Tuesday, October 17, 2017

Monografia: Tears For Fears


Bycie fanem czasem wymaga nadzwyczajnej cierpliwości.
Plotki o nowym albumie angielskiego duetu Tears For Fears krążyły od kilku lat, podsycane interesującymi coverami klasyków indie ostatnich lat oraz coraz częstszymi występami na żywo (m.in. u boku The Killers). Na razie pewne jest jednak jedynie to, że 10 listopada w Wielkiej Brytanii ukaże się składanka ich największych przebojów Rule the World, na której znajdą sie także dwa nowe utwory: I Love You But I'm Lost i Stay. Pozostaje życzyć panom Rolandowi Orzabalowi i Curtowi Smithowi dobrej sprzedaży w sezonie świątecznym, bo pewnie o to chodzi, i czekać na więcej w przyszłym roku. A raczej jest na co, bo pierwszy z wyżej wymienionych kawałków pokazuje, że muzycy wciąż mają w sobie spore pokłady energii, a uwalniając ją nie tracą na wyrafinowaniu.
Końcówka roku od pewnego czasu jest dla TFF ważnym okresem, ponieważ na grudzień 2003 r. przypadło apogeum popularności coveru ich pierwszego hitu Mad World w wykonaniu Gary'ego Julesa, który znalazł się na ścieżce dźwiekowej ekscentrycznego filmu Donnie Darko (zresztą obok oryginalnej wersji Head Over Heels). Był to dość niespodziewany bożonarodzeniowy singlowy numer 1, który przynajmniej zdaniem niektórych krytyków wprowadził do mainstreamu ślamazarne przeróbki przebojów z przeszłości, a na pewno podniósł sprzedaż poprzedniego bestofu duetu, czyli Tears Roll Down z 1992 r. i utorował drogę albumowi Everybody Loves an Happy Ending. Jego promocja najwyraźniej nie obejmowała łapówki dla recenzentów Q, ponieważ dostał od nich tylko jedną gwiazdkę na pięć. Chyba ktoś w redakcji nakazał akurat kurs na futuryzm, bo w tym samym numerze jedynki dostały też Start from the Dark Europe i Marbles Marillion.

Znany mi z poczekalni Listy Trójki ówczesny singiel Closest Thing to Heaven tak bardzo mi się podobał, że od tego czasu przestałem wierzyć Q, choć to głównie temu miesięcznikowi zawdzięczam zainteresowanie brytyjską alternatywą. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że moi ulubieńcy trochę się nie popisali, kopiując There She Goes The La's w Call Me Mellow ;) Być może żurnaliści liczyli na powrót do synth-popowych korzeni projektu, choć muzycy z Bath już w czasach Seeds of Love, czyli w 1989 r. zaczęli przesuwać się w kierunku nawiązującego czasem do soulu pop-rocka. Np. echa przeboju Sowing the Seeds of Love można było usłyszeć osiem lat później w All Around the World Oasis. Podobieństwo towarzyszących im klipów również nie wydaje się przypadkowe.

Noel Gallagher wspomniał o swojej sympatii do TFF w wywiadzie dla Huffington Post z 2015 r. , dodając: "Lubię Talking Heads - to brzmi lepiej". Fearsi tym bardziej nie byli na topie w 1998 r., kiedy duet właściwie nie istniał. Na albumach Elemental z 1993 r. oraz Raoul and the Kings of Spain z 1995 r. udzielał się tylko Roland. Curt wolał nagrywać samemu, zrażony perfekcjonizmem kolegi, rozwodem i bankructwem nieuczciwego menedżera Paula Kinga (nie mylić z prezenterem MTV). Te dwa krążki nie zawierały dużo gorszego materiału niż poprzednie, ale nie zawierały też wielu zapadających w pamięć fragmentów. Godnym uwagi wyjątkiem był singiel Break It Down Again, który zasłużenie dotarł na szczyt notowań Billboard Modern Rock Tracks.

Był to ostatni sukces Tears For Fears na listach przebojów, a w latach 80. mieli ich wiele. The Hurting i Seeds of Love dotarły do pierwszego miejsca brytyjskiej listy sprzedaży albumów, Shout Everybody Wants to Rule the World - pierwszego na Billboard Hot 100. Ten drugi utwór otrzymał BRIT Award dla najlepszego singla z Wysp w 1986 r. Płyta Songs from the Big Chair w samych Stanach rozeszła się w ponad pięciomilionowym nakładzie. Jak przekonacie się słuchając playlisty poniżej, Fearsi mieli szczęście wybierać do promocji swoje rzeczywiście najlepsze dokonania.

W osiągnieciu ważnej pozycji w popowym światku nie przeszkodziły im ani częste nawiązania do terapii psychiatrycznych w tekstach (nazwę duetu, a swoją drogą także kapeli Primal Scream, zainspirowały praktyki niedawno zmarłego Arthura Janova), ani łączenie kariery z życiem rodzinnym (wspólny spacer w klipie do Shout nie miał romantycznych podtekstów ;), ani nieplanowana nieobecność na Live Aid spowodowana wygaśnięciem kontraktów dwóch towarzyszących im instrumentalistów. Takim twardzielom i oryginałom trudno nie kibicować!


PS. Pamiętajcie, że czasem dopisuję coś do posta o mondegreenach.

No comments:

Post a Comment