Monday, July 15, 2013

Monografia: Megasuperhiperultraekstra wypaśny wpis o PET SHOP BOYS!!!!


(Dlaczego taki buńczuczny tytuł? Ponieważ takiego właśnie postu domagał się ode mnie kolega Paweł "Saferłel" - obok Mariusza "meniego" największy znany mi fan PSB. Im właśnie dedykuję ten post.)

W gruncie rzeczy ten post mógłby na tym blogu ukazać się jako pierwszy (pomijając powitanie), ponieważ Pet Shop Boys to najbliższy mi wykonawca muzyki popularnej. Zabrakło jednak stosownej okazji, poza tym nie jest wcale łatwo odpowiedzieć na pytanie, dlaczego akurat oni, a nie The Beatles, Madonna, Michael Jackson czy Metallica. Mam świadomość, że ten duet budzi różne emocje - niektórzy melomani czekają z utęsknieniem na każde ich nowe dzieło, inni starają się nie mieć z nimi nic wspólnego, są tacy, którzy niestety postrzegają ich wyłącznie przez pryzmat orientacji seksualnej wokalisty (prawdopodobnie również klawiszowca), zaś dla statystycznego Polaka to głównie wykonawcy dwóch coverów.



Na pewno jakiś wpływ na moją wyjątkową sympatię dla tej grupy ma fakt, że był to jeden z pierwszych zespołów, których nazwę i muzykę poznałem (skądinąd mam wrażenie, że ze względu na głoskę "sz" i tę samą liczbę sylab w nazwie mój tata nie odróżniał ich od Depeche Mode). Pamiętam wizytę u żony mojego chrzestnego (nie ma się czym chwalić, ale chrzestnego po chrzcie nigdy nie zobaczyłem...), w trakcie której poraził mnie klip do Go West - i wizualnie, i dlatego, że mniej więcej rozumiałem jego przesłanie. Jak być może już kiedyś pisałem, zacząłem mocniej interesować się popem w wieku 16 lat, dlatego Anglicy wrócili na mój "radar" wraz z premierą Nightlife. A fanem radia stałem się akurat, kiedy wyszło (nomen-omen) Release. Tak, że "chłopcy" gdzieś tam zawsze byli. Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy dokładnie stali się dla mnie numerem jeden, ale na pewno byli już dla mnie nim w 2006 r., kiedy rozmawiałem na ich temat z moim kolegą - miłośnikiem college rocka Julianem, który nie podzielał mojego entuzjazmu. Od tego czasu nic się nie zmieniło - tym bardziej, że z każdym rokiem zespoły o porównywalnym stażu scenicznym i "młodzi zdolni" stawali się dla mnie coraz bardziej osobnymi kategoriami.


Zjawisko, jakim są Pet Shop Boys trafnie opisał Jason Ankeny z cenionego portalu Allmusic.com. Cytuję: "Postmodernistyczni ironiści ukryci za woalem radośnie melodyjnej i wytwornie romantycznej synth-popowej konfekcji, Pet Shop Boys dzięki swojej niesfornej, mądrej i do szpiku kości tanecznej muzyce stali się jedną z najlepiej sprzedających i najbardziej cenionych przez krytyków grup muzycznych swojej epoki. Zawsze wyprzedzając o krok swoich współczesnych, brytyjski duet z rzadkim wdziękiem i inteligencją poruszał się po wciąż zmieniającym się krajobrazie współczesnego dance-popu, z łatwością balansując między disco, housem i techno - bez szkody dla swojego wyrazistego wizerunku. Zjadliwi i obrazoburczy, a jednocześnie niespodziewanie poruszający - wykroczyli poza stereotypową "użytkowość" swojego rzemiosła, dostarczając prześmiewczego, przemyślanego kulturowego komentarza przekazywanego przy pomocy modnych syntezatorowych pasaży i rytmów automatów perkusyjnych."

Można prościej? Oczywiście, że można. Piosenki Pet Shop Boys to w dużej mierze kronika obsesji ostatnich dekad na punkcie prowadzącej do dehumanizacji konsumpcji (dobitne przykłady to wyśmienite Minimal i poruszające Integral). Neil Tennant i Chris Lowe włożyli mnóstwo energii w demaskowanie pychy i oderwania od rzeczywistości swoich kolegów po fachu (How Can You Expect to Be Taken Seriously?, Flamboyant z linijką "nawet przejście przez ulicę to prawie akt bohaterstwa", ostatnio Ego Music). Jednocześnie jednak nie można ich nazwać cynikami, ponieważ zawsze widzieli światełko w tunelu - miłość (jakkolwiek często opisywali ją jako źródło zazdrości i innych rozczarowań) i euforię wywoływaną przez muzykę, o czym mówi choćby ostatni singiel PSB - Vocal. I to właśnie czyni ich dokonania uniwersalnymi. Bo czyż każdy z nas nie czeka na jakiś szczególny dzień?

Te dwa nurty piosenkarstwa łączą się m.in. w promującym album Yes Love etc. z ironicznym kupletem "Nie musisz być piękny, ale to pomaga (w innym refrenie - ale byłoby miło)" oraz chyba w najsłynniejszym B-sidzie zespołu znanego z udanych stron B singli, czyli Paninaro z 1986 r. (zadziwiające, jak chłopakom służą bisajdy o subkulturach ze świata kultury romańskiej - In the Night o francuskich zazous tak jak Paninaro doczekało się dwóch wersji i zostało wysamplowane przez The Bloodhound Gang w słynnym The Bad Touch). Tekst utworu początkowo znanego jedynie nabywcom małej płytki z Suburbia składa się jak gdyby z dwóch litanii: elementów stylu życia ówczesnych yuppies oraz atrybutów obiektu uczuć podmiotu lirycznego. Pomiędzy nimi został umieszczony fragment wywiadu dla Entertainment Weekly zawierający linijkę, którą już wiele razy miałem okazję cytować: Jest sporo rzeczy, których nie lubię, co? Ale to co lubię, kocham do szaleństwa.

Przygotowując ten post, raz po razie przekonywałem się, że nawet będąc heteroseksualnym Polakiem urodzonym w roku płytowego debiutu duetu, praktycznie na każdym kroku doświadczam "życiowości" ich tekstów. Nie będę się rozwodził, dlaczego tak uważam w kontekście Domino Dancing, What Have I Done to Deserve This?, I'm with Stupid czy Rent (uspokajam, że ta ostatnia sytuacja trwała w sumie kilkadziesiąt minut). Pozwólcie, że skupię się na pięciu utworach.

Opportunities (Let's Make Lots of Money) (Please, 1986)

To miał być pierwszy przebój Pet Shop Boys, jednak zdobył popularność dopiero jako reedycja po wydaniu West End Girls. Nie jestem matematykiem, ale prowadziłem podobne rozmowy z różnymi ludźmi, odkąd zacząłem życie zawodowe (karierą wolałbym go na razie nie nazywać). Zazwyczaj rezultat był tragikomiczny. Utwór doczekał się dwóch teledysków, z których jeden, względnie mniej znany, wyreżyserował polski zdobywca Oscara Zbigniew Rybczyński.


Suburbia (Please, 1986)

"Running with the dogs of suburbia" zawsze będzie mi się kojarzyć z biegiem ulicznym, który odbywa się każdej jesieni w moim mieście powiatowym :) Znam to miasto na tyle, że nie mogę się nadziwić, jakim cudem jego trasa biegnie uliczką na, hmm, przedmieściach, po której każdego dnia pałęta się chmara bezpańskich psów ;) Pikanterii sytuacji dodaje fakt, że prezesem organizacji patronującej biegowi jest były burmistrz, z zawodu...weterynarz, a jej sekretarzem jest...tak, zgadliście - sprzedawca w sklepie zoologicznym :)



It's A Sin (Actually, 1987)

Singlowy numer 1 w Wielkiej Brytanii (jeden z 4 - pozostałe to West End Girls, Always On My Mind i Heart) i numer 9 w USA (również jeden z 4 utworów w Top 10 Billboardu, obok West End Girls, What Have I Done to Deserve This? i Always On My Mind, w Top 20 znalazło się jeszcze Domino Dancing). Neil w tekście odwołuje się do swoich młodzieńczych przeżyć w katolickiej szkole w Newcastle. Sam jestem katolikiem i nie zamierzam zmieniać tego stanu rzeczy, ale nawet będąc "produktem" świeckiej edukacji mam wrażenie, że wyrosłem na kogoś zupełnie innego niż życzyli sobie tego rodzice (oni to akurat zaakceptowali), nauczyciele, wykładowcy (i ci liberalni, i ci konserwatywni), spora część znajomych. Dowodem na to jest choćby prowadzenie tego bloga i taka, a nie inna jego treść.



(NB. Obydwie piosenki przetłumaczyłem na polski "do rymu i do rytmu". Do tej pory te wersje można było przeczytać jedynie w niepublicznej części forum.80s.pl oraz na zlikwidowanym wiele lat temu blogu Gogle i gladiole. W najbliższych tygodniach zamierzam je zaprezentować również tutaj).

Left To My Own Devices (Introspective, 1988)

Akurat ten tekst jest na tyle niejednoznaczny i pełen metafor, że nigdy nie będę w stanie odnieść go do siebie (kojarzy mi się z subkulturą hipsterów), jednak wszystkie zwrotki poza dwoma ostatnimi mocno przypominają moje dotychczasowe życie (szczególnie wstawanie o 10.30, nakłanianie do zdania prawa jazdy, stchórzenie przed egzaminem na studia aktorskie i ogólnie dylematy, czy poświęcić się karierze zawodowej czy artystycznej). Ostatnie dwie zaś mogą ziścić się już w listopadzie, kiedy prawdopodobnie znajdę się za Kanałem La Manche...




Being Boring (Behaviour, 1990)

Tego utworu nie jestem w stanie słuchać bez wzruszenia. To trochę lustrzane odbicie True Faith New Order, gdzie w życiu podmiotu lirycznego też wiele się zmieniało i wspominał on dzieciństwo, jednak reagował na swoje perypetie wściekłością. Wynajęte pokoje i zagraniczne miejsca już wołają... Niektórzy zostaną, niektórzy rozpłyną się we mgle wspomnień... A refren chciałbym zaśpiewać po zbliżającym się koncercie Jessie Ware na Selector Festival, bo pasuje mi do naszej paczki z Team Devoted (więcej o tym niedługo na blogu). Dodam jeszcze, że teledysk do utworu był kręcony przez Bruce'a Webera na nowojorskiej Long Island, co wynikało z ogólnej inspiracji kawałka - sformułowania użytego przez Zeldę Fitzgerald w pewnym artykule. A Zelda Fitzgerald to żona autora bardzo mi bliskiej powieści Wielki Gatsby...



Gdybym miał poradzić, od której płyty warto zacząć poznawanie dyskografii Pet Shop Boys, wahałbym się między dwoma pozycjami. Very z 1993 r. to chyba najradośniejsze dzieło, co by nie mówić, mistrzów muzyki na imprezy. PSB pozostają wierni tradycji nadawaniu swoim płytom długogrającym jednowyrazowych tytułów, którymi zostają słowa, których często używają podczas pracy w studiu. W tym wypadku jednak istnieje wersja, że tak odpowiedzieć miał Neil na pytanie: "Are you bisexual?" :) Z kolei Introspective to arcydzieło wczesnego house'u. Za każdą z tych piosenek stoi jakaś historia, a nawet legenda. I'm Not Scared rozsławił zespół Eighth Wonder, na którego czele stała późniejsza żona Jima Kerra z Simple Minds i Liama Gallaghera z Oasis Patsy Kensit. Z kolei It's Alright to rozbudowany cover liczącego sobie wtedy tylko rok utworu projektu Sterling Void z Chicago (śpiewa Paris Brightledge). Tekst do niego (tak, do niego też!) tak mocno do mnie przemawia (przeczytajcie sami), że bardzo chciałbym być pochowany z zawierającą ten kawałek płytą winylową (nie ważne, czy z oryginałem, czy z przeróbką).



Patsy Kensit to nie jedyna artystka, którą Pet Shop Boys wsparli jako autorzy piosenek. Powrót na popowy firmanent zawdzięczają jej nieodżałowana Dusty Springfield (zamieszczony poniżej utwór ze ścieżki dźwiękowej filmu Scandal i album Reputation z 1990 r.) oraz Liza Minnelli (płyta Results z 1989 r.) Znany Wam na pewno z polskiego eteru przebój In Private doczekał się w 2006 r. wersji jako duetu Pet Shop Boys z sir Eltonem Johnem (jakżeby inaczej, B-side :) singla Minimal) Dość długą tradycję ma współpraca duetu z Robbiem Williamsem. Nie jestem fanem She's Madonna, za to za świetne uważam chórki Neila w starszym No Regrets (1998). Wreszcie jeden z najlepszych singli zawdzięczają im Girls Aloud.











Na koniec tej małej podróży w czasie proponuję jeszcze kilka moich ulubionych album tracków



Tonight Is Forever (Please)



Nie wiem czy nie najlepszy ich utwór w ogóle: cudownie niepokojący King's Cross (Actually)



A Different Point of View (Very)



The Survivors (Billingual)



In Denial (Nightlife; duet z Kylie Minogue)

Oczywiście cała ta pisanina jest związana z niedawnymi 59. urodzinami Neila Tennanta oraz dzisiejszą premierą dwunastego studyjnego albumu grupy - Electric. Krytycy zdążyli go już okrzyknąć najlepszym od czasów Very. Po pierwszym przesłuchaniu na Spotify mogę powiedzieć, że mają rację. Tak więc, jeżeli czujecie niedosyt petszopfanbojstwa z mojej strony (np. nie wspomniałem o motywie zazdrości w ich tekstach ani o tym jak świetnym - tak, tak! - B-sidem jest A Certain 'Je ne sais quoi'), możecie spać spokojnie ;)



Saturday, June 15, 2013

Recenzja 2 w 1: Soundtracki 2013, czyli starcia tytanów


Wpis dedykowany Kaorlinie (pisownia celowa - underneath her skin there's an eagle;)

Wśród fanów muzyki pop toczy się od lat zażarta dyskusja, jaki format nagrania jest najdoskonalszą wypowiedzią artystyczną: singiel czy płyta długogrająca? Nie podejmuję się odpowiedzi na to pytanie (acz skłaniałbym się ku drugiej z opcji), myślę za to, że wielu melomanów zgodziłoby się ze mną, że najwięcej o dominujących prądach i showbiznesowym who is who w danym okresie mówią albumy zawierające utwory różnych wykonawców. Taką kapsułką dla ery disco była ścieżka dźwiękowa Gorączki sobotniej nocy, dla brytyjskiej alternatywy lat 90. - charytatywna składanka The Help Album. Pisałem już kiedyś, że moim zdaniem doskonały wgląd w psychikę młodych Wyspiarzy daje No More Heroes Chase and Status, aczkolwiek z estetycznego punktu widzenia nie mogę się pogodzić z tak małą liczbą wykorzystanych na tej płycie kobiecych głosów. Delilah i Clare Maguire zabrzmiały bowiem wspaniale w swoich featuringach.

W tym roku śmietankę brytyjskich wokalistów zebrały na swoich longplayach producencko-djskie teamy Rudimental i Disclosure, jednak wszystko przebił news, który gruchnął na początku kwietnia br. Był dla mnie tak nie do uwierzenia, że byłem w stanie pisać o nim na Twitterze jedynie wersalikami i przy użyciu wykrzykników. Myślałem, że ktoś na pewno w ostatniej chwili się wycofa, jednak tak się nie stało. 

Mowa oczywiście o soundtracku do filmu Baza Luhrmanna Wielki Gatsby. Nazwisko reżysera i tytuł dzieła automatycznie obudziły we mnie dwa skojarzenia. Pierwsze - z pamiętną muzyczną nocą z kumplami w Krakowie, podczas której rozbieraliśmy na czynniki pierwsze znaczenie dla muzyki alternatywnej lat 90. ścieżki dźwiękowej jego wersji Romea i Julii z 1996 r. Tam naprawdę nie było wyłącznie The Cardigans :), ale również m.in. Radiohead i Garbage. Siedemnaście lat minęło, znowu wielka literatura, znowu Leonardo DiCaprio. Niby nic się nie zmieniło, chociaż tak naprawdę zmieniło się bardzo wiele. Druga refleksja - już kiedyś pisałem o Gatsbym. Jak się okazało - był to proroczy tekst. Być może dzięki pomocy mojego przyjaciela jego bohaterka miała już okazja się o nim dowiedzieć...

Najpierw kilka zdań o filmie. Niedawno zmarły sławny krytyk filmowy Roger Ebert twierdził, że osoba wykonująca jego fach pisząc tekst powinna w pierwszej kolejności odpowiedzieć na proste pytanie: czy oglądając film dobrze się bawiła? Amerykańskim dziennikarzom, przynajmniej tym, którzy opublikowali swoje recenzje bezpośrednio po prapremierze nie przypadł do gustu, mi - jak najbardziej. Zaznaczam, że nie piszę tak dlatego, że spędziłem seans w b. miłym towarzystwie koleżanki z fanklubu Jessie Ware Karoliny - jednej z najdowcipniejszych i obdarzonych najlepszym gustem muzycznym (tak, pokolenie Jessie Ware istnieje i ma się dobrze) znanych mi osób (i wie wszystko o berylowcach. Be-ry-low-cach!). Być może mój entuzjazm spotęgowały wspomnienia z czasów, kiedy powieść F.S. Fitzgeralda była moją lekturą licealną w klasie matury międzynarodowej. Do dzisiaj mam egzemplarz polskiego wydania książki z podpisem pewnej blondynki, za którą wówczas szalałem, a ona generalnie za mną nie przepadała... Wtedy miałem okazję obejrzeć wcześniejszą ekranizację, ale oprócz kilku zabawnych scen (służba Jaya demolująca podwórko Nicka, kupno szczeniaka) pamiętam jedynie kolegów użalających się, że partnerką Roberta Redforda była Mia Farrow, nie zaś grająca Jordan Lois Lane. Produkcja z 1974 r. została nisko oceniona przez Eberta, podobnie jak przenoszący Fitzgeralda w świat hip-hopu (tak, był precedens!) film G z 2005 r. Jak potraktowałby dzieło Luhrmanna, możemy tylko zgadywać.



O ile pamiętam, obraz filmu na podstawie recenzji to "bezsensowne orgie", "hałas", "bijące po oczach kolory", źle dobrana muzyka i kiepska gra aktorów. Niektórzy litościwie dodawali, że w ostatnich scenach mamy do czynienia z solidnym kinem psychologicznym. Kompletnie nie rozumiem tych uwag. Oczywiście można mieć lekkie pretensje o dosłowność niektórych nie pochodzących od pisarza dialogów, jednak trudno było się spodziewać, że tak kosztowna produkcja nie zostanie w jakiś sposób uprzystępniona młodzieżowej widowni. Wizualnie film mnie urzekł, nie odczuwałem też braku jazzu ani nadmiaru "brzmień ulicy" w warstwie dźwiękowej. Pomysł z Nickiem Carrawayem jako autorem opowieści wydawał mi się ryzykowny, jednak obronił się dzięki dobrej robocie scenografów i montażystów. Nie sądzę, aby pewna groteskowość szczególnie mimiki Joela Edgertona jako Toma Buchanana i potraktowanie przez scenariusz ze względną sympatią postaci Daisy osłabiło wymowę całości. Na pewno nie podpisałbym się pod powtarzanymi za oceanem z uporem maniaka opiniami, że najlepiej z aktorów wypadli Elizabeth Debicki (Jordan) i Amitabh Bachchan (Wolfsheim), choć skądinąd uważam ujęcie młodej Jordan i Daisy w jednym z flashbacków za najpiękniejsze w filmie. 

Ogólnie rzecz biorąc, jeszcze w trakcie seansu miałem ochotę zostać w multipleksie i obejrzeć go ponownie. Zainspirował mnie też do częstszego odwiedzania kin, do czego zresztą (przynajmniej w teorii) zobowiązuje mnie zdobyta jeszcze w liceum pierwsza nagroda w ogólnopolskim konkursie na recenzję filmu współczesego (wtedy był to Pianista). Dlatego po wakacjach możecie się tutaj spodziewać kolejnych tekstów o X Muzie :) Jestem także spokojny o podejście Luhrmanna do ekranizacji Mistrza i Małgorzaty, o ile uda mu się zrealizować ten pomysł.

Recenzje soundtracku do filmu były tak samo wydumane, jak dzieła, które dostarczyło pretekstu do jego nagrania. Większość można by streścić w jednym zdaniu: "Gatsby miał na imię Jay, tak jak Jay-Z. Jaya-Z to bawi, mnie nie". Oczywiście, można dostrzegać w tym projekcie kolejną próbę przekonania świata, że nie ma takiej drugiej pary, jak państwo Carter. Można uznawać, że nie warto porywać się na cover Back to Black Amy Winehouse. Można zastanawiać się, jak czuła się Emeli Sandé zamiast autorskiej kompozycji wykonując przeróbkę Crazy in Love (w filmie zabrzmiała bardzo dobrze). Jednak pozostaje Ebertowskie pytanie: Did you enjoy that? Po seansie odpowiedzieliśmy na nie z Karoliną twierdząco. Mieliśmy zresztą bardzo podobne spostrzeżenia, szczególnie co do Over the Love Florence + The Machine (słusznie wyciszone w porównaniu z wykonaniem studyjnym) i Young and Beautiful Lany Del Rey (świetny pomysł z wersją orkiestrową). W ogóle pierwszy singiel z soundtracka to piosenka rzadkiej, klasycznej urody i melodramatycznej siły, której potrzebowała ta ścieżka dźwiękowa.



To samo można powiedzieć o wyeksponowanym w końcówce Together The xx. Chętnie posłuchałbym dłuższego fragmentu znanego z trailera Love Is Blindness w wykonaniu Jacka White'a (oryginał to oczywiście U2). Oprócz Lany to chyba te dwa utwory przewijały się najczęściej w moich dyskusjach o filmie z Maćkiem. Inne podejście do Back to Black mimo dziwnej maniery Andre 3000 wydało mi się intrygujące (może mam słabość do takich "tykających" podkładów w stylu starego house'u?). Cieszę się, że za pośrednictwem Luhrmanna miałem okazję wreszcie przekonać się do wysublimowanego Hearts a Mess Gotye oraz poznać inną twarz brostepowych gwiazd z Nero, którzy w Into the Past otarli się wręcz o chillwave. Chyba jednak najbardziej przypadły mi do gustu utwory najbliższe tradycji amerykańskiej wokalistyki: Where the Wind Blows Coco O. z duńskiej grupy Quadron i Kill and Run Sii (niestety - tylko bonus).




Bez względu na to, co sądzi się o samych utworach, trzeba przyznać, że twórcom filmu udało się skrzyknąć na jego potrzeby samą śmietankę współczesnego popu (o will.i.amie i Fergie z GoonRockiem zmilczę - dobrze, że nie drażnią z ekranu, na płycie lepiej przewinąć). Jeżeli komuś nie odpowiada jednak nawet taka twarz mainstreamu, zawsze może wypróbować soundtrack do innego wiosennego blockbustera, a mówiąc precyzyjniej - CD Heroes Fall, czyli zestaw piosenek inspirowanych obrazem Iron Man 3. Wykonujące je artyści to oczywiście mocno wygładzony odłam "alternatywy". Imagine Dragons, Neon Trees, Walk the Moon czy Passion Pit, o których w końcu muszę napisać osobny tekst, to już regularni bywalcy tamtejszych playlist radiowych. Gotye tej składanki jest dla mnie Awolnation - ten projekt wydawał mi się długo zbyt ekscentryczny, jednak utwór Some Kind of Joke przekonał mnie do sięgnięcia po Megalithic Symphony. Jako fana australopodobnej elektroniki ucieszyła mnie obecność coraz popularniejszego duetu Capital Cities. Jednak podobnie jak w przypadku chyba właśnie powracających Chase and Status muszę zapytać: dlaczego tak mało kobiet? Gdyby wszystkie zabrzmiały na poziomie początkującej Norweżki Mr. Little Jeans być może mielibyśmy do czynienia z płytą ponadprzeciętną, nie tylko z sympatyczną porcją konfekcji dla fanbojów. Sytuacji nie ratują przekrzykiwane przez Robbiego Williamsa enigmatyczne The Wondergirls w coverze funkującego hitu Sly Fox z lat 80. Let's Go All the Way.





Następnym razem napiszę o kilku zespołach, które miło kojarzę z czasów pisania magisterki, a niedawno wróciły z nowym materiałem :)

Sunday, June 2, 2013

Suplement do felietonu: emo bez emo?

Nie wspominałem chyba tu jeszcze o tym, ale prawdopodobnie mieliście już ukazję przeczytać mój tekst pt. Jeszcze nowsza fala (podtytuł nie pochodzi ode mnie i z każdym tygodniem identyfikuję się z nim coraz mniej), który ukazał się na portalu plwolnosci.pl. Pierwotny plan jego wykorzystania był nieco inny (myślałem o mediach papierowych), ale z perspektywy czasu niebywale się cieszę, że "ozdobił" ze swej natury poświęconym rozważaniom o innym charakterze dział analiz. W dużej mierze stanowi on przystosowane do potrzeb nie pasjonującego się muzyką pop czytelnika  rozwinięcie znanego już Wam felietonu This is Jessie Ware world we live in. W blogowym wpisie zabrakło jednego z zarysowanych na plwolnosci wątków, który rozbiłby spójność pierwotnej wersji, ale-jak widać-w ciągu dwumiesięcznego względnego internetowego postu temat chodził mi na tyle mocno po głowie, że postanowiłem się podzielić swoimi obserwacjami. Chyba dobrze się stało, że ten moment zbiegł się z premierą debiutanckiej płyty Dawida Podsiadły, który moim zdaniem aczkolwiek gra muzykę, której brzmienie automatycznie kojarzy się z Polską (kwestia akompaniatorów?), zdaje się prezentować filozofię artystyczną zbliżoną do niektórych brytyjskich wykonawców, o których chcę napisać.

Zastanawiałem się mianowicie, do jakich technik uciekają się wyspiarscy artyści obracający się w stosunkowo tradycyjnych gatunkach muzycznych, jak rock i folk, aby przebić się w zalewie popu rodem z X Factora, rodzimych czarnych brzmień i importu "ludożerki" zza Atlantyku. Najczęściej okazuje się, że emisja piosenek w radiu, reklamach, grach komputerowych i serialach TV to za mało, aby zaistnieć choćby w UK Top 100. Mało kto ma też szczęście doczekać się porywającego wykonania swojego utworu w talent show, a najczęściej mogą się z tego cieszyć rockowcy z USA (Kings of Leon, Goo Goo Dolls). Czasami da się skorzystać na milczeniu grupy Coldplay, jedną w taką lukę może z natury rzeczy wcisnąć się tylko jeden zespół. Myślę tu oczywiście o Bastille, co mnie średnio cieszy, ponieważ lubię tylko tytułowy singiel z ich płyty Bad Blood.

Pozostaje więc to, co muzykom pomagało zawsze, czyli uroda i zapadające w pamięć teledyski. Sam mam często wyrzuty sumienia, że dokonania Niny Nesbitt, Gabrielle Aplin czy Amy MacDonald na dzień dzisiejszy nie mieszczą się w moim guście, ale od samych wokalistek wręcz nie mogę oderwać wzroku. (Przy okazji: jeśli uznacie to za stosowne, pomóżcie mojej followerce z Twittera spełnić swoje marzenie. Jak widać, jest obdarzona niepospolitym wdziękiem, no i jest z Australii :D) Jeżeli zaś mowa o klipach, wydaje mi się, że kilka nadziei brytyjskiego indie wybrało podobny sposób rywalizacji z tabunami skąpanych w szampanie modelek w bikini.

Np. teledysk promujący debiutancki singiel laureata przyznanej podczas tegorocznych BRIT Awards nagrody krytyków Toma Petera Odella (ur. 24 XI 1990 w Chichester) Another Love stanowi kronikę znajomości tkwiącego statycznie w fotelu muzyka (zmienia się tylko jego wyraz twarzy i oczywiście ton głosu) z pewną dziewczyną. Zaczyna się niewinnie, ale kończy zdemolowaniem przez nią pokoju (swoją drogą, strasznie nie doceniłem tej kompozycji, kiedy się ukazała...). Godnej pozazdroszczenia roli nie odgrywa też przeurocza (mimo, że generalnie kobiecość kojarzy mi się z przynajmniej nieco pełniejszymi kształtami ;), modelka występująca w wideo do Still londyńskiej grupy Daughter z płyty If You Leave. To, co wykonuje przed kamerą, trudno określić inaczej niż jako bodaj najsmutniejszy striptiz w historii. Panie, które uważają, że na widok takiej ignorancji ze strony chłopaka obudziłyby się w nich inne uczucia, niż rozpacz i rezygnacja, mogą z kolei identyfikować się z klipem Indiany z Nottingham Smoking Gun. Pokazuje on z czym może liczyć się facet przesadzający z pasją do gier telewizyjnych :)







Można powiedzieć, że to przypadek, że kilku obiecujących wykonawców w krótkim odstępie czasu nakręciło teledyski prezentujące skrajne stany emocjonalne. Wydaje mi się jednak, że w przypadku dublińskiego kwartetu Kodaline można już mówić o pewnego rodzaju strategii. Większość firmowanych przez nie obrazków przedstawia podnoszące na duchu historie (High Hopes, Perfect World), jednak chyba największy rozgłos zdobył ten najsmutniejszy - do All I Want. Jego bohaterem jest podkochujący się w blond koleżance z biura mężczyzna o zdeformowanej twarzy. Oglądamy jego cowieczorną samotność po powrocie do domu, drwiny innych pracowników, którzy zazdroszczą mu nagród od szefostwa. W kulminacyjnym momencie bohater zauważa zaczepki pod adresem obiektu swojego uwielbienia. Dochodzi do bójki, z której wychodzi obronną ręką. Dogania koleżankę i dochodzi do tego, o czym marzył przez tak długi czas i czego mu od początku życzyliśmy...







Same opisywanie tego wzrusza. Tym bardziej, że sam identyfikuję się z tą postacią. Nie ze względu na zniekształconą twarz, lecz dlatego, że również pracowałem w biurze z pewną atrakcyjną blondynką (CIAP, CIAP!), przeżywaliśmy razem różne historie, ale niestety zabrakło happy endu jak z tego teledysku... Tak, czy owak warto się zastanowić skąd takie nagromadzenie wyciskaczy łez? Potrzeba wzruszeń niewątpliwie jest obecna w ludziach w każdej epoce historycznej, brytyjska popkultura też dostarcza na nią odpowiedzi nie od dziś (Coldplay na początku kariery ironicznie nazywano "zespołem, który czuje Twój ból"). Wydaje mi się, że jednak przynajmniej częściowo najnowszy brytyjski folk i "akustyczny" rock próbuje wypełnić lukę po spadku popularności bardzo żywotnego na początku tego stulecia amerykańskiego emo popu. Mimo czasami stojącej na granicy dobrego smaku i psychologicznej manipulacji otoczki, osobiście mam spory sentyment do tego stylu, który zrodził sporo chwytliwych melodii, czyli tego, co cenię w muzyce najbardziej :) Część gwiazd nurtu próbuje powrócić, inne są już bardziej "pop" niż "emo", o czym prawdopodobnie również niedługo napiszę...

Sunday, May 5, 2013

O kilku złapanych w sieci

Przedwczoraj wspominałem już o tym, jak pomocnym narzędziem jest Twitter dla wszystkich, którym zależy na kontakcie z ulubionymi muzykami. To wspaniałe uczucie być obserwowanym na Twitterze przez artystów, o których pisało się na blogu (Clare Maguire, The Big Pink) lub trafili na pierwsze miejsce prywatnej listy przebojów, którą prowadzisz (również The Big Pink, Strangers, Fair Weather Friends, Strange Talk). Jeszcze bardziej wzrusza, kiedy po kilku miesiącach milczenia zespół (w moim przypadku - Fairchild Republic, który w międzyczasie przechrzcił się na Fairchild) zapewnia, że Cię pamięta i nadal jest Ci wdzięczny za promocję. 

Jak zapewnić sobie takie chwile radości? Istnieje kilka metod, które najlepiej stosować zamiennie:
1) używać oficjalnych adresów muzyków pisząc o nich,
2) kiedy podziękują Ci za pamięć lub kilka razy retweetują Twoje słowa uznania, zaproponować im obserwowanie swojego konta; nie widzę w tym nic niegodnego, ludzie showbizu są wiecznie zabiegani, trzeba im podsuwać dobre pomysły, na które sami by nie wpadli :),
3) w mniej oczywistych przypadkach wykazać się odrobiną bezczelności i/lub poczucia humoru (np. zdarzyło mi się porównać babcię Mavoya z Nancy Sinatra, co zwróciło uwagę tej chyba najaktywniejszej na Twitterze obok Yoko Ono śpiewającej kobiety)
4) mieć kumpli, którzy przypomną im o Tobie (jak Mavoy o mnie - C. Maguire i The Big Pink)

Pop nie stoi jednak w miejscu i warto szukać nowych idoli. Tak jak napisałem ostatnio, Twitter może pełnić w tych poszukiwaniach jedynie rolę pomocniczą, ponieważ łatwo trafić na nim na hochsztaplerów. Ubolewam również, że wiele cenionych przeze mnie blogów nie posługuje się tym komunikatorem (jak stary dobry Indietector) lub pojawia się na swoim koncie bardzo rzadko (jak Indie Globe). Na szczęście nie wpływa to na jakość samych blogów oraz ich kanałów na YouTube, a tam jest z czego wybierać. Majestic kusi seksownymi thumbnailami, From Pop 2 Top - zbieżnością z moim gustem. Jednak hitem pozostaje dla mnie przede wszystkim Indie Shuffle, na którym można prawie że w nieskończoność wyszukiwać muzyczne perełki na podstawie domniemanego podobieństwa do Twoich ulubionych wykonawców.

"Szuflą" również zaraził mnie Mavoy, mówiąc, że znalazł tam zespół Dash, ponoć podobny do Passion Pit. Pozostawiam Wam ocenę, czy rzeczywiście brzmią, jak grupa Michaela Angelakosa, pewne jest, że młodzieńcza energia aż od nich kipi. Powołują się na inspiracje wieloma z moich ulubionych wykonawców (m.in. Foster the People i M83), a ich piosenka Into the Sounds dość mocno przypomina mi w refrenie Life in Technicolor II Coldplay. Mam nadzieję, że wkrótce wypłyną z Raleigh w Północnej Karolinie w świat.



Dzięki szperaniu na blogach udało się nam też z Maćkiem wyszperać wokalistkę, którą niszowe media nie bez kozery porównują do Jessie Ware, i to do Jessie Ware z początków jej kariery, kiedy współpracowała z Samphą i SBTRKT. George Maple pochodzi z Australii, mieszka w Londynie, w zeszłym roku pojawiła się na debiutanckim albumie producenta znanego pod pseudonimem Flume, ma już też w dorobku dwa własne single Uphill i Fixed. Niedawno można było ją usłyszeć również gościnnie u Snakehips. A najzabawniejsze jest to, że naprawdę nazywa się...Jess Higgs. Kiedy sprzedałem Mavoyowi hasło "Jeśkomuza" nie spodziewałem się, że to zajdzie tak daleko!



W ogóle zawsze kojarzyłem Australię ze świetnymi projektami electro, ale w tym roku wydaje mi się ona przede wszystkim...zagłębiem piosenkarek. Od miesiąca jestem zakochany po uszy w muzyce i image'u Owl Eyes, wszechstronnością imponuje KLP, która potrafi przemówić zarówno do fanów Lykke Li, Santigold, jak i...tak, Jessie Ware (i to we współpracy z...DCupem, tym od We No Speak Americano). Oprócz takich "dyktatorek mody", na południowej półkuli nie brak również pań skupiających się na trafieniu do bardziej specyficznej grupy odbiorców. Np. Lily So & the Bellows doskonale wykorzystują podobieństwo głosu swojej wokalistki do Lany Del Rey, aczkolwiek mi Smokin' Gun przypomina również ostatnie akustyczne przygody Clare Maguire. Prawdopodobnie już niedługo będziemy mogli podziwiać teledysk to tego utworu.

https://soundcloud.com/lily-so-the-bellows/smokin-gun-radio-edit

Jeżeli brakuje Wam żywszych rytmów, możecie posłuchać Betty Who, która obecnie mieszka w Nowym Jorku, ale pochodzi z Sydney. Bardzo ucieszyła się, kiedy nazwałem jej muzykę "połączeniem Kylie z Yazz", ale jeżeli znacie choć kilka popowych piosenek z późnych lat 80., pewnie przyznacie mi rację. Wizualne podobieństwo do pani Evans też jest spore :)



Równie mocno ucieszyłem się ze złapania kontaktu z londyńskim duetem New Arcades. Nie chcę powtarzać wszystkiego, co napisałem już o nich na Outrave, więc zaznaczę tylko, że to jeden z najbardziej utalentowanych znanych mi syntezatorowych projektów nawiązujących tak otwarcie do elektronicznej spuścizny lat 80. i wczesnych 90. Wyżej postawiłbym w tej chwili tylko Arcade High i Futurecop! oraz wykonawców, którzy udzielali się przy soundtracku do Drive (nieźli są też FM Attack, którzy m.in. zremiksowali... Betty Who). Trwają przygotowania do wydania ich pierwszej eponimicznej EP-ki.



Pozostając przy syntezatorowych duetach, miło wspominam pogawędkę, którą uciąłem sobie...no właśnie do dziś nie wiem, czy był to klawiszowiec Kaare czy wokalistka Signe :), w każdym razie warto poznać Inouwee z Kopenhagi, nie tylko z racji tworzonych przez nich mrocznych i majestatycznych dźwięków, lecz również dla ich luzu i poczucia humoru. Formacja zaczęła nagrywać dwa lata temu, a kilka dni temu udostępniła na SoundCloud nową EP Dark and White, na którą składa się sześć utworów.




Jednym z największych zaskoczeń, jakie spotkały mnie na Twitterze, był "follow" od bardzo interesującej - i jak widać, bardzo czułej na przejawy sympatii - północnoirlandzkiej grupy The Divine Comedy. Zespół Neila Hannona nagrał w latach 1990-2010 dziesięć albumów studyjnych. Dopiero zaczynam przygodę z ich muzyką, dlatego trudno opisać mi ich dość ekscentryczny styl plasujący się gdzieś pomiędzy Britpopem, baroque popem i klasycznymi singer-songwriters. W każdym razie ich piosenki wydają się stworzone na leniwe letnie popołudnia.




Wśród moich znajomych na Twitterze są też: Brett - trochę chillwave, trochę "zwykłego" electro, trochę R&B


Oh! Dear Vegas - francuskie indie z tanecznymi inklinacjami


Story of the Running Wolf - synth-pop w starym dobrym stylu



City Riots - indie z Australii, nieco podobne do moich ulubieńców z The Pains of Being Pure at Heart



Na koniec jeszcze kilka słów o pani, która wprawdzie nie obserwuje mnie na Twitterze (jak przystało na prawdziwą damę, rezerwuje chyba ten zaszczyt dla osób znanych osobiście), jednak udało mi się wymienić z nią kilka zdań, m.in. drogą mailową (sic). Napisałem o tajemniczej Fe już tydzień temu, jednak wciąż dochodzą mnie nowe sygnały, że już niedługo może nie być anonimową właścicielką gustownego kapelusza, o której piszą tylko (i aż) w Pigeons and Planes albo Disco Naivete...  A star is born?



Friday, May 3, 2013

@PopGoesTheBlog, czyli era Twittera

Być może w tej chwili przesadzam, ale chyba słowo 'Twitter' u większości Polaków nie wywołuje większych emocji. U tych, których znam i wywołuje u nich jakieś emocje, są one skrajne. Niektórzy uważają, że to największy wynalazek w historii komunikacji masowej (no dobra, jedna osoba tak uważa - niejaki Mavoy), inni, że to jakaś moja fanaberia, a im do szczęścia wystarcza Facebook. Mi też jeszcze dwa lata temu idea wyrażania myśli w 140 znakach wydawała się przerażająca, jednak uznałem, że warto byłoby poćwiczyć zwięzłość wypowiedzi (ten blog jest chyba dowodem, że miałem rację :) i...wpadłem. Wiem, że już raz tak napisałem o czymś na tym blogu, bodajże o nieodżałowanym mademyear, ale inaczej nie jestem w stanie tego wyrazić.

Wpadłem z dwóch powodów. Po pierwsze - brak możliwości oglądania dołączonych do postów zdjęć bez osobnego kilknięcia pozwala mi szybciej docierać do interesujących wiadomości. Nie tylko na temat muzyki, Twitter to również dla mnie bezcenne źródło potrzebnych w życiu zawodowym informacji energetycznych i politycznych. (Mam też wrażenie, że nawet mimo sprzężenia wielu profili FB z TT newsy spływają znacznie szybciej na tym drugim). Po drugie - nie musisz się tam obawiać, że Twoja zaczepka pod adresem nawet nieobserwującej Cię osoby trafi do nigdy nieodwiedzanego folderu 'Inne wiadomości'. Oczywiście prawdopobieństwo zauważenia wzrasta w przypadku interakcji z relatywnie mało znanymi osobami, jednak sama myśl, że nie musisz babrać się z kimś w jednej piaskownicy, żeby zostać przez niego obserwowanym, jest krzepiąca.

Oczywiście ten względny brak barier międzyludzkich jest nagminnie wykorzystywany przez różnego rodzaju spamerów, jednak od czasu do czasu można trafić na prawdziwą perełkę. Dlatego nie będę się rozpisywał na temat muzyki takich zespołów, jak Bauer (nie mylić z Baauerem), Mutineers czy Seattle Yacht Club. Załóżcie konto na Twitterze, napiszcie, że lubicie indie, wrzućcie kilka linków, po tygodniu powinni się zjawić :P Skupię się na artystach, którzy zauważyli mnie na Twitterze i trafili w moje gusta. W drugiej części posta, która ukaże się za kilka dni, wspomnę o kilku projektach, w których wypadku impuls do nawiązania kontaktu wyszedł o mnie. O kilku z nich nie miałem jeszcze okazji wspomnieć na blogu, kilku innych od czasu mojej ostatniej wzmianki o nich przygotowała nowy materiał, więc wypadałoby Wam o nich przypomnieć.

Na początku mojej Twitterowej "kariery" na koncie @PopGoesTheBlog chyba niewystarczająco sprecyzowałem swoje muzyczne preferencje, ponieważ próbowali mnie sobą zainteresować głównie wykonawcy z kręgów folkowo-akustycznych, z których najbardziej spodobali mi się Matthew And Me. Moim pierwszym synthpopowym obserwującym został pochodzący z RPA (jak St. Lucia :), a obecnie zamieszkały w Edynburgu Chris Hunter. Nagrywa on pod wiele mówiącym pseudonimem Posh Boy. W wieku 18 lat może się już pochwalić nagraniem albumu Excitation, który można zakupić w serwisie Bandcamp. Oddał w nim swoją fascynację dźwiękami lat 80. i 90. (jako ulubionych artystów obok Pet Shop Boys wymienia m.in. Depeche Mode, Hurts i tanecznego producenta Bobby'ego Orlando). Obok kwestii muzycznych ujął mnie swoją młodzieńczą bezkompromisowością, m.in. podpisuje się pod mówioną partią swojego imiennika z kawałka Paninaro :) I owszem, to on śpiewa w zamieszczonym poniżej nagraniu.



Na PSB i DM wychował się również Craig Simmons, bardziej znany jako Space March. Każdy czytelnik tego bloga na pewno już wie, że Australia to prawdziwa kopalnia electro na poziomie, w tym wypadku wyjątkowo mocno inspirowanego latami 80. (ja tu jeszcze słyszę echa OMD...) Cztery piosenki Craiga można ściągnąć z jego strony WWW, a na jego profilu FB można składać propozycje utworów New Order, które mógłby wykonać. Na razie prowadzi True Faith, ale miło mi, że dwie osoby pamiętały też o projekcie Electronic :)



Pewnie nie tylko zdaniem Muzykoblogera pop to przede wszystkim intrygujące wokalistki. Los zetknął mnie z jedną z nich na samym początku kariery, m.in. zanim zdecydowała się ujawnić światu swoje personalia (jak niebawem się przekonacie, takich tajemniczych niewiast jest sporo!) Na razie musi nam wystarczyć wiedza, że pani mieszka w angielskim Brighton i występuje pod pseudonimem Salt Ashes. Niedawno chwaliła się na Twitterze, że podpisała kontrakt na pierwszy singiel, wiadomo również, że zagra w lipcu u boku m.in. Delphic, Friends i Noisettes na LeeFest w południowej części aglomeracji Londynu. Trochę żałuję, że mnie tam nie będzie, bowiem na SoundCloud i YouTube można w tej chwili posłuchać tylko czterech piosenek artystki, w tym coveru Black Celebration Depeche Mode (them again!) Podobnie jak Posh Boy, powinna się spodobać zarówno fanom mrocznej elektroniki, jak i bardziej tanecznych dźwięków. Pisała już o niej szwedzka gazeta "Metro" i muzyczna kolumna serwisu Huffington Post.




Jeżeli muzyka tych wykonawców wydaje się Wam zbyt zachowawcza, być może przypadnie Wam do gustu mój jak na razie jedyny muzyczny "followers", który otwarcie poprosił mnie o zareklamowanie na blogu i to aż dwa razy. Daniel J. W!shington pochodzi z Pensylwanii, ale obecnie mieszka w Los Angeles. Wspominam o tym nie bez kozery, ponieważ jego muzyka moim zdaniem brzmi dość brytyjsko, trochę jak Enter Shikari z The Streets za mikrofonem. Sam celnie określa ją na Bandcamp, gdzie znajdziecie jego EP Qalqulated, jako anti-pop i folktronicę. Jeśli szukacie w muzyce odrobiny szaleństwa i ostrych kontrastów, chyba warto dać mu szansę.



Po pewnym czasie spotkała mnie spora niespodzianka. Przekonałem się, że jednym z agresywniej promujących się na Twitterze młodych zespołów jest...lubiane przeze mnie angielskie trio The Good Natured! Poznałem ich dzięki blogowi Muzyczne Wędrowanie chyba jeszcze pod koniec 2011 r. i od tego czasu cierpliwie czekam na debiutancki album tej formacji, który będzie nosić tytuł Prism i ukaże się w tym roku. Na razie trwa promocja singla 5-HT, zespół udostępnił też do darmowego pobrania utwór Lovers. Bardzo im kibicuję, nie tylko ze względu na seksowną chudzinę Sarah McIntosh :), ale przede wszystkim dlatego, że świetnie oddają ducha gitarowej nowej fali.



Informowanie o muzycznych nowościach i przypominanie o brzmieniach retro na Twitterze chyba nieźle mi idzie, skoro zainteresowało m.in. gitarzystę Ladyhawke i Youth Group, trębacza coraz popularniejszych Capital Cities, menedżera Sii, notowany m.in. na cenionej przeze mnie liście Rincewinda grający indie-electro zespół Fire in the Hamptons oraz nominowanego w 2008 r. do Grammy w kategorii "najlepsze wykonanie alternatywnej muzyki urban" Viktera Duplaix



Jeśli zainteresowała Was ich muzyka, możecie zagłosować na nich w ankiecie, w której stawką jest udział w Hangout Music Festival.



Cieszę się także z kontaktu nawiązanego z polsko-amerykańską kapelą Bardzo Bardzo. To pierwszy (mam nadzieję, że nie ostatni!) zespół, który zaoferował mi wysłanie pocztą swojego CD do zrecenzowania. Mam nadzieję, że z pomocą outrave.pl uda mi się choć trochę rozpropagować ich wpadające w ucho indie granie. 



Ze względu na ogrom obowiązków związanych z finiszem prac nad doktoratem, nie miałem jeszcze możliwości odsłuchania dokonań moich wszystkich Twitterowych obserwatorów, dlatego możecie niedługo spodziewać się dalszego ciągu tego posta ;)

Saturday, April 13, 2013

Playlista na czas kryzysu

To, co napisałem o braku czasu, a w szczególności konieczności szybkiego skończenia doktoratu pozostaje aktualne. Jednak w zaistniałej sytuacji nie miałem wyjścia - musiałem zrealizować jeden z wielu pomysłów na wpisy, na jakie ostatnio wpadłem. Podziękujcie za to jednemu z ulubionych zespołów Muzykoblogera - Shine 2009. Fińscy królowie zblazowanego chillwave wczoraj podzielili się ze światem utworem pod jakże aktualnym tytułem... Eurozone. (Wybaczcie cynizm, ale skądinąd nie wiem, czy w epoce post-Breivikowskiej planowanie wydania albumu pt. Our Nation przez zespół z szeroko pojętej Skandynawii to dobry pomysł...)



Ludzie od wieków zadają sobie pytanie: co rządzi światem - miłość czy pieniądze? Jeżeli chodzi o tematy piosenek, miłość zdecydowanie wygrywa, jednak mamona również zainspirowała wiele wiekopomnych utworów, by wspomnieć jedynie szlagiery ze "Skrzypka na dachu" i "Kabaretu" oraz jeden z przebojów ABBY (Bloger wstawił się też za Pink Floyd). Tematyka finansowa w muzyce chyba najmocniej kojarzy się z zaangażowanymi społecznie protest songami, jednak na różne sposoby inspirowała ona również twórców obracających się w bliskich mi lżejszych klimatach.

O czym np. mówi moja ostatnio ulubiona piosenka pochodząca z lat 80. - Wishing I Was Lucky Wet Wet Wet? Ano o niespełnionych nadziejach na znalezienie atrakcyjnej pracy w mieście...



Lata 80. w Wielkiej Brytanii były, jak wiele razy mieliśmy okazję usłyszeć przy okazji zgonu "kochanej" przez alternatywnych rockmanów baronessy Margaret Thatcher, trudnym dla wielu okresem przejścia od gospodarki opartej na przemyśle do modelu bazującego na różnego rodzaju usługach. Na tyle trudnym, że jeden z czołowych zespołów tego okresu (UB 40) nazwał się na cześć formularza wypełnionego przez bezrobotnych. Podobne problemy na początku kariery nie były też obce z pozoru salonowej formacji Simply Red.



Love of the Common People to kompozycja po raz pierwszy wykonana przez grupę The Four Preps w 1967 r. Hit w Wielkiej Brytanii uczynił z niej w 1970 r. wokalista reggae Nicky Thomas, a po raz drugi w 1983 r. znany z intrygującego doboru coverów (Love Will Tear Us Apart!) ulubieniec ówczesnych nastolatek (co najmniej co trzecia okładka niemieckiego Bravo w tamtym roku!) Paul Young.




Temat "Pieniądze w tekstach Pet Shop Boys" zasługuje przynajmniej na licencjat z anglistyki, by wspomnieć choćby kultowe Paninaro, Rent, czy podtekst molestowania seksualnego w miejscu pracy w What Have You Done to Deserve This? Ja jednak proponuję Wam drugi singiel z debiutanckiej płyty Please. Druga zwrotka powinna Wam podpowiedzieć, dlaczego :)




Legenda mówi, że Yazz napisała swój największy przebój The Only Way Is Up, kiedy wymówiono jej mieszkanie. W rzeczywistości pierwszy był w 1980 r. Otis Clay. (Wyprodukowanej przez duet Coldcut wersji Yazz niestety nie da się wstawić).



Do 1992 r. sytuacja gospodarcza na Wyspach chyba nie poprawiła się znacząco, skoro zyskujący na popularności Take That uznali za zasadne nagrać przeróbkę tego przeboju grupy Tavares z 1975 r.



Bruce Roberts jest znany chyba najbardziej jako autor zaśpiewanego przez Barbrę Streisand i Donnę Summer No More Tears (Enough Is Enough). W 1995 r. pokusił się o wydanie solowego albumu Intimacy. W promującym go singlu pomógł mu sam Elton John. W 2001 r. swoją wersję nagrania zaprezentowała Cher.



Trudno powiedzieć, czy ten jeden z bardziej znanych singli grupa Hard-Fi to bardziej piosenka o braku drobnych, czy o męskim braku odpowiedzialności. W każdym razie - partia harmonijki ustnej wymiata!



W typowy dla siebie ambiwalentny sposób do problemu podszedł zespół Daggers, z którego wywodzi się pewien bardzo popularny w Polsce duet :) Trochę brakuje mi tej nieskrępowanej taneczności i damskiego podśpiewywania w muzyce Hurts...



Specyficzny sposób na powiązanie sfery duchowej z materialną znaleźli fińscy (znowu!) ekscentrycy z Zebra and Snake.



Jak widać każdy artysta jest indywidualnością, dlatego trudno znaleźć w muzyce pop uniwersalną receptę na kryzys gospodarczy. Za to uczy ona, że czasami nawet stabilna posada w perspektywicznej firmie nie daje szczęścia... Ale o tym już następnym razem.

Friday, February 15, 2013

This is Jessie Ware world we live in...


chciałoby się dodać... and we feel fine, :)

Stali czytelnicy pewnie pamiętają mój felieton sprzed roku pt. Hang the DJ? Już w połowie 2012 chciałem zweryfikować postawione w nim tezy w tekście pt. Baby, have fun., którego jednak z braku czasu nie napisałem. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich interesują takie statystyczne ciekawostki, jednak miałem szczęście wyszperać informację, że wejście na szczyt Billboardu We Are Young było pierwszym przypadkiem w historii, w którym zarówno aktualny amerykański numer jeden, jak i jego poprzednik (Somebody That I Used to Know) wcześniej liderował na liście Billboard Alternative Songs (dawniej: Billboard Modern Rock). Oczywiście zawsze można dyskutować o granicach "alternatywności", jednak nie ukrywam, że czekałem na ten moment, pewnie podobnie jak mój niegdysiejszy narowisty dyskutant z Filadelfii. Jeżeli wierzyć jego teorii, bonzowie showbusinessu tak wściekli się coraz mocniejszą obecnością zespołów typu Passion Pit w "tradycyjnych" rockowych zestawieniach, że w miejsce airplayowego Mainstream Rock wprowadzili oparte na sprzedaży Billboard Rock Songs - być może na zasadzie, jeżeli nasi mają już przegrywać z Angolami, niech to będzie tylko i wyłącznie Mumford & Sons. Na szczęście obecnie internauci mają też dostęp do czołówki Billboard Rock Airplay.

Czy udało się mi się wtedy coś wywróżyć? Trudno mi wystawić jednoznacznie wysoką notę swoim zdolnościom profetycznym, przede wszystkim dlatego, że tradycyjnie nieco inaczej kształtowały się trendy w USA, a inaczej w Europie. Za Oceanem brostep (już wiem, że to nie dubstep...) wciąż jest gorącym trendem, u nas już głównie powodem do kpin. Tam swoje wielkie dni dopiero przeżywa Ed Sheeran, Brytyjczycy już widzą nadzieję "New Boring" w Tomie Odellu (i Gabrielle Alpin). Na forum Muzyczna Galaktyka już nie zachodzę, jednak widać, że mu memu sporemu zdziwieniu opcja "konserwatywna" (czy jak to się tam pieszczotliwe nazywa "koalicja") ostatnio triumfuje. Lista zagranicznych wykonawców walczących o wejście na Poplistę kilka dni temu wyglądała następująco: Amy MacDonald, Bon Jovi, Dido, Eros Ramazotti, Hurts, Linkin Park. Przepraszam, w którym roku żyjemy? 2013? Czy 2006? A może 2003?

W ogóle mam wrażenie, że od 19 stycznia 2012 sam bardziej się zmieniłem niż muzyka pop :) Lana Del Rey wydaje mi się ciekawsza muzycznie niż wówczas, wiem już kim jest The Weeknd i Frank Ocean, a gdyby doszło do tytułowego wieszania DJ-ów (nie doszło), próbowałbym ściągać ich z szafotów przed zaciśnięciem się stryczków. Oczywiście nie wszystkich, ale ostatnio wiele razy przekonałem się, że współpraca beatmakerów z wokalistami urban może mieć zupełnie inne oblicze, niż pierwszy album Willa Smitha. A wszystko to za sprawą jednej kobiety, o której istnieniu jeszcze wtedy nie wiedziałem... A właściwie to nawet dwóch.

W gruncie rzeczy mógłbym zakończyć ten wpis na linku do audycji, którą dokładnie miesiąc temu przeprowadziła w BBC Radio One w zastępstwie za Annie Mac Jessie Ware. Wiem, że łatwo o takie patetyczne gadki, ale wydaje mi się, że te dwie godziny naprawdę zmieniły moje życie. Ci, którzy mieli okazję posłuchać puszczanych przez nią piosenek, mogli poczuć się, jak Jon Landau, kiedy pierwszy raz usłyszał Bruce's Springsteena. Dotknęli przyszłości muzyki, przynajmniej brytyjskiej.



Jaka jest ta przyszłość? W dużej mierze taka, jak utwory samej Jessie Ware. Mocno zakręcona, ale wciągająca. Wokalnie uwodzicielska. Z pozoru chłodna, ale kryjąca w sobie pokłady ciepła. A przede wszystkim harmonijnie łącząca w sobie elementy trzech wydawałoby kolidujących ze sobą tradycji muzyki: alternatywnej, klubowej i r&b. W tym wypadku pisząc "alternatywa" mam na myśli naprawdę nietypowe dźwięki (Poliça!), ale jak pokazuje np. dzisiejszy występ Ware w BBC Radio 1 Live Longue albo Jamiego Woona na Open'erze, wykonawcy tego nurtu nie gardzą też akustycznymi aranżacjami zatrącającymi o folk. 

W sumie więc brytyjska "nowa fala" ma w zanadrzu coś dla każdego, tylko trzeba jej dać szansę na rozwinięcie skrzydeł. Czy dostaje od rodaków taką szansę? Od początku współczesnej historii muzyki popularnej początek każdej dekady to walka wyspiarskich młodych gniewnych z zachowawczą rozrywką. 60. - merseybeat vs. crooners, 70. - glam rock i hard rock vs. idole z młodzieżowych seriali, 80. - new wave vs. Goombay Dance Band, 90. - rave vs. Stock Aitken Waterman (w USA - grunge vs. hair metal i new jack swing), 00s - "nowa rockowa rewolucja" vs. talent shows. Niestety w ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba programów telewizyjnych z wartościową muzyką w BBC znacznie spadła, dlatego wybrańcy Simona Cowella nadal trzymają się mocno, dzieląc łupy z całą kohortą amerykańskich gwiazdek, które tylko pochodzenie łączy z r&b czy hip-hopem. W dodatku ostatnio przeciąganie liny ma charakter trójstronny, a może nawet czterostronny, ponieważ prasa muzyczna w rodzaju NME mocno wspiera tradycyjne indie oparte zarówno na gitarach akustycznych, jak i elektrycznych. Jeszcze nigdy nie byłem na Wyspach, dlatego nie wiem, na ile wciąż istnieje tam zapotrzebowanie na taką muzykę, a w jakim stopniu chodzi o ochronę twarzy strażników tradycji The Beatles i Sex Pistols przed resztą świata (pamiętajmy, że głównym źródłem brytyjskiego PKB jest sektor usług, w tym przemysł fonograficzny). Zmiany demograficzne, przede wszystkim napływ imigrantów z dawnych kolonii powinny faworyzować urban music. Być może mający w miejsce w tym tygodniu awans White Noise - owocu współpracy Disclosure i AlunaGeorge na drugie miejsce brytyjskiej listy singli to początek nowej ery w tamtejszej muzyce?



Nie miałbym nic przeciwko, aczkolwiek ci, którzy mnie znają, wiedzą, że wolałbym, aby po takie laury sięgali wykonawcy z kręgu tradycyjnie pojmowanego, inspirowanego muzyką lat 80. electro. Zdaję sobie jednak sprawę, że mody na ten (pod)gatunek mają bardzo ulotny charakter. Razem z kolegami z forum.80s.pl liczyłem na wielki 80s revival w okolicach 2008 r., jednak skończyło się na kilku jaskółkach (Rocket, Bulletproof, We Are the People) i pod wpływem sukcesu Lady Gagi rynek błyskawicznie przerzucił się na odgrzewanie patentów euro-dance lat 90. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zrealizować swój plan napisania książki pt. Jeszcze nowsza fala. Jak ukradziono nam lata 80., w której przedstawię swoją hipotezę w bardziej rozbudowanej formie. Na razie wszystko wskazuje na to, że nowej fali naszych czasów trzeba było szukać zupełnie gdzie indziej...

Życie podsunęło mi wyjątkowo namacalny dowód na jej istnienie. Jeżeli słuchaliście audycji, do której linkowałem, być może zwróciliście uwagę na fragment, w którym Jessie wspomina Rosjanki, które obdarowały ją kwiatami w Helsinkach. Dzięki powstaniu facebookowej grupy fanów wokalistki miałem okazję poznać jedną z nich. Ma na imię Eugenia, w maju kończy 24 lat, mieszka w Moskwie, choć urodziła się w pięknym Piatigorsku na przedgórzu Kaukazu (tak, kochani, są Rosjanki uczulone na mrozy). Ukończyła studia tłumaczeniowe i ekonomiczne, pracuje jako logistyk w branży lotniczej, w wolnych chwilach uprawia taniec nowoczesny, pozuje do zdjęć i szaleje na motocyklu. Jak przystało na zodiakalne Bliźnięta, jest nieobliczalnym rozmówcą, ale cierpliwość do niej popłaca;) A przede wszystkim kocha muzykę - od tradycyjnych rosyjskich ballad poprzez hip-hop i dancehall po deep i soulful house. Warto jest mieć ją w znajomych na vk.com, ponieważ na jej playliście, która liczy już prawie 3000 tytułów, można znaleźć wiele pozycji mogących przekonać największych snobów do nie cieszących się większym szacunkiem krytyków gatunków (Спасибо, Жени!). Co to ma wspólnego z tematem wpisu? Przeczytajcie listę wykonawców, o których rozmawialiśmy w ciągu naszej dwumiesięcznej znajomości: Jessie Ware. Hurts. Grimes. Florrie. Jamie Woon. Active Child. How to Dress Well. Jess Mills. Nero. Royksopp. Houses. HAIM. Kamp! Solange. Destiny's Child. A$AP Rocky. Cyril Hahn. Czarno. Chłodno. Momentami czułem, że dla mnie za czarno i za chłodno. Ale wtedy stukałem się w głowę z myślą: "Przecież ta dziewczyna zna VAN SHE. I MIAMI HORROR. Nawet je lubi!" Czego chcieć więcej?

Takich Eugenii będzie prawdopodobnie coraz więcej, także w Polsce, chociaż jak na razie zewsząd dobiega mnie hasło "2013 rokiem powrotu gitar". Patrząc po doborze dotychczas ogłoszonych gwiazd tegorocznego Open'era, w hasło to wierzy chyba m.in. Mikołaj Ziółkowski. Samospełniająca się przepowiednia? Chętnie odpowiem na to pytanie za rok, jednak na razie niestety muszę się z Wami pożegnać. Wiem, że robiłem to już kilka razy, jednak tym razem naprawdę dostałem quasi-ultimatum: dwa miesiące na zakończenie doktoratu z perspektywą obrony we wrześniu. Jak widzicie: propozycja z gatunku tych nie do odrzucenia. Dlatego przynajmniej do końca kwietnia nie przeczytacie tu nic nowego. Co będzie później, niestety trudno mi przewidzieć. Mam w tej chwili pomysły na mniej więcej sześć postów, mam nadzieję, że wszystkie zrealizuję przed zakończeniem tego roku (chyba, że oczywiście wpadnę na lepsze ;) Zainteresowanych muzycznymi newsami zapraszam do przeglądania mojego Twittera, niewykluczone, że jakaś moja recenzja pojawi się też na outrave.pl. Mam nadzieję, że nawet beze mnie będzie to dla Was udana wiosna :) Do usłyszenia!





Thursday, February 7, 2013

Podsumowanie 2012: Moje potyczki z klubomainstreamem

Mam nadzieję, że wierzycie w moją dozgonną miłość do muzyki pop. Niestety, nie wszyscy ludzie, z którymi mam do czynienia poza blogiem w to wierzą, a chyba też nie wszyscy moi czytelnicy są o tym przekonani. Kilka razy zdarzały mi się sytuacje, kiedy to wieczorową porą słuchałem właśnie popu (pewnie był to Frankmusik albo Roisin Murphy), aż tu nagle pojawiał się złowieszczy dżingiel czata na Facebooku i wyskakiwał awatar z charakterystyczną blond czupryną, okularami i słowami: "Ty jesteś uprzedzony do Britney!" Po takim dictum oczywiście trudno mi było zasnąć, ale niestety - nie jestem w stanie wszystkich gatunków muzyki rozrywkowej równie mocną sympatią. Nie mam aż tak podzielnej uwagi, do tego dochodzą jeszcze złe wspomnienia związane z różnymi piosenkami i wykonawcami. Niektórych z Was na pewno dziwi moje dość cyniczne podejście do ostatniego szumu wokół Beyonce, Destiny's Child i Justina Timberlake'a, jakie prezentowałem na Iwelynne Music News i moim nowym koncie Twittera, do którego obserwowania bardzo serdecznie Was zapraszam. W rzeczywistości nie mam jakichś konkretnych zarzutów pod adresem tych artystów. Po prostu mieli oni pecha odnosić wielkie sukcesy w latach 2003-2007, które były dla mnie fatalne pod wszystkimi możliwymi względami (wyjątkiem był rok 2005 i to również trochę odbija się na moich gustach ;)

Cóż, każdy ma jakieś słabości, często zupełnie irracjonalne. Jednak w 2012 udało mi się przełamać kilka barier, które wydawały mi się do nie do pokonania. Wydaje mi się, że opisanie tego procesu w porządku chronologicznym będzie dla Was ciekawsze od obiecywanego kiedyś Top 10 Mainstream i rankingu remiksów. Ostrzegam, że to będzie mój najbardziej osobisty wpis od czasu Fenomenu CIAPY, który skądinąd z perspektywy czasu poza główną ideą uważam za dość średni, ale zaczynający go disclaimer uważam za nadal aktualny :)

Wszystko zaczęło się od meniego. Wspominałem Wam już o Mariuszu przynajmniej raz, ale przypomnę, że to jeden z pierwszych fanów Jessie Ware, jakich poznałem (na razie tylko online) i jeden z moich ulubionych muzycznych dyskutantów. Poznaliśmy się na Muzycznej Galaktyce, dlatego kwestią czasu była moja wizyta na jego prywatnej liście przebojów. To, co zobaczyłem, mocno mnie zaskoczyło - poza posiadającą sporo punktów stycznych z moim gustem częścią alternatywną zauważyłem osobną część klubową, w której roiło się od zupełnie mi obcych etykietek stylistycznych. Z tej magmy udawało mi się wyłowić jedynie słowa "mix", "remix", "house" i "trance" oraz nazwisko Armina Van Buurena. Doprawdy zadziwiająca rozpiętość stylistyczna, jak na chłopaka, który jednocześnie ma większe serce do mrocznego gitarowego grania niż ja. Kiedy poruszyłem ten temat, Mariusz by zdziwiony, że w ogóle zainteresowała mnie ta "działka", ale po kilku moich zapewnieniach o miłości do italo disco i pokrewnych gatunków zgodził się być moim przewodnikiem po świecie muzyki klubowej, za co jestem mu ogromnie wdzięczny. Gdyby nie on, jedynym klubowym akcentem 2012 byłby dla mnie ten oto zarażający optymizmem drum'n'bassowy kawałek, który w kwietniu gościł na szczycie UK Charts, a napisał o nim kilka słów Muzykobloger.



Wkrótce okazało się, że taki przewodnik był mi bardziej potrzebny, niż mi się wydawało. Pod koniec sierpnia dołączyłem bowiem do zabawy zwanej nomen-omen Club Chart. Wciągnął mnie do niej nieoceniony Dziobas, dlatego spodziewałem się przede wszystkim kontaktu z fanami indie rocka, jednak wkrótce przekonałem się, że niektórym głosującym nieobcy jest nawet brostep, którego ani ja, ani meni nie lubi (choć są wyjątki, o czym niżej), nie mówiąc o bardziej melodyjnych gatunkach muzyki tanecznej.



(to akurat był spory hit, ale gdyby nie Club Chart przeszedłbym koło niego obojętnie)









Tak brzmią koszmary senne Mavoya ;)

Na zabawie w Club Chart upłynęła mi większa część jesieni. Aż nadszedł listopad i to o czym marzyłem przez cały rok, czyli wycieczka do Krakowa. I to wycieczka wyjątkowa, ponieważ oprócz tradycyjnego spotkania z Muzykoblogerem czekał mnie minizlot forum mycharts.pl. Zlot był bardzo udany (najbardziej podobał mi się moment, w którym cała nasza trójka w jednym momencie zasnęła: ja na jednej sofie, saferłel na drugiej, a Dziobas przy komputerze), ale w tym poście chciałbym się skupić na muzycznej otoczce spotkania z Hubertem. Mój kolega wie, co robi, nagrywając piosenki "z potencjałem" na kasety, które mają akompaniować jeździe samochodem. Nic tak nie łączy człowieka z muzyką jak wspólne przemieszczanie się. I Cry Flo Ridy z miejsca stało się naszym hymnem (pod "naszohymnowością" This Kiss Carly Rae Jepsen - się nie podpisuję, są pewne granice :P), a granie pasażerom autobusu w alejach Trzech Wieszczów Chasing the Sun The Wanted było po prostu bezcenne. Podchwyciłem też z tych kaset jeszcze wtedy niepromowane w Polsce Don't You Worry Child Swedish House Mafia (cóż za dodający nadziei refren!). A kiedy wróciliśmy z naszych eskapad do jego domu, już czekał na nas Justin Bieber z Nicki Minaj na jednym z telewizyjnych kanałów muzycznych. Takie już są uroki goszczenia u Muzykoblogera :) Jednak gdybym miał wybrać jedną piosenkę, która miałaby symbolizować te piękne dni, pewnie Hubert byłby mi wdzięczny za wybór jednego z singli promujących zeszłoroczny album pewnie jeszcze przez Was pamiętanej Delty Goodrem. Może to i kicz, i nic wybitnego, ale wtedy brzmiał świetnie także dla mnie! Oglądającie i słuchajcie, bo pewnie nie mieliście okazji (chyba, że odwiedzacie też Muzyko(b)log).



Pozostając przy wątkach Muzyko(b)logowych - już po powrocie z Krakowa wreszcie złapała mnie jedna z najpogodniejszych piosenek ze wszystkich wylansowanych do tej pory przez uczestników polskich "talent shows" - To mój czas Sabiny Jeszki. Właśnie - mimo mojego odwiecznego sceptycyzmu wobec polskojęzycznych tekstów to ta wersja do mnie przemówiła, nie zaś Good Times. Szkoda, że najwyraźniej wolimy namaszczone medialnie talenty w patetycznych balladach.



Nie oznacza to, że potępiam w czambuł wszystko, co nagrano nad Wisłą w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Nie myślę tu tylko o Kamp!, Uniqplan, Natalii Lubrano, czy Last Blush, w których ostatnim singlu wreszcie zacząłem się tak zasłuchiwać, jak na to zasługuje. Spodziewam się, że na pewną część radiowych hitów, które skorzystały na nowelizacji ustawy o radiofonii, zupełnie inaczej byśmy reagowali, gdyby wykonywali je zagraniczni artyści. Wtedy pewnie byłyby dla nas odpoczynkiem od tanecznej rąbanki, a nie kolejnym smętem (myślę, że dobrym przykładem jest Nad przepaścią Braci i Edyty Bartosiewicz). Poza tym  wiosną powróciła Goya, co mnie zawsze cieszy, innych na pewno ucieszyła nowa płyta Ani i tak pewnie można by jeszcze powymieniać. Nie histeryzowałem szczególnie po zwycięstwie Dawida Podsiadły w X Factorze, ale podoba mi się jego podejście do kariery i duet z Tatianą Okupnik.



Domyślam się, że dla niektórych spragnionych kolejnych dawek indietronicki ten post to już "dużo za dużo", ale nie wyczerpałem tematu. Jest jeszcze przecież coś takiego, jak r&b, a po listopadzie był grudzień... Zapraszam niebawem.

Saturday, January 26, 2013

Subiektywny wybór EP-ek z 2012

Styczeń to zawsze czas zgadywania, jakie muzyczne talenty rozbłysną w ciągu rozpoczynającego się roku. Tradycyjnie swoimi typami podzielili się uczestnicy ankiety BBC, mój nieobiektywnie skanujący muzykę kolega Paweł i jeszcze jeden kolega - muzyczny wędrowiec Michał. Postanowiłem nie być gorszy i wykorzystać fakt, że aby ułatwić sobie zadanie, nie uwzględniłem w rankingu ulubionych płyt 2012 r. żadnej "epki". Dlatego w tym poście znajdziecie kilka zdań na temat kilkunastu wydanych w ostatnich dwunastu miesiącach "extended plays", które przesłuchałem w przerwach w zapoznawaniu się z longplayami.

Czuję się trochę dziwnie zaczynając pisać ten post, ponieważ już w tym roku pojawiła się jedna sygnowana legendarną nazwą New Order epka, o której bezwzględnie warto byłoby napisać, ale pozostałem wierny regułom i zostawiłem to innym. Żartowałem z Mawojem, że pisanie o tych wydawnictwach, to trochę jak spowiadanie się z marzeń erotycznych, zaraz zobaczycie, dlaczego ;) Niestety do końca tak nie jest, ponieważ Jess Mills w ubiegłym roku jako "artysta główny" uraczyła nas tylko dwoma singlami, co wypchnęło ją z podsumowania, które przygotowałem dla All About Music. Myślę, że ten tekst powinien zainteresować m.in. tych, którzy czekali na kolejne odcinki serii Top New (niestety, z powodów czasowych planowane doprowadzenie narracji do końca 2012 r. stoi pod gigantycznym znakiem zapytania). Uznałem, że wybrane epki mieszczą się w na tyle wąskim przedziale stylistycznym, że nie byłoby możliwe uszeregowanie ich w kolejności od najlepszej do najgorszej bez narażania się na zarzut braku obiektywizmu, dlatego wybrałem alfabetyczną kolejność pierwszych liter nazw(isk) artystów.

Arcade High - Beauty Queen

Jeżeli ścieżka dźwiękowa do filmu Drive i dyskografia wszystkich jego uczestników to dla Was za mało, ten projekt z Pittsburgha to propozycja dla Was. Nieco gubię się w ich dyskografii, nie mam już pojęcia, czy tak naprawdę album The Art of Youth wyszedł w listopadzie 2010, czy w czerwcu 2012, na szczęście jestem w miarę pewny, że w sierpniu ubiegłego roku ukazała się epka z pięcioma premierowymi utworami, z których jeden - Blacktop Rendezvous stał się dla mnie jednym z przebojów roku i kazał mi zadać sobie pytanie, co ludzie widzą w Owl City, mając lepsze alternatywy (fakt, że praktycznie nieznane). Pozostałe utwory to instrumentale, które prawdopodobnie miały odtwarzać klimat balu maturalnego w latach 80. Ktoś się chyba naoglądał Pretty in Pink ;) (w Prom Night jest saksofon!)

Ask for Joy - Safe Words i Hand Tame

Zawsze z zainteresowaniem przysłuchuję się nowym projektom nawiązującym do przeżywającej rozkwit na początku lat 90. stylistyki shoegaze, czyli niby rozmytych przy pomocy różnych efektów, ale bardzo poruszających i często bardzo przebojowych gitarowych pejzaży. W 2012 r. moją uwagę zwrócił przede wszystkim odkryty dzięki prywatnej hiszpańskiej liście Jorge Tomasa Aaron Rossetto z Austin w amerykańskim stanie Teksas, ukrywający się pod pseudonimem Ask for Joy. Z dwóch wydanych przez niego w ubiegłym roku epek chyba nieco solidniej prezentuje się wcześniejsza Safe Words, mimo że Hand Tame posiada dodatkową atrakcję w postaci coveru znanego chyba wszystkim Learning to Fly Toma Petty'ego & The Heartbreakers. Utwory z obydwu trafiły na moją listę - spory wyczyn jak na praktycznie nieznanego muzyka.

Brodka - LAX

 Powabna i słodka Monika Brodka

Chyba najbardziej dyskutowana w tamtym (czy tylko w tamtym?) roku polska epka. Zdaniem niektórych polski album roku. Mam co do tego poważne wątpliwości. To w końcu tylko dwa utwory, cztery remiksy i krótki żart muzyczny na koniec (jakby zalążek anglojęzycznej wersji Grandy - czy doczekamy się rozwinięcia?) Varsovie to hit, na który w wykonaniu Brodki pewnie wielu czekało - dowód, że sentymentalna tematyka nie musi przekładać się na banalne wykonanie. Tylko cieszyć się, że mimo nie promowanej przez KRRiTV anglojęzyczności stał się radiowym przebojem, przywracając masowej publiczności artystkę, której w pewnym momencie przestało wystarczać bycie chodzącym dżinglem Zetki. Dancing Shoes to już bardziej kameralna, dla wielu pewnie bardzo zmysłowa propozycja. Z remiksów polecam...pewnie się domyślacie co, czyli spotkanie na szczycie z grupą Kamp!, chociaż dobrą robotę odwalili też Bueno Bros. z Varsovie (nie wiem, czy to przez ten francuski, ale przypomniał mi się Paris Friendly Fires). A pani Monice (oraz Kamp! i Minerals) życzę wszystkiego dobrego w związku ze zbliżającym się festiwalem SXSW w Teksasie.

Charli XCX - You're the One

Charli XCX wzywa Justina Biebera nadaremno

W poszukiwaniu materiału do wpisu natrafiłem na wydanego we wrześniu mikstejpa Charlotte Aitchison pt. SuperUltra. Takie wydawnictwa to nie bardzo moja działka, jednak warto było go posłuchać (swoją drogą, zadziwiające, że coś, co jest rodzaju żeńskiego jako "taśma", jako mikstejp jest rodzaju męskiego...). Ortodoksyjnemu fanowi indie musi się on wydać kuriozalny ze względu na liczne odwołania do kultury masowej w Cold Aura (Chris Brown!) i...odę do Justina Biebera (Dance 4 U). Można tam znaleźć także sample z Moments in Love The Art of Noise i remiks Cold Nites bliskiego mi How To Dress Well.

Co do samej epki, zawiera ona tylko dwa singlowe utwory: tytułowy i Nuclear Seasons oraz ich dwa remiksy, które niestety zamiast tkwić na końcu wymieszano z oryginałami, co strasznie psuje dramaturgię krążka. Na szczęście obydwa prezentują wysoki poziom, odpowiadają za nie zresztą znane nazwiska: Blood Orange, który jeszcze się w tym wpisie pojawi i znany na pewno poszukiwaczom darmowych mp3 z chillwavem na Last.fm Balam Acab. Jak na razie, muzyka Brytyjki wydaje mi się nieco zbyt udziwniona i patrząc na ostatni, już tegoroczny, singiel You (Ha Ha Ha), pewnie tak zostanie. Poprzednie małe krążki (w tym Stay Away z 2011 r.) potrzebowały kilkunastu przesłuchań, aby przekonać mnie o swoich walorach. Dodatkowo, ta pani ma u mnie lekko pod górkę, ponieważ poza kolorem włosów mocno przypomina mi pewną panią, która ostatnio sobie u mnie nagrabiła ;) Jedno jest pewne - prawdopodobnie w tym roku przybędzie jej w Polsce fanów na fali promocji kawałka Icona Pop I Love It, w którym gościnnie wystąpiła.

Dum Dum Girls - End of Daze

Iggy Pop pewnie jest dumny. Piewca "Dum Dum Girl", Mark Hollis może też...

Ach, szkoda, że Katie Serbian-Brouillette aka Bambi Davies już z nimi nie gra... Chociaż jej następczyni n basie Malia James też jest niczego sobie ;) Dobra - tyle o powierzchowności, skupmy się na muzyce (oj, jest to trudne!) Zespół z Los Angeles poznałem dzięki piosence Bedroom Eyes promującej jego drugi album Only in Dreams. W 2012 r. dziewczyny podzieliły się ze słuchaczami pięcioma nowymi piosenkami. Jak zwykle bywa w takich przypadkach, najbardziej nośną melodię z nich miał moim zdaniem utwór I Got Nothing, wyróżniłbym też ostatni na płytce Season In Hell. Miłośnicy łączenia spuścizny girl groups lat 60. z tradycjami indie powinni być zadowoleni, aczkolwiek wspomniany przeze mnie na początku Paweł zwany saferem ostrzega, że nadciąga znacznie surowszy dźwiękowo żeński kwartet Savages...

Florrie - Late

Wyraźnie zdegustowana pozostawaniem w cieniu Girls Aloud Florrie

Florence Arnold to prawdziwa kobieta renesansu: śpiewa, pisze piosenki, "modeluje się", jej grę na perkusji słychać na płytach produkowanych przez Xenomanię. W ferworze zajęć nie znalazła jeszcze czasu na nagranie płyty długogrającej, a jak słusznie przypomina tytuł jej ostatniej epki robi się późno (chociaż trzeba uczciwie przyznać, że jest o 3 lata młodsza od Jessie Ware i być może, chociaż informacja na ten temat zniknęła z Wikipedii, o 7 od Jess Mills). Kiedy wreszcie ten LP się ukaże, miejmy nadzieję, że będzie zawierał jej dotychczasowe przeboje (niestety, w sumie bardziej "przeboiki"): Left Too Late, I Took a Little Something (w 1989 Samantha Fox zabiłaby, żeby dostać coś takiego!) i Shot You Down, czyli połączenie Cher z Paulem Johnsonem. Reszta epki to też przyjemny, taneczny pop. Konkurencją dla swojej imienniczki Welch na pewno nie jest, ale na pewno z większą chęcią posłucham jej materiału w większej ilości, niż kolejnego zmanierowanego girlsbandziku, których do końca dekady na Wyspach pojawią się jeszcze pewnie z trzy...

Fair Weather Friends - Eclectic Pixels

A najlepszą epkę roku na świecie, proszę Państwa, nagrano w...Czeladzi. Żart? Niekoniecznie. O zaletach Fortune Player pisałem już przy okazji rankingu singli 2012, ale na tym atrakcje się nie kończą. Szczególnie Floating zaraża wręcz lekko punkową energią. Koncerty z nimi jako supportem Kamp! to musi być coś! Ten zespół naprawdę zasługuje na podbicie światowych alternatywnych parkietów i wcale nie musiałby używać jako wabika podobieństwa głosu Macieja Maślaka do Caleba Followilla. Zresztą to nie ja wpadłem na to porównanie.

Future Unlimited - EP

Apogeum zbolałego wokalnego stylu duetu z Nashville (Yung Life są z Knoxville - dlaczego najbardziej ejtisowe kapele w Stanach powstają w Tennessee? Z przekory?) był dla mnie zdecydowanie singiel Lightweight Eyes, ale i po epkę warto sięgnąć. Szczególnie polecam kawałki Golden i Into the Sun. David Miller i Samuel D'Amelio zaczynają podobnie jak Hurts - od wyłonienia się z grającego gotycki post-punk większego składu Mother/Father. Czy osiągną taki sam sukces? Na specyficznym amerykańskim rynku będzie bardzo trudno, ale ja na pewno będę ich śledził.

Haim - Forever

Ja sobie ich po prostu nie wyobrażam w zdzirowatych różowych kieckach na czerwonym dywanie...

Jestem trochę w kropce, jeśli chodzi o te siostry z Kalifornii. Pojawiały się na mojej osobistej liście, wspominały o nich na blogu, kibicowałem w plebiscycie BBC Sound of 2013, chwaliłem, gdzie mogłem oryginalne brzmienie (połączenie r&b z folkiem) i sam pomysł stworzenia "alternatywnego girlsbandu", przegadałem na ich temat kilka godzin z Mawoyem i... mam dziwne wrażenie, że grozi im szybkie  popadnięcie w muzyczną monotonię :/ Singlowe Forever, Better Off i Go Slow to potrójne uderzenie prosto w serce chyba każdego fana popu, Don't Save Me to udane uprzebojowienie tej formuły, Send Me Down to coś bardziej eksperymentalnego, ale Falling to już trochę dwa grzyby w barszcz. Nie wiem, czy to kwestia charakterystycznego głosu Danielle, ale jestem pewny, że bez względu na osobę producenta one zawsze będą brzmiały jak Haim ze wszystkimi wadami i zaletami tego stanu rzeczy. Niemniej wcześniej byłem zachwycony i...nie ukrywam, że trudno mi zarzucać cokolwiek komuś, kto tak świetnie wygląda w szortach <3.

Katy B - Danger 

Katarzyna pewnie zastanawia się, czy był sens rozdawać tę epkę za free...

Jak to powiedział mi kiedyś Muzykobloger, kiedy rozmawialiśmy o Jess Mills: Ty nie lubisz muzyki tanecznej, lubisz szitową. Ale nie przejmuj się, każdy lubi szitową". Chyba się to trochę zmienia ;), chociaż moim ulubionym kawałkiem Brytyjki pozostaje nieco nietypowe dla niej Perfect Stranger. Epka dobrze wróży przed premierą nowego longplaya, chociaż Get Paid "trochę" mnie wkurza, szczególnie w połączeniu z bardzo po brytyjsku imprezowym wideo ze strony wokalistki. W nagraniach uczestniczyła plejada znakomitych (przynajmniej z punktu widzenia artystki) gości, m.in. Wiley, Iggy Azaela i - Jessie Ware! Katy B i Jessie Ware w piosence-hołdzie dla Aaliyah - na to wielu czekało i było warto!

The New Division - Night Escape

Nie wiem, czy ta epka nie jest lepsza od ich debiutanckiej płyty Shadows z 2011 r. Lekko zadziwia mnie fakt, że w Stanach Zjednoczonych nagrywa aż tylu muzyków zakochanych w latach 80., nie wiem nawet, czy nie więcej, niż w ojczyźnie "new romantic" Wielkiej Brytanii (inne przykłady: The Chain Gang of 1974, The Foxglove Hunt, Yung Life). Cóż, tak wielki kraj jest w stanie wiele zmieścić ;) Wszystkie cztery kawałki wyśmienicie się Kalifornijczykom udały, przy tytułowym pomógł im znany ze specyficznie rozmarzonego brzmienia grecki duet Keep Shelly in Athens.

The 1975 - Facedown i Sex

Single tego manchesterskiego składu są nieco mylące. Słysząc The City myślałem - The Big Pink (w moim wypadku to megakomplement). Sex zabrzmiał dla mnie bardziej punkowo i to by mi wystarczyło do ich skreślenia, ale na szczęście posłuchałem reszty utworów z epek i dostałem to, co lubię - odniesienia do wspominanego już przeze mnie shoegaze, ogólnie więcej prawie że klubowej elektroniki. Ciekawe, czy Jessie Ware by ich polubiła ;) Złośliwi twierdzą, że nowy singiel Chocolate brzmi jak Maroon 5, ale może to chwilowa aberracja.

Sky Ferreira - Ghost

Sky Ferreira - elegantly wasted

Nie ukrywam, że dziewczę, które ujrzałem w podetkniętym przez Last.fm klipie do One mocno mnie ujęło. Jego urok mocno kontrastował z niestety dość mizernej jakości muzyką, jaką wtedy wykonywała. Ta epka była dla mnie zaskoczeniem - wcześniej  nie wyobrażałem sobie Sky śpiewającej country pop (Sad Dream, Ghost) i dość zadziorny rock (Red Lips napisane razem z Shirley Manson z Garbage). Do tego niezłe taneczne Lost In My Bedroom i Everything Is Embarassing, które jest... na pewno czymś więcej niż pastisz r&b lat 80. Trzeba tego po prostu posłuchać, Blood Orange wiedział, co robi! Tylko taka mała uwaga z mojej strony - aby osiągnąć sukces na rynku, Sky musiałaby się zdecydować, na któryś z próbowanych kierunków. Na razie mamy dalsze eksperymenty - Lanopodobny cover Bang, Bang z chorwackim 2Cellos...

Smoke & Jackal - EP 1

Basista Kings of Leon Jared Followill powiedział, że jego współpraca z gitarzystą i wokalistą Mony Nickiem Brownem przebiegła bezstresowo i "niczyje uczucia nie zostały zranione". Słuchając tych piosenek, trudno w to uwierzyć, ponieważ czego jak czego, ale akurat bólu, rozpaczy i niepokoju w głosie Browna jest multum, a wlokące się melodię jeszcze to uwydatniają. Wyjątkiem jest oczywiście zawadiackie singlowe No Tell. Tytuł płytki zapowiada ciąg dalszy współpracy - gdyby włożyć w nią trochę więcej życia, może nawet Kings of Leon przez moment poczuliby się zagrożeni?

Solange - True

Są powody do radości!

To była chyba najbardziej dyskutowana "epka" roku. I nie ma się co dziwić. Znowu pojawia się nazwisko producenta Deva Hynesa, znanego bardziej jako Lightspeed Champion lub Blood Orange. Widząc po raz pierwszy tę dziewczynę jako nastolatek na zdjęciu ze sławną siostrą w śp. "Popcornie", nigdy bym nie pomyślał, że po 10 latach będę się zachwycał jej śpiewem na tle chłodnej, nowofalowej elektroniki. W popadnięciu w trans pomagają melodie i śpiew, które na pewno znalazłyby uznanie tak w poprzednich dekadach, kiedy R&B było prawie że synonimem amerykańskiego popu. Mimo, że na płytce znajduje się całkiem sporo piosenek, jak na opisywane tu wydawnictwa, bo siedem, jako "hajlajty" można by wymienić praktycznie wszystkie, ale mój osobisty faworyt to chyba Some Things Never Seem to Fucking Work. Na mycharts.pl jej Losing You połączyło naprawdę wiele list o różnym obliczu.

St. Lucia - St. Lucia

Idealny soundtrack do wyprawy na jakąś tropikalną wyspę, choćby tę znajdującą się w nazwie grupy. Przy niektórych z tych piosenek można by imprezować do upadłego (np. singlu We Got It Wrong), przy innych odpoczywać po takim tanecznym maratonie (np. Before the Dive), przy niektórych po prostu spacerować i cieszyć się pięknymi widokami (Closer Than This). Jean-Philip Grobler, Południowoafrykańczyk z Brooklynu z miejsca stał się dla mnie kluczową postacią electro. Nie jestem wręcz pewien, czy wytrzymam jeszcze większą dawkę słodyczy na płycie długogrającej...

Na pewno interesujących "epek" było w tym roku więcej (Muzykobloger pewnie dorzuciłby jeszcze przynajmniej Colour Coding, MS MR i Young Kato). Gdybym miał więcej czasu pewnie pokusiłbym się w lutym o suplement. Jeżeli nie uda mi się wygospodarować na to czasu, postaram się pamiętać o debiutanckich albumach pominiętych artystów - jeżeli nie tu, to na outrave.pl.