguise

(hmmmm... Ylvis niby twierdzą, że ich inspiracją nie był furry fandom, czyli miłośnicy przebierania się za pluszaki... Ale jeżeli to naprawdę piosenka o dziewczynie, to nie mogli chociaż użyć słowa "vixen"?)

But if you meet
a friendly horse (czy tylko ja słyszę: friendly hoes?)
Will you communicate by
mo-o-o-o-orse?
mo-o-o-o-orse?
mo-o-o-o-orse? (całkiem zabawne i do rzeczy użycie wokodera)

How will you speak to that
ho-o-o-o-orse?
ho-o-o-o-orse?
ho-o-o-o-orse?
What does the fox say?

Jacha-chacha-chacha-chow!
Chacha-chacha-chacha-chow!
Chacha-chacha-chacha-chow!
What the fox say? (Awolnation remix gone horribly wrooong)

Fraka-kaka-kaka-kaka-kow!
Fraka-kaka-kaka-kaka-kow!
Fraka-kaka-kaka-kaka-kow!
What the fox say?

A-hee-ahee ha-hee!
A-hee-ahee ha-hee!
A-hee-ahee ha-hee!
What the fox say? (pies Goofy?)

A-oo-oo-oo-ooo!
Woo-oo-oo-ooo!
What does the fox say? (kolejna świetna parodia sztampowego wokoderu)

(w tym momencie już wyraźnie czuć wpływ Stargate)
The secret of the fox
Ancient mystery (komizm takiego uwznioślenia sprawy chyba nie wymaga szerszego komentarza)
Somewhere deep in the woods
I know you’re hiding
What is your sound?
Will we ever know?
Will always be a mystery
What do you say?

You’re my guardian angel (wow, on go naprawdę kocha. To znaczy - JĄ kocha. Chyba - ją. To znaczy...nieważne)
Hiding in the woods
What is your sound?

(Fox Sings)
Wa-wa-way-do Wub-wid-bid-dum-way-do Wa-wa-way-do
(tak, ja też nie przepadam za A Little Party Never Killed Nobody, chociaż skatujący lis w sumie bardziej brzmi tu jak eurodance'owy klasyk Scatman John niż Fergie. Skądinąd pojawiający się w tym momencie w klipie zwierzak jest...Polakiem)
Will we ever know?

(Fox Sings)
Bay-budabud-dum-bam

I want to…

(Fox sings)
Mama-dum-day-do

I want to…
I want to know!

(Fox sings)
Abay-ba-da bum-bum bay-do

A więc - bezwstydna deklaracja zoofilii, nietypowe rozpaczliwe wyznanie miłości do tajemniczej kobiety (mężczyzny?), parodia takiego wyznania, czy piosenka o trawce? Will we ever know? Koniec końców, najbardziej zadziwia mnie jedno: kiedy powiedziałem Muzykoblogerowi, że zamierzam napisać o The Fox, nie był w ogóle zdziwiony. Wiedział, że jako chyba jedyny w XXI wieku fan Pana Blobby'ego nie przejdę wokół tego utworu obojętnie. Normalnie syndrom Roisin Murphy :)

Friday, October 4, 2013

Monografia 2 w 1: Passion Pit i Yeasayer


Jako bloger regularnie przekonuję się, że łatwiej jest coś z fantazją wyśmiać niż przekonująco pochwalić. Superlatywy często brzmią fałszywie, a na pewnym etapie zdobywania zaufania czytelników hasło "dobre electro" (rock, pop, niepotrzebne skreślić) wystarczy za cały komentarz. Zespołem, który tak lubię, że trudno mi o nim mówić bez uciekania się do banałów typu "superprzebojowy", "idealnie trafia w mój gust" i "perfekcyjne melodie" jest amerykańska grupa Passion Pit. Ewentualnie mógłbym ich nazwać koryfeuszami szynszyl-popu, ale już wiem, że niektórych ta etykietka drażni (poza tym pamiętajmy, że moda na facetów o tej barwie głosu ma dłuższe tradycje, zapoczątkował ją chyba Phoenix). Cóż, jeśli tak bardzo lubi się jakiś projekt i chce go promować, trzeba próbować.

Poznałem go dzięki Roxy FM, którego playlista w 2011 r. miała dla mnie cztery asy atutowe: Forever and Ever, Amen The Drums, Heart in Your Heartbreak The Pains of Being Pure at Heart, Not in Love Crystal Castles z Robertem Smithem i właśnie To Kingdom Come Passion Pit. Singiel ten pochodził z debiutanckiego albumu kapeli z Cambridge w stanie Massachussetts Manners, który ukazał się w 2009 r. Mimo, że Cambridge to siedziba jednego z najlepszych uniwersytetów świata - Harvarda, żaden z muzyków na nim nie studiował. Wokalista i kompozytor repertuaru Michael Angelakos edukował się na Emerson College w Bostonie, pozostali członkowie grupy (gitarzysta Ian Hultquist, klawiszowiec Xander Singh, basista Jeff Apruzzese i perkusista Nate Donmoyer) - na Berklee College of Music w tym samym mieście.



Melodia na tyle mocno nie chciała opuścić mojej głowy (nie zrobiła tego do dzisiaj), że postanowiłem poszukać więcej na YouTube. Teledysk do tego numeru bardzo mi się spodobał, za to nie przypadła mi do gustu piosenka, którą zaproponowała mi wyszukiwarka serwisu, czyli Sleepyhead. Znalazła się ona już na epce Chunk of Change z 2008 r. i jako jedyna z niej trafiła na Manners - kosztem bardziej chwytliwych numerów (przede wszystkim Smile Upon Me).

Przypomniałem sobie o Manners dopiero wiosną 2012 roku. Już po pierwszym przesłuchaniu awansowała do grona moich ulubionych płyt, przynajmniej ostatnich lat. Trudno wymienić wszystkie mocne punkty, nie łatwiej wytknąć słabe, ale chyba najbardziej zapadły mi w pamięć pierwszy singiel The Reeling, Eyes Like Candles i Moth's Wings (a może to jednak było Little Secrets :). Naturalnie z miejsca wzrósł apetyt na kolejny krążek, który ukazał się 20 lipca poprzedniego roku. W tym samym czasie zespół znalazł się na pierwszych stronach alternatywnych serwisów również dlatego, że Angelakos przyznał się do rozdwojenia jaźni, które zdiagnozowano u niego, kiedy miał 17 lat.





W przypadku Gossamer też coś nie kliknęło. Po pierwszym zapoznaniu się z materiałem do gustu przypadła mi tylko jedna piosenka - Hideaway (wiem, że nie jest to dobra reklama, jednak za każdym razem, kiedy ją słyszę, przypomina mi się Papa Dance). Obawiałem się, że zespół jest skończony, a odwołanie trasy koncertowej z powodu problemów zdrowotnych lidera dodatkowo go pogrzebie. Na szczęście w październiku na forum Muzyczna Galaktyka odbyła się kolejna edycja konkursu Miastowizja i jeden z uczestników, Michał zgłosił do swoich eliminacji krajowych m.in. singiel Take a Walk. Podejście "na świeżo" poskutkowało i nagle okazało się, że Gossamer to taka sama perła jak Manners (przynajmniej moim zdaniem)! Okazało się, że styl, który wtedy mnie uwiódł, można było jeszcze bardziej dopracować. Piosenki Passion Pit przypominają mi sceny z Umpa-Lumpami w Charliem i fabryce czekolady: Michael śpiewa niby niepozorną melodię na bazie instrumentów klawiszowych, a w refrenie nagle wszystko piszczy, skacze i tańczy, jakby ożył chór pluszowych zabawek. Kwintescencją tej maniery jest dla mnie czwarty singiel z Gossamer - bardzo życiowy Carried Away, ilustrowany zabawnym wideo z Sophie Busch jako partnerką wokalisty, Love Is Greed, które nie miało takiego statusu, jednak ku oburzeniu regulaminowych purystów pomogłem mu zdobyć pierwsze miejsce w Club Chart oraz wspomniane Hideaway. Uwielbiam również elegijne It's Not My Fault, I'm Happy. (jak widać, z całą sympatią przede wszystkim dla I'll Be Alright, zupełnie inaczej dobrałbym utwory promujące to CD...)




Gossamer okazał się całkiem pokaźnym sukcesem rynkowym. Płyta doszła do 4 miejsca notowań Billboardu, Take a Walk (pewnie pomógł mu fakt, że Michael nie zaprezentował w nim pełnej rozpiętości swojego falsetu) - do 84 pozycji wśród najpopularniejszych utworów, 5 lokaty na Billboard Alternative Songs i 9 - na Billboard Rock Songs. Formacja korzysta z każdej okazji, aby obronić miejsce w świadomości Amerykanów - bonusowy kawałek American Blood trafił na quasi-soundtrack do filmu Iron Man 3, fani dostają covery (fun.) i remiksy (St. Lucia, Portugal. The Man) innych wykonawców, a ostatnio epkę z alternatywną wersją Constant Conversation, niestety bardzo łupanym remiksem Carried Away Dillona Francisa (o wiele lepiej brzmi ostatnio z Totally Enormous Extinct Dinosaurs) i nowym utworem - balladą Ruin Your Day. Do pełni szczęścia brakuje tylko koncertu w Polsce...

***
Dlaczego postanowiłem w tym wpisie napisać również o Yeaseyar? Wydaje się, że niewiele łączy te dwa zespoły. Obydwa pochodzą z USA, grają indie pop, a ich single figurowały w playliście Roxy FM w 2011 r. - jak już kilka razy pisałem, dla mnie Bardzo Trudnym Roku. Obydwa wydały płyty w 2012 r. i obydwa krążki mimo wcześniejszych podejść "odkryłem" dzięki miastowizyjnym propozycjom Michała. Pierwsze zetknięcie z kwartetem z Brooklynu miałem wręcz feralne. Jeżeli w swoim czasie czytaliście uważnie, pewnie domyślacie się, że w klipie Madder Red (Kristen Bell w roli żeńskiej!) dopatrzyłem się ni mniej, ni więcej tylko cierpiącej szynszyli.


"To tylko ziemniak" - uspokajała bohaterka przywołanego wyżej wpisu. Pod względem muzycznym płyta Odd Blood nie prezentowała się aż tak dziwacznie, szczególnie w porównaniu z debiutanckim krążkiem Chrisa Keatinga (wokalista, klawisze), Iry Wolfa Tutona (basista), Ananda Wildera (gitarzysta, wokalista) i Luke'a Fasano (obecnie perkusistą zespołu jest Cale Parks). All Hours Cymbals z 2007 r. to hipnotyczna mieszkanka folku, gospel i muzyki etnicznej z różnych stron świata, głównie Azji. Trzy lata później muzycy postawili na prostsze formy, także ze względu na głos Keatinga kojarzące się z r'n'b (Love My Girl), ale także inspirowane reggae (Ambling Alp - skądinąd niedawno dowiedziałem się, że "krocząca turnia" to przydomek przedwojennej włoskiej gwiazdy boksu Primo Carnery), francuskim electro (O.N.E. - jedyny jak na razie utwór grupy, który znalazł się w Wlk. Brytanii w singlowym Top 200, pod tym względem Passion Pit mieli więcej szczęście, o ile można tak nazwać 99 miejsce The Reeling), bluesem i rock'n'rollem (Strange Reunions, Mondegreen).



Członkowie zespołu uważają, że ich ostatnie dzieło, ubiegłoroczny Fragrant World to bardziej eksperymentalny projekt niż Odd Blood. Nie do końca się z tym zgadzam, szczególnie że ten longplay wydaje mi się bardziej jednorodny stylistycznie, jakby skrojony pod tych, którzy dobrze bawili się na koncercie Autre Ne Veut na tegorocznym Off Festivalu. Różni je przede wszystkim mniej lub bardziej oszczędne użycie elektroniki (Daftpunkowe trzaski w Devil and the Deed, Bollywoodzki początek w No Bones). Najbardziej przebojowy jest ostatni singiel - Reagan's Skeleton (jakoś nie wyobrażam sobie takiej piosenki o amerykańskim prezydencie z Partii Demokratycznej, szczególnie że kilka lat wcześniej mieliśmy zjadliwe Love of Richard Nixon Manic Street Preachers). Moją koleżankę zauroczył ostatni utwór na płycie - Glass of the Microscope (rozmyte wokale kojarzą mi się z pięknym Hide and Seek Imogen Heap).






Yeasayer pracują obecnie nad nową płytą. Niedawno opublikowany utwór Don't Come Close, który znalazł się na ścieżce dźwiękowej do gry Grand Theft Audio V, nie porwał mnie, ale znając nieobliczalność tej załogi nie chcę (choć mam ochotę) prorokować, że na pewno czeka nas powtórka z (niezłej) rozrywki, czyli Fragrant World ;)

Już niedługo kolejne blogowe szaleństwa :)

Monday, September 23, 2013

Recenzja 3 w 1: Po prostu rzekłbyś kicz...

Zdaję sobie sprawę, że tytułowanie wpisu w ten sposób jest obarczone ryzykiem, ponieważ ostatnio przekonałem się, że fani Foster the People uważają porównywanie tego zespołu do szynszyl lub Maroon 5 za obraźliwe. A co dopiero sugerować komuś kiczowatość... Domyślam się, że fanem jakiegoś wykonawcy jest się dlatego, że uważa się go za wyjątkowego i wszelkie porównania (nawet pozytywne) są niewskazane, nadal jednak nie rozumiem tych komentarzy. W ograniczonych dawkach lubię i szynszyle, i Maroon 5, Foster the People lubię w dowolnej dawce, co widać po tym, że tylko im poświęciłem wpis (no dobra, szynszylom częściowo też poświęciłem jeden) i to ich płytę mam na półce. Poza tym nie ja pierwszy porównałem te dwie kapele, tylko organizatorzy wręczenia Grammy, którzy zachęcili ich liderów do wspólnego oddania hołdu The Beach Boys.

Dlatego pozostanę nieugięty i niedługo powrócę do tematu "szynszyl popu", a co z tym kiczem? Dla mnie kicz w popie to przede wszystkim wizualna krzykliwość i przejaskrawiona emocjonalność w muzyce i tekstach. Jak już wiele razy mówiłem, przy ocenie danego utworu najważniejsza jest dla mnie atrakcyjna melodia, a czy jest ona wygrywana na Moogu, Casio czy gitarze akustycznej ma dla mnie drugorzędne znaczenie. Jednak podczas słuchania niektórych zespołów mam wrażenie, że moi koledzy o zbliżonych gustach podeszliby do nich znacznie mniej entuzjastycznie niż ja, nie zawsze ze względów czysto muzycznych. Tak się złożyło, że trzy takie formacje wydały swoje albumy w bieżącym roku i z każdym wiązałem jakieś oczekiwania. Czy im sprostały?

W przeciągu już 15 lat historii zespół 30 Seconds to Mars przebył drogę od hobby popularnego aktora Jareda Leto i jego brata Shannona do światowej gwiazdy rocka. Siedem lat temu nie mogłem się nadziwić, że chwalą go moi zasłuchani w fińskim love-metalu koledzy z forum.80s.pl. Wtedy mieścili się w ramach radiowego amerykańskiego post-grunge'u zatrącającego o emo, a przecież "grunge zniszczył lata 80." Jednak to oni wykazali się większą intuicją, ponieważ po załamaniu się tego modelu radiowego grania trio skręciło w stronę...właśnie rocka stadionowego z czasów jego świetności. Za trzeci krążek This Is War z 2009 r. zebrali sporo druzgocących recenzji, jednak się nie przejmowałem nimi, podobnie jak narzekaniem na inną nie wstydzącą się muzycznego patosu kapelę - White Lies. Jako wtedy wręcz nałogowy słuchacz polskich radiostacji rockowych na własnej skórze przekonałem się, że trzy pierwsze single z niego doskonale mobilizują w momentach zwątpienia przed egzaminami na studiach magisterskich. Z kolei czwarty - Hurricane z gościnnym rapem Kanye'go Westa stanowił akompaniament moich licznych wędrówek po Warszawie w ponure wieczory przedwiośnia 2011 r. w poszukiwaniu wytchnienia od nieudanych początków mojej aktywności zawodowej... Z pozostałych utworów na tej pełnej rozmachu płycie najbardziej wpadło mi w ucho Night of the Hunter.





Krążek Love, Lust, Faith and Dreams, który miał premierę w maju, jest jeszcze ambitniejszy - to pierwszy concept album w historii zespołu, dzielący się na cztery wymienione w tytule części. Chyba nie do końca przejrzałem zamysł chłopaków, gdyż sam bym inaczej ułożył piosenki kierując się tymi kryteriami ;) W tekstach znowu pojawia się wiele opisów skrajnych stanów emocjonalnych i aluzji do różnego rodzaju walki. Niestety, wydaje mi się, że słuchacz, który nie wczuje się w nastrój tworzony przez tę muzykę i nie zainteresuje go jego myśl przewodnia, nie znajdzie na nim dla siebie zbyt wiele. Praktycznie tylko trzy kawałki zwróciły moją uwagę: singlowe Up in the Air i City of Angels oraz Bright Lights. W tym roku filmem Jeana-Marca Vallee Dallas Buyers' Club Jared Leto po sześciu latach przerwy powrócił do aktorstwa. Może dobrze byłoby, gdyby przez jakiś czas skupił się na swoim dawnym zawodzie i przemyślał formułę grupy? Zadowala ona w tej chwili miliony fanów, jednak balansowanie na granicy rocka i popu na dłuższą metę może okazać się trudne, szczególnie dla zespołu o takich korzeniach. Ten sam problem może stać się udziałem kolejnego bohatera tego wpisu...





Fall Out Boy to chyba zespół, który osiągnął największy sukces komercyjny na fali popularności emo-popu w ubiegłej dekadzie (na pewno, jeżeli wziąć pod uwagę listę sprzedaży singli w USA). Przez lata miałem do niego mieszany stosunek, tzn. podobało mi się debiutanckie Sugar, We're Goin' Down, Dance, Dance nie zarejestrowałem, It Ain't A Scene... mnie lekko przeraziło, a promowane przez ówczesne Polskie Radio Euro Thnks fr th mmrs irytowało mnie, jak to wtedy określałem, "boysbandowością". Generalnie rzecz biorąc, kojarzyłem filadelfijczyków głównie tak jak większość świata, po długich tytułach piosenek, pełnych gier słownych, lekko cynicznych tekstach i fotogenicznym wyglądzie basisty Pete'a Wentza.

Przełomem była czwarta studyjna płyta Folie à deux (termin z psychiatrii) z 2008 r. i promocja pierwszego singla I Don't Care w Esce Rock. Wyjęte niemal żywcem z ery glam rocka nagranie po prostu mną owładnęło. Przy okazji odkryłem na YouTube kilka starszych singlowych perełek, przede wszystkim (głęboki wdech) I'm Like a Lawyer With the Way I'm Always Trying To Get You Off (Me & You). Sam album to potężna dawka energii, a przy tym kopalnia zaraźliwych melodii. Mimo napierającego jakby ze wszystkich stron hałasu, podczas słuchania w ogóle nie chce się myśleć o włączeniu pauzy.





Opublikowany w kwietniu Save Rock and Roll sprawia wrażenie dzieła zupełnie innej grupy. Najbardziej rokendrolowo brzmi na nim utwór Rat A Tat z gościnnym udziałem Courtney Love. W pozostałych chłopcy wydają się traktować ten termin tak samo, jak raperzy rymujący o "partying like a rockstar". Być może się mylę, ale wydaje mi się, że przełomowym momentem w historii zespołu było nagranie z Johnem Mayerem coveru Beat It, ponieważ za sprawą tej przygody ich wokalista, niepozorny Patrick Stump poczuł się chyba nowym Michaelem Jacksonem. Świadczy o tym jego funkująca solowa płyta Soul Punk, na którą nie tylko napisał wszystkie piosenki, ale również zagrał na wszystkich instrumentach! Na ostatnim krążku najwięcej z r&b mają oczywiście dwa zbliżone do siebie utwory z udziałem raperów My Songs Know What You Did in the Dark (Light Em Up) (2 Chainz) i The Mighty Fall (Big Sean). Znacznie bardziej podoba mi się ten pierwszy, może dlatego, że z racji singlowego statusu miałem więcej okazji go słyszeć.

Można powiedzieć, że Save Rock and Roll to krótka wycieczka po historii muzyki popularnej, ponieważ Just One Yesterday (gdzie za damski wokal odpowiada Angielka Louisa Rose Allen znana jako Foxes) trochę kojarzy się z country, a kończący płytę tytułowy utwór to poruszająca ballada, w której słychać jeszcze jednego gościa - samego Eltona Johna. Przebojowością wyróżniają się drugi singiel The Phoenix, Alone Together i Miss Missing You. Sympatycznie brzmi Young Volcanoes, choć przeszkadza mi podobieństwo melodii do Stay the Night Jamesa Blunta (czy on z kolei nie ściągnął jej z Torn Natalie Imbruglia?) Całość oceniam pozytywnie, aczkolwiek trudno powiedzieć, czy ta ekipa będzie w stanie nagrać jeszcze coś interesującego w tym stylu. Co zakrawa na ironię, skoro widocznie uznali, że wyczerpała się ich poprzednia formuła...





Jak widać, Fall Out Boy poszli na ilość teledysków, podobnie jak Marina & The Diamonds - bohaterka innej frustrującej historii o wpływie gwiazdorskich pokus na jakość tworzonej muzyki...

Nawet gdyby australijski duet Empire of the Sun nagrał tylko jeden singiel, miałby stałe miejsce w mojej pamięci. Walking on a Dream to bowiem piosenka, która (znowu) dzięki intensywnej promocji w Radiu Euro wyjątkowo mocno kojarzy mi się z moim zakochaniem w 2009 r. (co zabawne, ta osoba chyba do dziś o tym nie wie ;), dlatego już chyba zawsze będzie dla mnie wygrywać z bardziej znanym We Are the People. Debiut projektu Nicka Littlemore'a z Pnau i Luke'a Steele'a z The Sleepy Jackson to płyta, którą doceniłem z upływem czasu. Jest bardzo różnorodna - można na niej znaleźć typowe słoneczne australijskie electro, kilka ballad (The World, Without You), bonusowe Romance to Me to praktycznie Daft Punk (wokoder!), a Swordfish Hotkiss Night jest tak szalone, że po prostu trzeba posłuchać go samemu (inny bonus, Breakdown, też buzuje nieokiełznaną energią, ale tak dobrze im nie wyszedł).





Walking on a Dream na tyle zwiększyło rozpoznawalność muzyków, że w gruncie rzeczy po zakończeniu promocji mogliby już nie zakładać inspirowanych fantasy strojów. Steele zaśpiewał nawet z Usherem, Littlemore nagrał kolejną udaną płytę z Pnau, a także z jak widać garnącym się do młodych artystów Eltonem Johnem (dygresja - Nick tworzył również w latach 2004-2007 duet Teenager z samą Ladyhawke). Jednak powstał kolejny krążek pt. Ice on the Dune. I bardzo dobrze się stało. Jest to bowiem zestaw zdecydowanie mniej zróżnicowanych kompozycji, jednak bardzo wysokiej jakości. Po bajkowo-filmowym intro Lux przez czas trwania kolejnych czterech kompozycji po prostu nie da się usiedzieć! Potem następuje osiem minut wytchnienia i dyskoteka wraca :) Kilka utworów z drugiej połowy płyty nieco przypomina debiut (Old Flavours - Country, ponieważ też jest prawie instrumentalny, Surround Sound - Delta Bay, a szczególnie Keep a Watch - Without You), jednak generalnie mamy do czynienia z być może opus magnum tanecznego electro z Antypodów.





Na kolejny post raczej nie będziecie musieli tak długo czekać, bo pomysłów mam co niemiara :) Dziękuję za komentarze chwalące moje poczucie humoru - coś w stylu Rapgeniusza też niedługo powinno się pojawić.

Wednesday, July 17, 2013

Rapgeniusz, czyli Team Devoted za zamkniętymi drzwiami


(zdjęcie z instagramu Jessie)

Mamy wakacje, więc tym razem coś na totalnym luzie, chociaż w tym wypadku "luz" to bardzo względne pojęcie. Miłość to piękne uczucie, ale wysysa mnóstwo energii. Tak - starałem się zachować obiektywizm w moich poprzednich wpisach o Jessie Ware, skupiać się na muzyce, ale nie będę dłużej ukrywał. Kocham Jessie. To czysto platoniczna miłość, ale kiedy tylko odpalam stream z jej koncertu, słyszę pierwsze takty Devotion, a tym bardziej kiedy zaczyna docierać do mnie jej głos, czuję niezwykłą błogość i wydaje mi się, że ta czarująca kobieta z dalekiej (może już niedługo nie tak dalekiej...) Anglii jest mi bardzo bliska. Jest dla mnie jak Wielki Gatsby - gdy kończy się jej koncert, od razu mam ochotę iść na kolejny. Krótko mówiąc: AJ EM FANBOJ!! Poza wszystkim: jak można nie kochać coraz popularniejszej klasowej artystki, która nie jest "ponad" odpisaniem Ci na Twitterze albo powiedzeniem kilku miłych słów na Twój temat w czasie koncertu. O tym, że będę jej dozgonnie wdzięczny za pozytywny wpływ na mój gust muzyczny, już pisałem. O tym, że dzięki niej poznałem wielu wartościowych ludzi, chyba też.

Ale że pisania pozytywnie o innych nigdy za wiele, a niedawno Maciek zaraził mnie twórczością amerykańskiej trupy rapersko-komicznej The Lonely Island, mam dla Was dzisiaj niespodziankę - dwa odsłaniające rąbek fanklubowej "kuchni" piosenkoskecze będące parafrazami hitów "wyspiarzy z albumu Turtleneck & Chain z 2011 r. Oczywiście jak zwykle w takich wypadkach podobieństwo osób przedstawionych do rzeczywistych jest tak przypadkowe, że aż zamierzone, licencia poetica tudzież braggadoccio i ogólnie, co złego, to nie my ;)

Wielki Gatsby (na motywach The Lonely Island feat. Michael Bolton - Jack Sparrow)

(na niebiesko - kwestie Team Devoted, czyli Maćka i Wojtka, bo żadnej dziewczyny bym nie pchał w takie świństwa :P, na czerwono - kwestie niby moje)

Team Devoted - Kordian przyszedł.
- Niech wejdzie.
- Cześć chłopaki, sorry, że tak późno, ale właśnie wróciłem z Karoliną z kina. Oglądaliśmy "Wielkiego Gatsby'ego". Widzieliście już ten film?
- Stary, Ty się pytasz? Ten film to MOJE ŻYCIE.
- Tak, jest bardzo inspirujący. Wracając z kina przyszedł mi do głowy supermotyw do naszego fanklubowego hymnu. Gacie wam opadną, jak go usłyszycie.
- Dajesz.
- To do dzieła.
(jazda!)

Hmmmm! Team Devoted, Kordian Kuczma...
Yeaahhh!

Ten klub jest nasz

Znaczek "Team Devoted" i już klub jest nasz,
Palladium czy Studio - mówisz i masz.
Barmanka ze szkłem lubieżnie się wije,
Ja jestem za młody, a Mavoy nie pije.
Pochwalisz Jessie, na gębie mam banan,
Powiesz źle o Jeśce, na fejsie masz bana.
Szatniarka wymownie tu zerka,
Grzywka, biały bezrękawnik - pewnie hipsterka.
Się wie, koncert Jessie nie jest zwykłą wiksą, pokażemy siksom, jak bawi się Brixton!

To jest historia o samotniku z Long Island,
Co kochał piękną Daisy, Jay Gatsby się zwał.
Co?
Na końcu doku widział zielone światło,
Aż w końcu George Wilson spluwą zgasił je.

Eee... Impra na maksa, jak w Beverly Hills,
Zaraz zza rogu wyskoczy Jess Mills.
WIELKI GATSBY 
Że weszłem z kamerą, przypieprza się frajer, 
On chyba nie wie, kim jest Clare Maguire.
NICK CARRAWAY
Pytam się gościa, czy chce dostać w skórę?
Są tu nieletni, więc włączam cenzurę.
Nawet nie drasnąłem, a koleś już beczy,
Dobra, koniec pierdów, wracamy do rzeczy!

Co tydzień w sobotę bal u Gatsby'ego
Nieee
Charleston i bimber, zepsucie i blichtr.
W dolinie popiołów (no baaa)
Zakurzony warsztat
(o Boże)
Reflektor, krzyk kobiety i krwi świeży ślad
(tak, widziałem ten film)

Team Devoted serce złote dla swych członków ma
JAY I NICK
Co?
DAISY, TOM
Nie
W Team Devoted jest zabawa zawsze na sto dwa
MYRTLE, GEORGE
Niet!
ŻÓŁTY WÓZ
Źle!
Kordian, to co robisz, to jak z Barei żart!
O Barei mówisz mi, wiesz, to dobra myśl!

Katarzyna Piórecka taksówkę chciała mieć
(Nic lepiej)
Miała w życiu farta, nikt nie pytał jej o płeć
(Bo się przebrała)
Skrytym parówkożercom głośno mówimy nie
(Dżizas!)
A Stanisław Anioł to filozof był, nie cieć.
(niech ci będzie)
"W innych fanklubach wszyscy są gotowi na najgorsze, u nas – na najlepsze"

Nad wszystkim czuwa gospodarz domu,
Nie da on krzywdy zrobić nikomu
(me gusta)
Nie ma róży bez ognia, To nie ludzie to wilki
U nas alternatyw zawsze najwięcej masz!

No rzeczywiście, gacie opadają.
To chyba hymn na miarę naszych możliwości.
Łubudubu, łubudubu, niech nam żyje prezes fanklubu!
Tja, tja...



Polscy dżentelmeni, czyli Wielka Improwizacja Team Devoted (na motywach The Lonely Island feat. Justin Timberlake - Motherlover)


- Hej Mavoy, jak się masz?
- Dzisiaj koncert Jeśki jest.
- No chyba w to ci graj,
Przejdziesz znów bojowy chrzest.
- Ona ma świetny styl,
Trochę disco, trochę smętów.
- To czemu łamiesz się?
- Zapomniałem wziąć prezentów.
Ciarki od stóp do głów.
- Twarz masz bladą jak pergamin.
- Wojtek w LoLa rypie znów,
Karolina ma egzamin.
- Rzeźnia jak w Grze o Tron,
- To już nigdy się nie zmieni.
- Pora szable chwycić w dłoń.
Wiwat polscy dżentelmeni!

Słuchaj z nami Rhye,
Załóż suit & tie,
Choć wrzesień to nie maj,
Na Jessie jest zawsze czas!
Dziękuję Ci, meni,
Junior siedzi w kieszeni.
Neon sceny się mieni,
Cztery minuty, by zbawić świat

- Jak poradzić sobie bez
Oli, Sary i Martyny?
- Nawet ochroniarze śpią,
To są chyba jakieś kpiny.
- Kupimy jej bukiet róż,
One zawsze mają wzięcie.
- Collage będzie, dzwonię już,
Karolina zrobi w paincie.
- Ona daleko jest.
- Znasz ten śląski zwyczaj nowy?
Gołębie są już passe,
Przyleci orzoł pocztowy.
- Ty to jednak masz łeb,
Znowu wszystko idzie gładko.
- Tam na rogu widzę sklep,
Kup lubelskie czekoladki.

- Może jestem wariatem - chciałbym być Twoim bratem.
- Los Ci figiel spłatał, masz innego tatę.
I tak wciąż ze mną gadasz, więc to niewielka strata.
Czas leci, jak strzelił z bata, To już prawie dwa lata!

To także dzięki nam, każdy powie to
Polska jest dla Jessie niczym drugi dom.
Mieliśmy superpomysł w tamten lipcowy dzień.
Fanie, nie bądź młotek, czekamy w Team Devoted.

- Późno się robi...
- Soooorry booysss...
- Hiiiii, Jeeeessssiiieeeee!!!!!



Chłopaki mają już nową płytę, więc pewnie we wrześniu po Selectorze pojawi się kontynuacja. Heh, jak czasem ludzie szybko się zmieniają.

2011: I'd rather be a comma, then a full stop!
2013: A comma and a fucking dot: semicolon! :D

Jeżeli podobały się Wam moje rymowanki, niedługa czeka Was jeszcze większa niespodzianka...


Monday, July 15, 2013

Monografia: Megasuperhiperultraekstra wypaśny wpis o PET SHOP BOYS!!!!


(Dlaczego taki buńczuczny tytuł? Ponieważ takiego właśnie postu domagał się ode mnie kolega Paweł "Saferłel" - obok Mariusza "meniego" największy znany mi fan PSB. Im właśnie dedykuję ten post.)

W gruncie rzeczy ten post mógłby na tym blogu ukazać się jako pierwszy (pomijając powitanie), ponieważ Pet Shop Boys to najbliższy mi wykonawca muzyki popularnej. Zabrakło jednak stosownej okazji, poza tym nie jest wcale łatwo odpowiedzieć na pytanie, dlaczego akurat oni, a nie The Beatles, Madonna, Michael Jackson czy Metallica. Mam świadomość, że ten duet budzi różne emocje - niektórzy melomani czekają z utęsknieniem na każde ich nowe dzieło, inni starają się nie mieć z nimi nic wspólnego, są tacy, którzy niestety postrzegają ich wyłącznie przez pryzmat orientacji seksualnej wokalisty (prawdopodobnie również klawiszowca), zaś dla statystycznego Polaka to głównie wykonawcy dwóch coverów.



Na pewno jakiś wpływ na moją wyjątkową sympatię dla tej grupy ma fakt, że był to jeden z pierwszych zespołów, których nazwę i muzykę poznałem (skądinąd mam wrażenie, że ze względu na głoskę "sz" i tę samą liczbę sylab w nazwie mój tata nie odróżniał ich od Depeche Mode). Pamiętam wizytę u żony mojego chrzestnego (nie ma się czym chwalić, ale chrzestnego po chrzcie nigdy nie zobaczyłem...), w trakcie której poraził mnie klip do Go West - i wizualnie, i dlatego, że mniej więcej rozumiałem jego przesłanie. Jak być może już kiedyś pisałem, zacząłem mocniej interesować się popem w wieku 16 lat, dlatego Anglicy wrócili na mój "radar" wraz z premierą Nightlife. A fanem radia stałem się akurat, kiedy wyszło (nomen-omen) Release. Tak, że "chłopcy" gdzieś tam zawsze byli. Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy dokładnie stali się dla mnie numerem jeden, ale na pewno byli już dla mnie nim w 2006 r., kiedy rozmawiałem na ich temat z moim kolegą - miłośnikiem college rocka Julianem, który nie podzielał mojego entuzjazmu. Od tego czasu nic się nie zmieniło - tym bardziej, że z każdym rokiem zespoły o porównywalnym stażu scenicznym i "młodzi zdolni" stawali się dla mnie coraz bardziej osobnymi kategoriami.


Zjawisko, jakim są Pet Shop Boys trafnie opisał Jason Ankeny z cenionego portalu Allmusic.com. Cytuję: "Postmodernistyczni ironiści ukryci za woalem radośnie melodyjnej i wytwornie romantycznej synth-popowej konfekcji, Pet Shop Boys dzięki swojej niesfornej, mądrej i do szpiku kości tanecznej muzyce stali się jedną z najlepiej sprzedających i najbardziej cenionych przez krytyków grup muzycznych swojej epoki. Zawsze wyprzedzając o krok swoich współczesnych, brytyjski duet z rzadkim wdziękiem i inteligencją poruszał się po wciąż zmieniającym się krajobrazie współczesnego dance-popu, z łatwością balansując między disco, housem i techno - bez szkody dla swojego wyrazistego wizerunku. Zjadliwi i obrazoburczy, a jednocześnie niespodziewanie poruszający - wykroczyli poza stereotypową "użytkowość" swojego rzemiosła, dostarczając prześmiewczego, przemyślanego kulturowego komentarza przekazywanego przy pomocy modnych syntezatorowych pasaży i rytmów automatów perkusyjnych."

Można prościej? Oczywiście, że można. Piosenki Pet Shop Boys to w dużej mierze kronika obsesji ostatnich dekad na punkcie prowadzącej do dehumanizacji konsumpcji (dobitne przykłady to wyśmienite Minimal i poruszające Integral). Neil Tennant i Chris Lowe włożyli mnóstwo energii w demaskowanie pychy i oderwania od rzeczywistości swoich kolegów po fachu (How Can You Expect to Be Taken Seriously?, Flamboyant z linijką "nawet przejście przez ulicę to prawie akt bohaterstwa", ostatnio Ego Music). Jednocześnie jednak nie można ich nazwać cynikami, ponieważ zawsze widzieli światełko w tunelu - miłość (jakkolwiek często opisywali ją jako źródło zazdrości i innych rozczarowań) i euforię wywoływaną przez muzykę, o czym mówi choćby ostatni singiel PSB - Vocal. I to właśnie czyni ich dokonania uniwersalnymi. Bo czyż każdy z nas nie czeka na jakiś szczególny dzień?

Te dwa nurty piosenkarstwa łączą się m.in. w promującym album Yes Love etc. z ironicznym kupletem "Nie musisz być piękny, ale to pomaga (w innym refrenie - ale byłoby miło)" oraz chyba w najsłynniejszym B-sidzie zespołu znanego z udanych stron B singli, czyli Paninaro z 1986 r. (zadziwiające, jak chłopakom służą bisajdy o subkulturach ze świata kultury romańskiej - In the Night o francuskich zazous tak jak Paninaro doczekało się dwóch wersji i zostało wysamplowane przez The Bloodhound Gang w słynnym The Bad Touch). Tekst utworu początkowo znanego jedynie nabywcom małej płytki z Suburbia składa się jak gdyby z dwóch litanii: elementów stylu życia ówczesnych yuppies oraz atrybutów obiektu uczuć podmiotu lirycznego. Pomiędzy nimi został umieszczony fragment wywiadu dla Entertainment Weekly zawierający linijkę, którą już wiele razy miałem okazję cytować: Jest sporo rzeczy, których nie lubię, co? Ale to co lubię, kocham do szaleństwa.

Przygotowując ten post, raz po razie przekonywałem się, że nawet będąc heteroseksualnym Polakiem urodzonym w roku płytowego debiutu duetu, praktycznie na każdym kroku doświadczam "życiowości" ich tekstów. Nie będę się rozwodził, dlaczego tak uważam w kontekście Domino Dancing, What Have I Done to Deserve This?, I'm with Stupid czy Rent (uspokajam, że ta ostatnia sytuacja trwała w sumie kilkadziesiąt minut). Pozwólcie, że skupię się na pięciu utworach.

Opportunities (Let's Make Lots of Money) (Please, 1986)

To miał być pierwszy przebój Pet Shop Boys, jednak zdobył popularność dopiero jako reedycja po wydaniu West End Girls. Nie jestem matematykiem, ale prowadziłem podobne rozmowy z różnymi ludźmi, odkąd zacząłem życie zawodowe (karierą wolałbym go na razie nie nazywać). Zazwyczaj rezultat był tragikomiczny. Utwór doczekał się dwóch teledysków, z których jeden, względnie mniej znany, wyreżyserował polski zdobywca Oscara Zbigniew Rybczyński.


Suburbia (Please, 1986)

"Running with the dogs of suburbia" zawsze będzie mi się kojarzyć z biegiem ulicznym, który odbywa się każdej jesieni w moim mieście powiatowym :) Znam to miasto na tyle, że nie mogę się nadziwić, jakim cudem jego trasa biegnie uliczką na, hmm, przedmieściach, po której każdego dnia pałęta się chmara bezpańskich psów ;) Pikanterii sytuacji dodaje fakt, że prezesem organizacji patronującej biegowi jest były burmistrz, z zawodu...weterynarz, a jej sekretarzem jest...tak, zgadliście - sprzedawca w sklepie zoologicznym :)



It's A Sin (Actually, 1987)

Singlowy numer 1 w Wielkiej Brytanii (jeden z 4 - pozostałe to West End Girls, Always On My Mind i Heart) i numer 9 w USA (również jeden z 4 utworów w Top 10 Billboardu, obok West End Girls, What Have I Done to Deserve This? i Always On My Mind, w Top 20 znalazło się jeszcze Domino Dancing). Neil w tekście odwołuje się do swoich młodzieńczych przeżyć w katolickiej szkole w Newcastle. Sam jestem katolikiem i nie zamierzam zmieniać tego stanu rzeczy, ale nawet będąc "produktem" świeckiej edukacji mam wrażenie, że wyrosłem na kogoś zupełnie innego niż życzyli sobie tego rodzice (oni to akurat zaakceptowali), nauczyciele, wykładowcy (i ci liberalni, i ci konserwatywni), spora część znajomych. Dowodem na to jest choćby prowadzenie tego bloga i taka, a nie inna jego treść.



(NB. Obydwie piosenki przetłumaczyłem na polski "do rymu i do rytmu". Do tej pory te wersje można było przeczytać jedynie w niepublicznej części forum.80s.pl oraz na zlikwidowanym wiele lat temu blogu Gogle i gladiole. W najbliższych tygodniach zamierzam je zaprezentować również tutaj).

Left To My Own Devices (Introspective, 1988)

Akurat ten tekst jest na tyle niejednoznaczny i pełen metafor, że nigdy nie będę w stanie odnieść go do siebie (kojarzy mi się z subkulturą hipsterów), jednak wszystkie zwrotki poza dwoma ostatnimi mocno przypominają moje dotychczasowe życie (szczególnie wstawanie o 10.30, nakłanianie do zdania prawa jazdy, stchórzenie przed egzaminem na studia aktorskie i ogólnie dylematy, czy poświęcić się karierze zawodowej czy artystycznej). Ostatnie dwie zaś mogą ziścić się już w listopadzie, kiedy prawdopodobnie znajdę się za Kanałem La Manche...




Being Boring (Behaviour, 1990)

Tego utworu nie jestem w stanie słuchać bez wzruszenia. To trochę lustrzane odbicie True Faith New Order, gdzie w życiu podmiotu lirycznego też wiele się zmieniało i wspominał on dzieciństwo, jednak reagował na swoje perypetie wściekłością. Wynajęte pokoje i zagraniczne miejsca już wołają... Niektórzy zostaną, niektórzy rozpłyną się we mgle wspomnień... A refren chciałbym zaśpiewać po zbliżającym się koncercie Jessie Ware na Selector Festival, bo pasuje mi do naszej paczki z Team Devoted (więcej o tym niedługo na blogu). Dodam jeszcze, że teledysk do utworu był kręcony przez Bruce'a Webera na nowojorskiej Long Island, co wynikało z ogólnej inspiracji kawałka - sformułowania użytego przez Zeldę Fitzgerald w pewnym artykule. A Zelda Fitzgerald to żona autora bardzo mi bliskiej powieści Wielki Gatsby...



Gdybym miał poradzić, od której płyty warto zacząć poznawanie dyskografii Pet Shop Boys, wahałbym się między dwoma pozycjami. Very z 1993 r. to chyba najradośniejsze dzieło, co by nie mówić, mistrzów muzyki na imprezy. PSB pozostają wierni tradycji nadawaniu swoim płytom długogrającym jednowyrazowych tytułów, którymi zostają słowa, których często używają podczas pracy w studiu. W tym wypadku jednak istnieje wersja, że tak odpowiedzieć miał Neil na pytanie: "Are you bisexual?" :) Z kolei Introspective to arcydzieło wczesnego house'u. Za każdą z tych piosenek stoi jakaś historia, a nawet legenda. I'm Not Scared rozsławił zespół Eighth Wonder, na którego czele stała późniejsza żona Jima Kerra z Simple Minds i Liama Gallaghera z Oasis Patsy Kensit. Z kolei It's Alright to rozbudowany cover liczącego sobie wtedy tylko rok utworu projektu Sterling Void z Chicago (śpiewa Paris Brightledge). Tekst do niego (tak, do niego też!) tak mocno do mnie przemawia (przeczytajcie sami), że bardzo chciałbym być pochowany z zawierającą ten kawałek płytą winylową (nie ważne, czy z oryginałem, czy z przeróbką).



Patsy Kensit to nie jedyna artystka, którą Pet Shop Boys wsparli jako autorzy piosenek. Powrót na popowy firmanent zawdzięczają jej nieodżałowana Dusty Springfield (zamieszczony poniżej utwór ze ścieżki dźwiękowej filmu Scandal i album Reputation z 1990 r.) oraz Liza Minnelli (płyta Results z 1989 r.) Znany Wam na pewno z polskiego eteru przebój In Private doczekał się w 2006 r. wersji jako duetu Pet Shop Boys z sir Eltonem Johnem (jakżeby inaczej, B-side :) singla Minimal) Dość długą tradycję ma współpraca duetu z Robbiem Williamsem. Nie jestem fanem She's Madonna, za to za świetne uważam chórki Neila w starszym No Regrets (1998). Wreszcie jeden z najlepszych singli zawdzięczają im Girls Aloud.











Na koniec tej małej podróży w czasie proponuję jeszcze kilka moich ulubionych album tracków



Tonight Is Forever (Please)



Nie wiem czy nie najlepszy ich utwór w ogóle: cudownie niepokojący King's Cross (Actually)



A Different Point of View (Very)



The Survivors (Billingual)



In Denial (Nightlife; duet z Kylie Minogue)

Oczywiście cała ta pisanina jest związana z niedawnymi 59. urodzinami Neila Tennanta oraz dzisiejszą premierą dwunastego studyjnego albumu grupy - Electric. Krytycy zdążyli go już okrzyknąć najlepszym od czasów Very. Po pierwszym przesłuchaniu na Spotify mogę powiedzieć, że mają rację. Tak więc, jeżeli czujecie niedosyt petszopfanbojstwa z mojej strony (np. nie wspomniałem o motywie zazdrości w ich tekstach ani o tym jak świetnym - tak, tak! - B-sidem jest A Certain 'Je ne sais quoi'), możecie spać spokojnie ;)



Saturday, June 15, 2013

Recenzja 2 w 1: Soundtracki 2013, czyli starcia tytanów


Wpis dedykowany Kaorlinie (pisownia celowa - underneath her skin there's an eagle;)

Wśród fanów muzyki pop toczy się od lat zażarta dyskusja, jaki format nagrania jest najdoskonalszą wypowiedzią artystyczną: singiel czy płyta długogrająca? Nie podejmuję się odpowiedzi na to pytanie (acz skłaniałbym się ku drugiej z opcji), myślę za to, że wielu melomanów zgodziłoby się ze mną, że najwięcej o dominujących prądach i showbiznesowym who is who w danym okresie mówią albumy zawierające utwory różnych wykonawców. Taką kapsułką dla ery disco była ścieżka dźwiękowa Gorączki sobotniej nocy, dla brytyjskiej alternatywy lat 90. - charytatywna składanka The Help Album. Pisałem już kiedyś, że moim zdaniem doskonały wgląd w psychikę młodych Wyspiarzy daje No More Heroes Chase and Status, aczkolwiek z estetycznego punktu widzenia nie mogę się pogodzić z tak małą liczbą wykorzystanych na tej płycie kobiecych głosów. Delilah i Clare Maguire zabrzmiały bowiem wspaniale w swoich featuringach.

W tym roku śmietankę brytyjskich wokalistów zebrały na swoich longplayach producencko-djskie teamy Rudimental i Disclosure, jednak wszystko przebił news, który gruchnął na początku kwietnia br. Był dla mnie tak nie do uwierzenia, że byłem w stanie pisać o nim na Twitterze jedynie wersalikami i przy użyciu wykrzykników. Myślałem, że ktoś na pewno w ostatniej chwili się wycofa, jednak tak się nie stało. 

Mowa oczywiście o soundtracku do filmu Baza Luhrmanna Wielki Gatsby. Nazwisko reżysera i tytuł dzieła automatycznie obudziły we mnie dwa skojarzenia. Pierwsze - z pamiętną muzyczną nocą z kumplami w Krakowie, podczas której rozbieraliśmy na czynniki pierwsze znaczenie dla muzyki alternatywnej lat 90. ścieżki dźwiękowej jego wersji Romea i Julii z 1996 r. Tam naprawdę nie było wyłącznie The Cardigans :), ale również m.in. Radiohead i Garbage. Siedemnaście lat minęło, znowu wielka literatura, znowu Leonardo DiCaprio. Niby nic się nie zmieniło, chociaż tak naprawdę zmieniło się bardzo wiele. Druga refleksja - już kiedyś pisałem o Gatsbym. Jak się okazało - był to proroczy tekst. Być może dzięki pomocy mojego przyjaciela jego bohaterka miała już okazja się o nim dowiedzieć...

Najpierw kilka zdań o filmie. Niedawno zmarły sławny krytyk filmowy Roger Ebert twierdził, że osoba wykonująca jego fach pisząc tekst powinna w pierwszej kolejności odpowiedzieć na proste pytanie: czy oglądając film dobrze się bawiła? Amerykańskim dziennikarzom, przynajmniej tym, którzy opublikowali swoje recenzje bezpośrednio po prapremierze nie przypadł do gustu, mi - jak najbardziej. Zaznaczam, że nie piszę tak dlatego, że spędziłem seans w b. miłym towarzystwie koleżanki z fanklubu Jessie Ware Karoliny - jednej z najdowcipniejszych i obdarzonych najlepszym gustem muzycznym (tak, pokolenie Jessie Ware istnieje i ma się dobrze) znanych mi osób (i wie wszystko o berylowcach. Be-ry-low-cach!). Być może mój entuzjazm spotęgowały wspomnienia z czasów, kiedy powieść F.S. Fitzgeralda była moją lekturą licealną w klasie matury międzynarodowej. Do dzisiaj mam egzemplarz polskiego wydania książki z podpisem pewnej blondynki, za którą wówczas szalałem, a ona generalnie za mną nie przepadała... Wtedy miałem okazję obejrzeć wcześniejszą ekranizację, ale oprócz kilku zabawnych scen (służba Jaya demolująca podwórko Nicka, kupno szczeniaka) pamiętam jedynie kolegów użalających się, że partnerką Roberta Redforda była Mia Farrow, nie zaś grająca Jordan Lois Lane. Produkcja z 1974 r. została nisko oceniona przez Eberta, podobnie jak przenoszący Fitzgeralda w świat hip-hopu (tak, był precedens!) film G z 2005 r. Jak potraktowałby dzieło Luhrmanna, możemy tylko zgadywać.



O ile pamiętam, obraz filmu na podstawie recenzji to "bezsensowne orgie", "hałas", "bijące po oczach kolory", źle dobrana muzyka i kiepska gra aktorów. Niektórzy litościwie dodawali, że w ostatnich scenach mamy do czynienia z solidnym kinem psychologicznym. Kompletnie nie rozumiem tych uwag. Oczywiście można mieć lekkie pretensje o dosłowność niektórych nie pochodzących od pisarza dialogów, jednak trudno było się spodziewać, że tak kosztowna produkcja nie zostanie w jakiś sposób uprzystępniona młodzieżowej widowni. Wizualnie film mnie urzekł, nie odczuwałem też braku jazzu ani nadmiaru "brzmień ulicy" w warstwie dźwiękowej. Pomysł z Nickiem Carrawayem jako autorem opowieści wydawał mi się ryzykowny, jednak obronił się dzięki dobrej robocie scenografów i montażystów. Nie sądzę, aby pewna groteskowość szczególnie mimiki Joela Edgertona jako Toma Buchanana i potraktowanie przez scenariusz ze względną sympatią postaci Daisy osłabiło wymowę całości. Na pewno nie podpisałbym się pod powtarzanymi za oceanem z uporem maniaka opiniami, że najlepiej z aktorów wypadli Elizabeth Debicki (Jordan) i Amitabh Bachchan (Wolfsheim), choć skądinąd uważam ujęcie młodej Jordan i Daisy w jednym z flashbacków za najpiękniejsze w filmie. 

Ogólnie rzecz biorąc, jeszcze w trakcie seansu miałem ochotę zostać w multipleksie i obejrzeć go ponownie. Zainspirował mnie też do częstszego odwiedzania kin, do czego zresztą (przynajmniej w teorii) zobowiązuje mnie zdobyta jeszcze w liceum pierwsza nagroda w ogólnopolskim konkursie na recenzję filmu współczesego (wtedy był to Pianista). Dlatego po wakacjach możecie się tutaj spodziewać kolejnych tekstów o X Muzie :) Jestem także spokojny o podejście Luhrmanna do ekranizacji Mistrza i Małgorzaty, o ile uda mu się zrealizować ten pomysł.

Recenzje soundtracku do filmu były tak samo wydumane, jak dzieła, które dostarczyło pretekstu do jego nagrania. Większość można by streścić w jednym zdaniu: "Gatsby miał na imię Jay, tak jak Jay-Z. Jaya-Z to bawi, mnie nie". Oczywiście, można dostrzegać w tym projekcie kolejną próbę przekonania świata, że nie ma takiej drugiej pary, jak państwo Carter. Można uznawać, że nie warto porywać się na cover Back to Black Amy Winehouse. Można zastanawiać się, jak czuła się Emeli Sandé zamiast autorskiej kompozycji wykonując przeróbkę Crazy in Love (w filmie zabrzmiała bardzo dobrze). Jednak pozostaje Ebertowskie pytanie: Did you enjoy that? Po seansie odpowiedzieliśmy na nie z Karoliną twierdząco. Mieliśmy zresztą bardzo podobne spostrzeżenia, szczególnie co do Over the Love Florence + The Machine (słusznie wyciszone w porównaniu z wykonaniem studyjnym) i Young and Beautiful Lany Del Rey (świetny pomysł z wersją orkiestrową). W ogóle pierwszy singiel z soundtracka to piosenka rzadkiej, klasycznej urody i melodramatycznej siły, której potrzebowała ta ścieżka dźwiękowa.



To samo można powiedzieć o wyeksponowanym w końcówce Together The xx. Chętnie posłuchałbym dłuższego fragmentu znanego z trailera Love Is Blindness w wykonaniu Jacka White'a (oryginał to oczywiście U2). Oprócz Lany to chyba te dwa utwory przewijały się najczęściej w moich dyskusjach o filmie z Maćkiem. Inne podejście do Back to Black mimo dziwnej maniery Andre 3000 wydało mi się intrygujące (może mam słabość do takich "tykających" podkładów w stylu starego house'u?). Cieszę się, że za pośrednictwem Luhrmanna miałem okazję wreszcie przekonać się do wysublimowanego Hearts a Mess Gotye oraz poznać inną twarz brostepowych gwiazd z Nero, którzy w Into the Past otarli się wręcz o chillwave. Chyba jednak najbardziej przypadły mi do gustu utwory najbliższe tradycji amerykańskiej wokalistyki: Where the Wind Blows Coco O. z duńskiej grupy Quadron i Kill and Run Sii (niestety - tylko bonus).




Bez względu na to, co sądzi się o samych utworach, trzeba przyznać, że twórcom filmu udało się skrzyknąć na jego potrzeby samą śmietankę współczesnego popu (o will.i.amie i Fergie z GoonRockiem zmilczę - dobrze, że nie drażnią z ekranu, na płycie lepiej przewinąć). Jeżeli komuś nie odpowiada jednak nawet taka twarz mainstreamu, zawsze może wypróbować soundtrack do innego wiosennego blockbustera, a mówiąc precyzyjniej - CD Heroes Fall, czyli zestaw piosenek inspirowanych obrazem Iron Man 3. Wykonujące je artyści to oczywiście mocno wygładzony odłam "alternatywy". Imagine Dragons, Neon Trees, Walk the Moon czy Passion Pit, o których w końcu muszę napisać osobny tekst, to już regularni bywalcy tamtejszych playlist radiowych. Gotye tej składanki jest dla mnie Awolnation - ten projekt wydawał mi się długo zbyt ekscentryczny, jednak utwór Some Kind of Joke przekonał mnie do sięgnięcia po Megalithic Symphony. Jako fana australopodobnej elektroniki ucieszyła mnie obecność coraz popularniejszego duetu Capital Cities. Jednak podobnie jak w przypadku chyba właśnie powracających Chase and Status muszę zapytać: dlaczego tak mało kobiet? Gdyby wszystkie zabrzmiały na poziomie początkującej Norweżki Mr. Little Jeans być może mielibyśmy do czynienia z płytą ponadprzeciętną, nie tylko z sympatyczną porcją konfekcji dla fanbojów. Sytuacji nie ratują przekrzykiwane przez Robbiego Williamsa enigmatyczne The Wondergirls w coverze funkującego hitu Sly Fox z lat 80. Let's Go All the Way.





Następnym razem napiszę o kilku zespołach, które miło kojarzę z czasów pisania magisterki, a niedawno wróciły z nowym materiałem :)

Sunday, June 2, 2013

Suplement do felietonu: emo bez emo?

Nie wspominałem chyba tu jeszcze o tym, ale prawdopodobnie mieliście już ukazję przeczytać mój tekst pt. Jeszcze nowsza fala (podtytuł nie pochodzi ode mnie i z każdym tygodniem identyfikuję się z nim coraz mniej), który ukazał się na portalu plwolnosci.pl. Pierwotny plan jego wykorzystania był nieco inny (myślałem o mediach papierowych), ale z perspektywy czasu niebywale się cieszę, że "ozdobił" ze swej natury poświęconym rozważaniom o innym charakterze dział analiz. W dużej mierze stanowi on przystosowane do potrzeb nie pasjonującego się muzyką pop czytelnika  rozwinięcie znanego już Wam felietonu This is Jessie Ware world we live in. W blogowym wpisie zabrakło jednego z zarysowanych na plwolnosci wątków, który rozbiłby spójność pierwotnej wersji, ale-jak widać-w ciągu dwumiesięcznego względnego internetowego postu temat chodził mi na tyle mocno po głowie, że postanowiłem się podzielić swoimi obserwacjami. Chyba dobrze się stało, że ten moment zbiegł się z premierą debiutanckiej płyty Dawida Podsiadły, który moim zdaniem aczkolwiek gra muzykę, której brzmienie automatycznie kojarzy się z Polską (kwestia akompaniatorów?), zdaje się prezentować filozofię artystyczną zbliżoną do niektórych brytyjskich wykonawców, o których chcę napisać.

Zastanawiałem się mianowicie, do jakich technik uciekają się wyspiarscy artyści obracający się w stosunkowo tradycyjnych gatunkach muzycznych, jak rock i folk, aby przebić się w zalewie popu rodem z X Factora, rodzimych czarnych brzmień i importu "ludożerki" zza Atlantyku. Najczęściej okazuje się, że emisja piosenek w radiu, reklamach, grach komputerowych i serialach TV to za mało, aby zaistnieć choćby w UK Top 100. Mało kto ma też szczęście doczekać się porywającego wykonania swojego utworu w talent show, a najczęściej mogą się z tego cieszyć rockowcy z USA (Kings of Leon, Goo Goo Dolls). Czasami da się skorzystać na milczeniu grupy Coldplay, jedną w taką lukę może z natury rzeczy wcisnąć się tylko jeden zespół. Myślę tu oczywiście o Bastille, co mnie średnio cieszy, ponieważ lubię tylko tytułowy singiel z ich płyty Bad Blood.

Pozostaje więc to, co muzykom pomagało zawsze, czyli uroda i zapadające w pamięć teledyski. Sam mam często wyrzuty sumienia, że dokonania Niny Nesbitt, Gabrielle Aplin czy Amy MacDonald na dzień dzisiejszy nie mieszczą się w moim guście, ale od samych wokalistek wręcz nie mogę oderwać wzroku. (Przy okazji: jeśli uznacie to za stosowne, pomóżcie mojej followerce z Twittera spełnić swoje marzenie. Jak widać, jest obdarzona niepospolitym wdziękiem, no i jest z Australii :D) Jeżeli zaś mowa o klipach, wydaje mi się, że kilka nadziei brytyjskiego indie wybrało podobny sposób rywalizacji z tabunami skąpanych w szampanie modelek w bikini.

Np. teledysk promujący debiutancki singiel laureata przyznanej podczas tegorocznych BRIT Awards nagrody krytyków Toma Petera Odella (ur. 24 XI 1990 w Chichester) Another Love stanowi kronikę znajomości tkwiącego statycznie w fotelu muzyka (zmienia się tylko jego wyraz twarzy i oczywiście ton głosu) z pewną dziewczyną. Zaczyna się niewinnie, ale kończy zdemolowaniem przez nią pokoju (swoją drogą, strasznie nie doceniłem tej kompozycji, kiedy się ukazała...). Godnej pozazdroszczenia roli nie odgrywa też przeurocza (mimo, że generalnie kobiecość kojarzy mi się z przynajmniej nieco pełniejszymi kształtami ;), modelka występująca w wideo do Still londyńskiej grupy Daughter z płyty If You Leave. To, co wykonuje przed kamerą, trudno określić inaczej niż jako bodaj najsmutniejszy striptiz w historii. Panie, które uważają, że na widok takiej ignorancji ze strony chłopaka obudziłyby się w nich inne uczucia, niż rozpacz i rezygnacja, mogą z kolei identyfikować się z klipem Indiany z Nottingham Smoking Gun. Pokazuje on z czym może liczyć się facet przesadzający z pasją do gier telewizyjnych :)







Można powiedzieć, że to przypadek, że kilku obiecujących wykonawców w krótkim odstępie czasu nakręciło teledyski prezentujące skrajne stany emocjonalne. Wydaje mi się jednak, że w przypadku dublińskiego kwartetu Kodaline można już mówić o pewnego rodzaju strategii. Większość firmowanych przez nie obrazków przedstawia podnoszące na duchu historie (High Hopes, Perfect World), jednak chyba największy rozgłos zdobył ten najsmutniejszy - do All I Want. Jego bohaterem jest podkochujący się w blond koleżance z biura mężczyzna o zdeformowanej twarzy. Oglądamy jego cowieczorną samotność po powrocie do domu, drwiny innych pracowników, którzy zazdroszczą mu nagród od szefostwa. W kulminacyjnym momencie bohater zauważa zaczepki pod adresem obiektu swojego uwielbienia. Dochodzi do bójki, z której wychodzi obronną ręką. Dogania koleżankę i dochodzi do tego, o czym marzył przez tak długi czas i czego mu od początku życzyliśmy...







Same opisywanie tego wzrusza. Tym bardziej, że sam identyfikuję się z tą postacią. Nie ze względu na zniekształconą twarz, lecz dlatego, że również pracowałem w biurze z pewną atrakcyjną blondynką (CIAP, CIAP!), przeżywaliśmy razem różne historie, ale niestety zabrakło happy endu jak z tego teledysku... Tak, czy owak warto się zastanowić skąd takie nagromadzenie wyciskaczy łez? Potrzeba wzruszeń niewątpliwie jest obecna w ludziach w każdej epoce historycznej, brytyjska popkultura też dostarcza na nią odpowiedzi nie od dziś (Coldplay na początku kariery ironicznie nazywano "zespołem, który czuje Twój ból"). Wydaje mi się, że jednak przynajmniej częściowo najnowszy brytyjski folk i "akustyczny" rock próbuje wypełnić lukę po spadku popularności bardzo żywotnego na początku tego stulecia amerykańskiego emo popu. Mimo czasami stojącej na granicy dobrego smaku i psychologicznej manipulacji otoczki, osobiście mam spory sentyment do tego stylu, który zrodził sporo chwytliwych melodii, czyli tego, co cenię w muzyce najbardziej :) Część gwiazd nurtu próbuje powrócić, inne są już bardziej "pop" niż "emo", o czym prawdopodobnie również niedługo napiszę...