Showing posts with label trivia. Show all posts
Showing posts with label trivia. Show all posts

Wednesday, April 8, 2015

Felieton: Frankie a sprawa rock'n'rolla

Czy gdyby wystąpił we Flintstonach, to jako Frank Sinantrop?
W listopadzie 2004 r. ukazał się piąty album irlandzkiej grupy Westlife pt. Allow Us To Be Frank. W pierwszej dziesiątce brytyjskiej listy przebojów płytowych, której połowę stanowiły najczęściej mało kreatywnie nazwane "bestofy", ten tytuł rzucał się w oczy.

Saturday, December 27, 2014

Przemyślenia na koniec roku (cdn.)

Dobiega końca 2014 rok. Był to dla mnie rok naukowego i zawodowego spełnienia (na miarę dotychczasowych ambicji), przeprowadzki do Wielkiego Miasta, wielu udanych imprez mniej lub bardziej muzycznych:), ostatecznego wyjścia z problemów finansowych, nadziei na usystematyzowanie pasji do archiwizacji starych cmentarzy i wszechobecnych pozytywnych wibracji przyjaźni. Szkoda tylko, że kolejne Ogólnopolskie Dyktando zakończyło się porażką, ale przy przygotowaniach od przypadku do przypadku nie mogło być inaczej.

Dla bloga to też był nadspodziewanie dobry rok. Myślałem już nad jego zamknięciem z racji realizacji wszystkich najważniejszych pomysłów, jednak ostatecznie postanowiłem publikować na nim informacje o złotych płytach w Wielkiej Brytanii, którymi od dłuższego czasu zamęczałem kilka osób na stopie prywatnej. Być może opisywanie nagród z sierpnia w grudniu nie imponuje, jednak trudno nie być zadowolonym z podsumowania ponad roku (w tym zamieszania związanego z włączeniem streamingu do statystyk) w ok. 9 miesięcy. Sporządziłem już metryczki prawie wszystkich naprawdę wielkich gwiazd (autorów ok. 70% płytowych million-sellers na tym rynku) i dochodzę do momentu, w którym pozostanie mi dzielić się krótkimi notkami o aktualnościach (mam też kilka ciekawych pomysłów na suplementy). Dzięki temu bardziej będą się rzucać w oczy felietony, których pierwodruki ukazują się na portalu Sound Universe. Jestem bardzo wdzięczny jego naczelnemu za zaproszenie do współpracy, ponieważ uruchomiło to u mnie pokłady weny, których nie byłem świadomy. Mam nadzieję, że już to trochę widać.

A jaki był ten rok ze stricte muzycznego punktu widzenia? Jak to bywa w XXI wieku, upłynął pod znakiem zmagań z technologią. Straszono nas końcem złotego wieku pozyskiwania nowości, czyli wprowadzeniem opłat za korzystanie z YouTube, Soundclouda i Spotify, sukces Taylor Swift przypisywano wycofaniu katalogu z tego ostatniego serwisu (moim zdaniem to trochę przesada, ostatecznie na razie pięć autorskich płyt z 2014 pokryło się w USA platyną, a wydaje mi się, że wyniki sprzedaży są w tym kraju zaniżane, aby uciec przed podatkiem od wzbogacenia się. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że wiele zapomnianych singli otrzymuje tam jednocześnie złoto i platynę ponad rok od wydania?), a mnie likwidacja kilku nieprzestrzegających prawa autorskiego kanałów z YT przestraszyła, że nadchodzi kryzys stylistyki, którą akurat ochrzciłem "indie nowej przygody" (o co mi chodzi, wyjaśnię w poście z singlowym podsumowaniem roku).

Studiowanie bardziej poczytnych blogów o alternatywie nie pomogło, ponieważ poza electro-soulem jedyne syntezatorowe projekty, jakie promują, to "wynalazki" typu Kero Kero Bonito czy QT, które bardziej kojarzą mi się z filmikami z serii "takie rzeczy tylko w Japonii", niż porządną muzyką. Trudno powiedzieć, czy to forma sabotażu (zwiększenie szans Years & Years w plebiscycie BBC Sound of 2015 poprzez pokazanie, że nie mają konkurencji?), czy zwykła głupota. W ogóle w tym roku ostatecznie pozbyłem się złudzeń, że krytykom muzycznym warto ufać. Zazwyczaj powtarzają oni tylko w kółko dwa moim zdaniem zupełnie nieistotne dla melomana pytania: "czy to jest ironiczne?" i "czy to jest feministyczne?", co samo w sobie jest odpowiedzią na moje wątpliwości sprzed kilku lat, czy w erze kryzysu gospodarczego muzyka może być katalizatorem buntu, tak jak w latach wczesnej Thatcher.

Raczej nie będzie, ponieważ nagłaśniany jest bunt innych środowisk (np. hip-hopowe reakcje na policyjną przemoc w USA), aczkolwiek w publicystycznym dyskursie wciąż można odnaleźć nawiązania do punka (może będzie okazja wrócić do tematu za rok). Na razie jestem w stanie słuchać, co do powiedzenia na temat przedmiotowego traktowania kobiet ma wokalistka Chvrches, której wystarczy pokazać talent i podkręcić trochę rzęsy, żeby publika szalała, ale gdy krytycyzmu społecznego próbują wieszaki na modne sukienki w rodzaju Say Lou Lou, wypada to dość żałośnie... Nawet na samych szczytach list przebojów pokutowało niegłupie zresztą przekonanie, że artysta, który nie ma o co walczyć, zamienia się w biernego rzemieślnika, dlatego pojawiały się tam rzeczywiście drastyczne tematy (Hozier i przemoc wobec homoseksualistów), ale też piosenka, która przy całym dorabianiu do niej ideologii miała chyba być tylko pretekstem do bezkarnego śpiewania o d..., jakby nie wystarczyło odświeżyć pewnego hitu TLC...

Wracając do YT, wygląda na to, że muszę złożyć noworoczne postanowienie unikania kanałów ze skrótami list przebojów, ponieważ wywierają tak samo destrukcyjny wpływ na psychikę, jak słuchanie najpopularniejszych stacji radiowych. Zupełnie zabiły we mnie radość z czegoś, na co czekałem przynajmniej roku, czyli komercyjnego wybicia się klubowej stylistyki opartej na deep i soulful housie, którą często nazywam w skrócie "garage'm". Po iluś tam przesłuchaniach zamiast poczucia świeżości, że wreszcie rządzi coś innego niż big room i brostep, pozostaje świadomość przyczyn sukcesu tych nagrań, czyli wykorzystanie elementów DNA imprezowych hitów z lat 90. (na szczęście z pominięciem infantylnego quasi-rapu) oraz sampli z w miarę rozpoznawalnych utworów R&B, ewentualnie ukłonów w stronę eurowizyjnego "Epic Sax Guya" (a może pamiętanego chyba przez większość Europejczyków z dzieciństwa Benny'ego Hilla?). Mamy więc w sumie do czynienia z powtórką fali tanecznych coverów, jaką pamiętamy ze szkolnych potańcówek, tylko że teraz przerabia się przeboje o dekadę późniejsze, podkłady są trochę subtelniejsze, a całość bardziej uwzględnia gusta multikulturowej publiczności (oraz tej części Brytyjczyków, którzy nie mogą odżałować, że Stany miały Destiny's Child, a oni - Stereophonics). Sam siebie przeszedł pewien pan, który praktycznie pożyczył na swoje potrzeby przebój Black Box, co jest o tyle ironiczne, że filarom italo house'u obrywało się w swoim czasie za podstawianie modelek pod wokalistki,

Oczywiście odrębną kwestią pozostaje, czy za dziesięć lat ktoś będzie pamiętał o tych zapożyczeniach. Jest bardziej prawdopodobne, że komercyjny deep house stanie się retroodniesieniem na własnych prawach. Gwiazdy w rodzaju Kieszy czy Duke'a Dumonta nie będą też już czuły ciężaru mocno wydłużonych dzięki uwzględnianiu streamingu w statystykach staży na listach przebojów, które nawet siewcom letniej bryzy mogą przypiąć etykietkę nudziarzy. Ja niestety jak widać doszedłem do punktu, w którym trudno już mnie czymś zaskoczyć, dlatego też nie zrobił na mnie większego wrażenia wielki powrót wyjątkowo osadzonego w tradycji kierunku, jakim jest blues rock. Zawsze to jakieś urozmaicenie w okresie dominacji niezbyt lubianego przeze mnie folku w obszarze szeroko pojętej muzyki gitarowej, jednak często ma się wrażenie, że po prostu kilku młodym ludziom ktoś naopowiadał, że mają podobne głosy do Roberta Planta i pomoże im to zainteresować dziewczyny...

Krótko mówiąc: wystarczy rok bez płyty Pet Shop Boys i już mam atak depresji :) (i nawet, o zgrozo, Jessie Ware nie była w stanie mi pomóc!) Coś w tym chyba jest, bo nie ma już wielu wykonawców, którzy są w stanie rzucić w piosence swoje serce na tacę nie zastanawiając się, czy to śmieszne lub nieprzyzwoite, a jednocześnie opakować to w zgrabną melodię i inteligentny tekst. Panowie są już na takim etapie swoich karier, że jest im wszystko jedno i raczą nas swoimi wizjami piekła lub ostrzegają, czym kończy się przedkładanie ideologii nad miłość. Nie oznacza to jednak, że przez cały rok nic mi się nie podobało. Więcej na ten temat w podsumowaniach roku. Z płytami chcę się jeszcze wstrzymać przez miesiąc, ale poczekalnia rankingu singli prawdopodobnie ukaże się już jutro wieczorem!

A jeżeli chcecie pozostać jeszcze przez chwilę w świątecznym klimacie, spróbuje go Wam zapewnić Paul Young. Piosenka pochodzi ze składanki A Very Special Christmas z 1992, która była jeszcze w dużej mierze reliktem lat 80. Kolejna odsłona pięć lat później była już dziełem zupełnie innej generacji...



PS. Pisząc ten artykuł nie miałem jeszcze świadomości, że w 1999 r. niewiele brakowało, aby świątecznym numerem jeden w Wlk. Brytanii była piosenka o gówienku z South Parku lub coś podpisanego jako Cuban Boys - Cognoscenti vs Intelligentsia, znane w innych kręgach jako Hampster's Dance (maczał w tym palce współautor jednej z moich ulubionych świątecznych piosenek, ale to się wytnie :) Czyli może jednak piekło to inni?

Monday, December 22, 2014

Felieton: Nazywam się Bond, Pyrrus Bond

(tekst pierwotnie ukazał się na portalu SoundUniverse)
Znamy już tytuł i obsadę kolejnego filmu o przygodach agenta 007. Za to wbrew temu, co napisały miesiąc temu niektóre media, wciąż nie wiadomo, kto zaśpiewa piosenkę, która będzie promowała ten obraz.
Wymieniany jako faworyt Sam Smith zaprzecza, jakoby miał jakieś przecieki na ten temat, wciąż silne jest także lobby zwolenników Lany Del Rey. Jest w tym jakaś logika – skoro o Bondzie śpiewała Nancy Sinatra, dlaczego nie miałaby tego zrobić gangsta Nancy Sinatra?
Do zajęcia się tym tematem zainspirowała mnie również informacja, która pojawiła się na oficjalnym profilu Pet Shop Boys na Facebooku. Duet przypomniał swoim fanom, że miał szansę nagrać utwór do filmu W Obliczu Śmierci (The Living Daylights), jednak ostatecznie przegrał z A-Ha. To mój ulubiony zespół, dlatego nieuchronnie w mojej głowie zrodziły się pytania: czy gdyby zgłoszenie PSB zostało przyjęte, udałoby im się zrobić jeszcze większą karierę? Jak nowe wyzwanie wpłynęłoby na dalsze losy Sama Smitha?

Tak popowo, że niszowo

Obiegowa show-businessowa prawda mówi, że nagranie piosenki do filmu o Bondzie to zaszczyt i przepustka do nieśmiertelności. Na pewno jest to dla artysty szansa na dotarcie do bardzo licznej widowni. W samej Polsce ostatni odcinek serii Skyfall w ciągu pierwszych trzech tygodni po premierze obejrzał w kinach ponad milion ludzi. Nie ma również wątpliwości, że napisany przez Monty'ego Normana i zaaranżowany przez Johna Barry'ego temat do Dr. No wywarły tak mocny wpływ na muzykę pop, że przymiotnik "bondowski" pojawia się w wielu recenzjach, które nie mają żadnego związku z tym brytyjskim produktem eksportowym. W rzeczywistości jednak dla niewielu wykonawców ten "szpiegowski" epizod był startem do wielkiej kariery – częściej jej ukoronowaniem lub jedynie potwierdzeniem gwiazdorskiego statusu.
Raczej nikt nie wymieni Thunderball wśród największych hitów Toma Jonesa, ani Die Another Day wśród największych osiągnięć Madonny. Intuicja podpowiada, że tak samo może być po latach ze Skyfall, aczkolwiek trudno powiedzieć, jak dalej potoczy się kariera Adele. Jeżeli diwa z Tottenhamu, która przecież nie musi już niczego nikomu udowadniać, zainteresuje się jakimś niszowym gatunkiem, ten utwór pozostanie jedną z jej wizytówek, jeżeli pozostanie przy popie, nowe single mogą go przyćmić. Louis Armstrong (We Have All the Time in the World z W Tajnej Służbie Jej Królewskiej Mości), Gladys Knight i Tina Turner (po trosze też Rita Coolidge, której zenit kariery przypadł sześć lat przed All Time High z Ośmiorniczki) przystępowali do tego zadania z pozycji weteranów, którzy nie mieli nic do stracenia. Piosenki Nancy Sinatra i Lulu same w sobie nie stały się przebojami, nie pociągnęły też za sobą kolejnych poza odosobnionymi remiksami, coverami i reedycjami. Garbage po przygodzie z Bondem mieli jeden spory przebój (Why Don't You Love Me?), Carly Simon i Sheryl Crow – po dwa (odpowiednio You Belong to Me i splagiowane przez Feel Coming Around Again oraz My Favorite Mistake i Soak Up the Sun).
Mimo ogrywania Part of Me RMF FM i mojej dużej sympatii dla Arms Around Your Love, solowa kariera Chrisa Cornella nie rozwinęła się tak, jak się spodziewano i wokalista powrócił do macierzystego Soundgarden. Nawet dla Duran Duran A View to a Kill, chociaż biorąc pod uwagę same pozycje na listach przebojów to największy hit, jakiego dostarczyła seria (jedyny amerykański numer jeden i brytyjski numer dwa przed Skyfall), był "pocałunkiem śmierci", ponieważ kolejny singiel z udziałem klasycznego składu ukazał się dopiero dziewiętnaście lat później, a poza The Wedding Album albumy nagrywane w innych konfiguracjach spotykały się z chłodnym przyjęciem.

Jak ruletka

Kto więc autentycznie zyskał na swoim bondowskim utworze? Oczywiście przede wszystkim Shirley Bassey, która zaśpiewała aż w trzech filmach o 007, co samo w sobie jest osiągnięciem, które trudno wymazać z pamięci, a przecież miała też inne sukcesy. W dalszej kolejności – Paul McCartney, ponieważ Live and Let Die było jednym z pierwszych dowodów, że jest on w stanie poradzić sobie bez The BeatlesSheena Easton może nie jest zbyt rozpoznawalna w Polsce, jednak For Your Eyes Only pozostaje jej drugim największym szlagierem, a później pojawiła się w top 10 Billboardu z 6 innymi utworami, a przecież nie jest to rodowita Amerykanka. Uważam także, że nagranie Another Way to Die było dobrym ruchem Jacka White'a. Utwór był bardzo krytykowany, jednak ostatecznie nie zachwiał gwiazdorską pozycją Alicii Keys, przed którą rok później pojawiło się trudniejsze wyzwanie – jak powtórzyć megasukces Empire State of Mind. Za to o muzyce odnowiciela blues-rocka dowiedziała się rzesza ludzi, którzy nie interesowali się The White Stripes, co na pewno w jakimś stopniu pomaga mu obecnie wyprzedawać koncerty i kontynuować działalność solową.
Wydaje się więc, że odpowiedź na pierwsze pytanie z początku tekstu jest banalnie prosta. 1987 był najlepszym rokiem w historii Pet Shop Boys (dwa single na szczycie UK Charts, numer dwa na Billboardzie w duecie z Dusty Springfield), w kolejnych latach zanotowali kolejne kilkanaście mniejszych i większych przebojów. Mój znajomy twierdzi, że nie pojawili się w W Obliczu Śmierci, ponieważ nie otrzymali prawa do skomponowania całej ścieżki dźwiękowej. W 2005 r. udało im się zrealizować swoje marzenie w kontekście znacznie bardziej legendarnego filmu – Pancernika Potiomkin Siergieja Eisensteina, a szkic bondowskiego utworu dał początek This Must Be The Place I Waited Years To Live z płyty Behaviour. A-Ha w tym okresie powoli wkraczali na falę opadającą, która doprowadziła ich do zawieszenia działalności. Można powiedzieć, że z racji utrzymywania się ich popularności głównie na mniej prestiżowych rynkach europejskich, byli w podobnej sytuacji, co Tina Turner w erze Goldeneye.
Mimo tego uważam, że fani Sama Smitha mogą spać spokojnie. Przecież to pierwszy solista, który w tym roku sprzedał ponad milion płyt w USA. Zaufanie Brytyjczyków do niego również wydaje się nieograniczone, a jak pokazuje kariera Jamesa Blunta, Paolo Nutiniego czy Eda Sheerana kariera solisty w tym kraju rzadko kończy się na jednym albumie. Jeżeli więc plotki się potwierdzą i to on otrzyma misję kontynuacji bondowskiej tradycji, nie ma powodów do obaw o jakość produktu i zainteresowanie publiki. O resztę muszą postarać się marketingowcy.
Sam Smith (fot. metro.co.uk)