Solidne, urozmaicone single, reszta hałaśliwa i jakby bardziej chaotyczna niż na poprzednich albumach.
Album niebywale fetowany na lubianym przez mnie forum mycharts.pl, ale także w tym wypadku pod koniec roku ku swojemu zdziwieniu pamiętałem wyłącznie single.
Przez wiele miesięcy widziałem w niej przede wszystkim ekscentryczkę, w tym roku wreszcie dostrzegłem wykonawczynię udanego electro popu.
Po ponad 30 latach tyleż owocnej, co nierównej kariery, w liverpoolczykach nie zamarła dusza artystów i innowatorów. Płyta do posłuchania i przemyślenia, nawet za cenę początkowego podrapania się po głowie.
51. Original Soundtrack - The Great Gatsby
48. Biffy Clyro – Opposites
Płyta wzbudzająca skrajne emocje. Dotarła na szczyt brytyjskich notowań, ale znam też takich, których daliby jej notę 1/10. Ja pozostaję fanem ekspresyjnego rocka Szkotów, nawet w tak dużej dawce.
To pewnie dla wielu spora niespodzianka, jednak po kilku podejściach uznałem, że irlandzka kapela ma wszelkie atuty, aby błyszczeć w rockowym airplayu. Mają coś z The Coral i innych fajnych ekip sprzed kilku lat.
46. Uniqplan – Wilderness
Debiutowi warszawiaków jeszcze trochę brakuje do ideału. Wytyczyli na tym albumie kilka kierunków, w których być może pójdą. Warto czekać, aż przekonamy się, który ostatecznie wybiorą.
Płyta prawie nie promowana poza Australią, a szkoda, ponieważ Brooke Addamo dobrze odnajduje się we wielu stylistykach i przekonująco przekazuje różnorakie stany emocjonalne. Być może nawet Lana Del Rey byłaby w stanie coś wynieść z zapoznania się z tym materiałem, chociaż to zależy od tego, na ile toleruje elektronikę w muzyce. Przez moment wydawało się, że to będzie moja płyta roku, czyli chyba poziom albumów w 2013 był całkiem niezły...
Złotowłosa z ABBY powraca z autorskim repertuarem. Jej perlistego głosu wciąż słucha się z ogromną przyjemnością, tym bardziej, że zdecydowana większość piosenek to pop na wysokim poziomie, chwilami dość taneczny.
Ułatwiłem sobie zadanie i potraktowałem obydwie (bardzo w końcu różne płyty) jako "całościowe przeżycie" :), dzięki czemu jeden z "patronów" Jessie Ware Polska znalazł się w zestawieniu. Nie ukrywam, że nadal Timbaland nie jest moim ideałem producenta, dlatego najbliższe mi są fragmenty tego projektu, które najmocniej zatrącają o konwencjonalną balladę.
40.
Holy Ghost! – Dynamics
Niebywale stylowy duet. W czasach, kiedy większość syntezatorowych ejtisomaniaków odwołuje się do stylistyki niskobudżetowego science-fiction, oni wydają się bardziej pasować do filmów o intrygach maklerów i policyjnych tuzów.
It Must Be the Weather to małe arcydzieło o rozterkach wieku średniego, o rozmachu godnym ballady
Backstreet Boys.
39.
Oh Land – Wishbone
Dowód, że nawet w Danii w tym roku granice między dobrym mainstreamowym R&B a muzyką alternatywną były bardzo płynne. W końcu był to rok "Blurred Lines" ;)
38.
Fismoll – At Glade
Nie miałem w tym roku zbyt wiele ochoty na folk, ale młody poznaniak to talent na skalę międzynarodową.
37.
John Legend – Love In The Future
Z roku na rok tak klasycznie brzmiące R&B co raz mocniej na mnie działa, a takich muzyków-dżentelmenów jak Legend wielu przecież nie ma.
36.
The Mary Onettes – Hit the Waves
Jeden z dwóch szwedzkich zespołów indie, jakimi zachwycam się od kilku lat i niecierpliwie czekałem na ich tegoroczne płyty. Obydwa mnie nie zawiodły, dostarczając solidną dawkę właściwej dla tego kraju dźwiękowej łagodnej melancholii, jednak bardziej zachwycił mnie ten nieco mniej gitarowy.
35.
Cut Copy – Free Your Mind
Rok, w którym tak dobra płyta znajduje się dopiero na 35 miejscu podsumowania, musiał być dobry! Australijczycy z każdym rokiem w coraz lepszych proporcjach mieszają swoje dwa największe atuty: taneczność i psychodelię.
34.
Volcano Choir – Repave
Majestatyczny folk z udziałem samego
Justina Vernona (
Bon Iver).
33.
Crystal Fighters – Cave Rave
Mam nadzieję, że nie zabrzmi to protekcjonalnie, ale muzyka tego zespołu (szczególnie harmonie wokalne) pasowałyby mi do kreskówki o przygodach beztroskiego osiołka ;) Na
Cave Rave zaprezentowali dość wygładzone brzmienie w porównaniu z poprzednimi dokonaniami, ale to tylko uwypukliło, jak dobre piosenki piszą.
32.
The Naked and Famous – In Rolling Waves
Ta formacja również wyzbyła się sporej części wariactwa, którym ujęła słuchaczy ponad trzy lata temu. Pozostał "jedynie" mroczny klimat ich muzyki. Ale podobnie jak w przypadku Crystal Fighters, pozostały dobre piosenki.
31.
Woodkid – The Golden Age
Yoann Lemoine to tak oryginalny artysta, że nadal nie do końca ogarniam jego fenomen, a patrząc na admirację moich wielu znajomych, w tym kręgu to już prawdziwy fenomen. Jak widać, jego dźwiękowy przepych robi na mnie coraz większe wrażenie.
30.
Quadron - Avalanche
Znowu Dania i znowu wysmakowane R&B! Nie włączać bez koktajlu w dłoni i butów do tańca na nogach!
29.
The 1975 – The 1975
Zespół z Manchesteru zaczynał w klimatach bliskich punkowi, ale do czasu wydania płyty mocno się wygładzili. Nie zdziwiłbym się, gdyby ich wokalisty nie skusiły niedługo uroki "jeśkomuzy" (electro-soulu). Na razie otrzymaliśmy atrakcyjny soundtrack na wycieczki do pubu w gronie przyjaciół.
28.
Big Black Delta – Big Black Delta
Dzieło muzyka grupy
Mellowdrone Jonathana Batesa znalazło amatorów chyba tylko na forum mycharts.pl. A szkoda, ponieważ to bardzo apetyczna porcja dźwiękowego szaleństwa. Coś dla tych, którzy nie boją się hałasu, humoru i niekonwencjonalnych rozwiązań.
27.
Blood Orange – Cupid Deluxe
Wszyscy blogerzy trąbią, że to wielki talent i nadzieja nowoczesnego R&B, świetny producent i wokalista? Mają rację. Tą wieczorno-wyciszającą płytą udowodnił to po raz kolejny i na pewno nie ostatni.
26.
Fotonovela – A Ton of Love
Byłem przekonany, że w zestawieniu znajdzie się album synthpopowego projektu na literę F wydany w grudniu, ale obstawiałem, że będzie to krążek
Futurecopa! Ten jednak broni się prawie wyłącznie singlami, gdy tymczasem dzieło Greków to kopalnia uwodzicielskich retrobrzmień o lekko
gotyckim zacięciu.
25.
The Weeknd – Kiss Land
Według wielu krytyków Kanadyjczyk już się "skończył". Na mnie nadal serwowane przez niego połączenie chłodnej elektroniki z soulowym machismo bardzo działo. Przynajmniej kilka z tych utworów na pewno będzie figurować w jego koncertowej setliście pewnie jeszcze za kilkanaście lat.
24.
John Newman – Tribute
Zdążyłem się już nasłuchać, że to mało urozmaicony album. Trudno się kłócić z takimi zarzutami, jednak mi nie przeszkadza, że wszystkie te chwytliwe melodie ujrzały światło dzienne już teraz. Newman to prawdopodobnie na tyle rozsądny artysta, że jest świadomy konieczności urozmaicenia repertuaru w przyszłości, choć z drugiej strony brzmienia w stylu
Marka Ronsona mogą być popularne w Wielkiej Brytanii jeszcze przez kilka lat, więc może nie musi...
23.
Naughty Boy – Hotel Cabana
Płyty producenta o pakistańskich korzeniach słucha się trochę jak dźwiękowego CV, którego autor chciał udowodnić, że jest w stanie nagrać pop i R&B we wszelkich odcieniach (także bliskich rockowi). Dzięki temu podczas jej słuchania trudno się znudzić.
22.
The Neighbourhood – I Love You.
Krążek o niesamowicie wciągającym klimacie, bliskim stylistyce filmu noir, ale strawnym dla dzisiejszej młodzieży. Jeden z tych indie rockowych zespołów, które w tym roku moim zdaniem najbardziej zasłużyły na (względny) sukces komercyjny.
21.
Natalia Natu Przybysz – Kozmic Blues
Najbardziej obok Volcano Choir i może Quadron niesinglowy materiał w zestawieniu. Co jeszcze ciekawszy, poza jednym wyjątkiem złożyły się na niego wyłącznie przeróbki utworów legendarnej Janis Joplin. Jako licealista sarkałem na popularność
Sistars, jednak na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie się oprzeć urokowi głosu znanych sióstr (patrz też pozycja 49).
20.
Various Artists – Saint Heron
Składanka prezentująca nowe nagrania twórców związanych z labelem prowadzonym przez Solange noszącym właśnie taką nazwę. Oprócz szefowej znaleźli się na niej m.in. Cassie, Sampha i Jhene Aiko. Tak powinien brzmieć soul XXI w. i...tak brzmi! Modnie tajemniczo, ale też po staremu zmysłowo.
19.
White Lies – Big TV
Spadek o 17 lokat w porównaniu z rankingiem za 2011 rok wydaje się bolesny, jednak patrząc na "obsuwy" innych bohaterów tamtego wpisu i pozycje (lub brak) wielu komercyjnych zwycięzców miejsce w Top 20 można raczej uznać za sukces. Londyński zespół niczym mnie nie zaskoczył w tym roku, ale może to i dobrze, ponieważ ich styl od dawna mi pasuje, a poziom kompozycji pozostaje wysoki.
18.
St. Lucia – When The Night>
Brooklyński południowoafrykańczyk postanowił nie utrudniać sobie zadania i oparł debiutancki longplay na mocnych strzałach z wcześniejszej epki. Nie byłoby go tutaj jednak, gdyby nowy materiał nie dorównywał temu nieco starszemu. Mało kto obecnie potrafi tak umiejętnie doprawiać tropikalne rytmy odpowiednio dozowaną nutą mroku. J. P. Grobler przebił pod tym względem nawet
The Presets.
17.
AlunaGeorge – Body Music
Bardzo adekwatny tytuł. Płyta jednego z czołowych projektów łączących w Wielkiej Brytanii R&B z muzyką taneczną wprost ocieka seksapilem.
16.
Arcade Fire – Reflektor
Niesłychanie ambitny krążek, którego nie da się ogarnąć w trakcie jednego przesłuchania (przynajmniej mi się nie udało), ale bezwzględnie warto dać mu kolejne szanse. Nigdy nie byłem wielkim fanem kanadyjskiej formacji, ich muzyka wydawała mi się zbyt duszna, aby regularnie znosić jej większe porcje, jednak Arcade Fire to nie tylko górnolotne pomysły. Jeżeli istnieje wspominana czasem przez Kubę Wojewódzkiego "muzyka dla tańczących inaczej", tak właśnie ona brzmi.
15.
Postiljonen – Skyer
Coś ze Szwecji dla fanów
M83. Syntezatorowe piękno w czystej postaci.
14.
Fitz and the Tantrums – More Than Just a Dream
Usłyszałem pierwszy raz singiel - pomyślałem: London keeps swingin' jak w starych dobrych latach 60. Sprawdziłem skąd są (z Kalifornii) i posłuchałem całej płyty - pomyślałem:
Maroon 5 wyrósł poważny rywal, ale nie mają jurora w
The Voice, nic z tego nie będzie. Sprawdziłem wyniki
Out of My League na amerykańskich listach airplay - myślę, że może im się udać!
13.
London Grammar – If You Wait
Niektórzy sięgnęli po tę płytę dla jej poważnego nastroju (i oczywiście dla głosu Hannah), inni po przesłuchaniu byli w stanie zapamiętać tylko ten nastrój. Ale nie było sporego sukcesu na listach, gdyby nie dałoby się z tej fortepianowej zadumy wyłowić melodii. Mi się na szczęście w porę to udało.
12.
Small Black – Limits of Desire
Jedni z czołowych przedstawicieli chillwave ze znakomitymi rezultatami przeszli w "czyste" retro electro, zatrącający wręcz, jak w załączonym wyżej kawałku, o AOR lat 80 (!)
11.
Grises – No se alarme senora, soy soviético
Wynalazek z clubchart.cz. Solidna dawka post-punkowej energii z Hiszpanii. Uważam, że język Cervantesa świetnie pasuje do takiej muzyki.
10.
Strange Talk – Cast Away
Panowie z reklamy Tymbarka. Australijskie imprezowe electro bez żadnej dodatkowej filozofii. Tańczysz od pierwszej do ostatniej sekundy.
9.
Shout Out Louds – Optica
To ten drugi z odkrytych przeze mnie w drugiej części poprzedniej dekady szwedzkich zespołów indie, na których płyty cierpliwie czekałem i nie żałuję. Ten naród to naprawdę mistrzowie słodkogorzkiego popu - niezależnego i nie tylko.
8.
Empire of the Sun – Ice on the Dune
Kolejny australijski team (nie mylić z nowozelandzkim
Teamem), który w tym roku postawił na dyskotekę - kosztem psychodelii, za którą cztery lata temu chwalili ich (lub wyśmiewali) krytycy. Moim zdaniem to był dobry wybór - melodyczne mistrzostwo świata (i okolic?)!
7.
Rhye - Woman
Na początku roku podsumowałem ten album słowami "płyta bardziej ejtisowa niż się spodziewałem". Wiecie, że w moich ustach to duży komplement :) Ale kanadyjski duet znalazł się tutaj nie tylko dlatego (i dzięki reklamie
Jessie Ware i pewnej koleżanki :) Przede wszystkim dlatego, że taką zwiewną, romantyczną muzykę trzeba doceniać! PS.
Robin Hannibal z Rhye udziela się też w Quadron.
6.
Prefab Sprout – Crimson / Red
Dla niektórych pewnie ten krążek to nudy na pudy, ale
Paddy McAloon to jedna z nielicznych osób na świecie, która jest mnie w stanie skłonić do wsłuchiwania się w kunsztowne teksty swoich piosenek. Po 13 latach przerwy borykający się z częściową utratą słuchu i wzroku muzyk nagrał na tym albumie partie wszystkich instrumentów (!). Wielu młodych folkowców mogłoby mu pozazdrościć inwencji.
5.
Chvrches – The Bones of What You Believe
Płyta, która ma tylko dwie wady - jest troszeczkę za długa (o wielu albumach wymienionych niżej można by powiedzieć to samo) i nie jestem pewny, czy to trio potrzebuje dwóch wokalistów, mając w swoich szeregach taki skarb, jak
Lauren Mayberry. Poza tym - synth-popowa uczta.
4.
Pet Shop Boys – Electric
E-lec-tric e-ne-rgy!, czyli PSB - EDM 1:0. Jest rozmach, jest taneczność, jest przebojowość, jest poczucie humoru, a przede wszystkim odpowiednie wyważenie inspiracji tradycją i nowoczesnością. Niby to krążek w gruncie rzeczy utrzymany w stylu, w jakim grają od lat, jednak duet wciąż ma MNÓSTWO do powiedzenia w tym gatunku. Zastanawiałem się nad przyznaniem w tym roku miejsca 3 ex aequo, ponieważ album, który ostatecznie znalazł się oczko wyżej, też nie jest idealny, jednak mimo wszystko trzeba wyżej ocenić płytę z dwoma odstającymi kawałkami na 13 (wliczając i tak powszechnie znane bonusy), niż z dwoma takimi (
Bolshy - bardziej dobry żart niż dobra piosenka i
Shouting in the Evening) na 9.
3.
Haim - Days Are Gone
Kalifornijskie trio to jeden z nielicznych młodych zespołów indie, które posiadają własny, niepowtarzalny styl - mieszaninę folku, popu i R&B z delikatnym latynoskim posmakiem. Jeżeli do tego dodać szczęście do przebojowych melodii i utalentowanych współpracowników (
Jessie Ware!
Twin Shadow!) otrzymujemy przepis na niepospolitą płytę. Ktoś może powiedzieć, że nie da się pisać w nieskończoność sentymentalnych utworów o młodzieńczych rozterkach sercowych, ale
My Song 5, który wciąż nie za bardzo łapię i
Send Me Down sugerują, że za słodkimi twarzami kryje się odwaga eksperymentowania...
2.
Neon Neon – Praxis Makes Perfect
Może synth-popowe concept albumy o niepospolitych ludziach to wąska nisza, jednak
Gruff Rhys i
Boom Bip po raz kolejny udowodnili, że są w tym specyficznym fachu niekwestionowanymi mistrzami. Bohaterem albumu jest Włoch (
Giangiacomo Feltrinelli, więc musiało być elegancko. Gdyby nie to, że pod koniec mocno siada tempo narzucone przez kilka prawdziwych popowych killerów, byłby numer 1...
1.
V V Brown - Samson & Delilah
Zaskoczeni? Ubiegłoroczny album pani od
Shark of the Water nie był zbyt mocno promowany, ponieważ wydała go własnym nakładem. Brzmienie również jest inne: mroczniejsze, bardziej podniosłe. V V chyba nie obraziłaby się za epitet "czarna Florence". Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych ta propozycja może okazać się ciężkostrawna, jednak jeżeli ma się trochę wolnego czasu wieczorem, warto sprawdzić i zanurzyć się w tych dźwiękach. I naprawdę uważam, że to
jedyna tegoroczna płyta, która trzyma równy poziom od początku do końca.
Płytowe rozczarowania roku? Tradycyjnie przede wszystkim brak nowych wydawnictw kilku ulubieńców, ale w ostatnich tygodniach przebudzili się m.in.
U2, Mew i
Jess Mills, więc nie ma co narzekać. Zawiodła mnie zmiana stylu
Editors - poprzedni mi bardzo odpowiadał, a amerykanizacja brzmienia wydaje mi się bez sensu, bo na karierę za Oceanem w ich wypadku już chyba trochę za późno... Mimo że od czasów
Playing the Angel wypadli z kręgu moich zainteresowań
, nie zgadłbym też, że w moje gusta aż tak nie trafi tegoroczny krążęk
Depeche Mode. Nie ma
Night Time, My Time chwalonej przeze mnie w lutym
Sky Ferreira - na tle innych młodych wokalistek z czołówki Pitchforka to oryginalna, wyjątkowo gitarowa płyta, ale chyba brakuje mi odsłuchania w muzyce lat 90., żeby ją docenić. Niektórych pewnie dziwi brak
Daft Punk i
Phoenix, ale we francuskie rytmy zawsze było mi trudno się wgryźć (jak pamiętacie z czasów Radia Iwelynne, występ
Justice na Open'erze też nie wprowadził mnie w euforię). Jestem też pewnie jedną z nielicznych osób, którym bardziej podobała się poprzednia płyta
Arctic Monkeys niż ostatnia. Utwory z
AM nie gryzą mnie w ucho, ale poza pierwszym i ostatnim wydają się mi się dość podobne do siebie.
W 2013 r. niewiele EP-ek powaliło mnie na kolana. Za całokształt wyróżniłbym trzy (porządek alfabetyczny):
Annie - A&R
Niezniszczalna Norweżka to dla wielu powrót roku. Z powodów technicznych w poprzedniej dekadzie nie znałem jej muzyki, tylko entuzjastyczne recenzje, dlatego nowe wydawnictwo nie wzbudziło we mnie nostalgii, lecz tylko i aż podziw dla swoich wręcz idealnie skrojonych, ciepłych rytmów retro electro. Aby uchronić się przed zarzutem monotonii
Invisible pokazało, że ta pani to nie tylko wcielona słodycz...
Cosmo - Cosmo
Bo wszyscy (londyńscy) muzycy to jedna rodzina! W tym wypadku jej głową był gitarzysta
The Maccabees Felix White, a członkami -
Florence Welch, Jessie Ware i
Jack Peñate. Spotkanie gwiazd zaowocowało prawdziwie bajeczną i niesamowitą muzyką, brzmiącą trochę jak soundtrack przygód królowej Meluzyny :)
Misia Ff - Epka
Śpieszmy się kochać zespoły indie, tak szybko się rozwiązują! Spośród obecnych na ubiegłorocznym OFF Festiwalu,
The Walkmen zdążyli się już na nowo połączyć, na
très.b pewnie poczekamy, ponieważ Misia Ff ma papiery na karierę przynajmniej na skalę Polski. Dobry głos, urocza prezencja, kompozycje też się wyróżniają - warto posłuchać nie tylko, jeżeli jest się fanem alternatywy.
Wow. Piosenki takie udane. Misia taka elegancka. Szanowanko. Wow.
Fanów gitarowego grania pewnie również ucieszyła styczniowa EP-ka moich ulubieńców z
New Order -
Lost Sirens.
Jeszcze w tym tygodniu zapraszam na interesujący wpis statystyczny!