Thursday, November 17, 2011

Historia jednej piosenki: Lauri - Heavy, czyli ma się te pióra

Dzisiaj trochę domorosłej filozofii :)

Może uznacie, że jestem dziwny, ale z jednej strony uważam, że lata pobytu w liceum były dla mnie (i na pewno nie tylko dla mnie) niezbyt dobrym okresem, z drugiej zaś żałuję, że nie znałem wtedy muzyki The Smiths. Może się to wydawać nielogiczne, skoro manchesterski zespół wprawdzie często nagrywał skoczne melodie inspirowane rockabilly i glam rockiem, za to ich teksty można określić w różny sposób, ale na pewno nie jako "optymistyczne". Czasami jednak świadomość, że ktoś ma jeszcze gorzej, dlatego śpiewa np. Heaven Knows I'm Miserable Now, może pomóc. Sam Morrissey w jednym z wywiadów stwierdził, że bardzo cieszą go listy od fanów, w których dziękują mu za to, że jego muzyka pomogła im po śmierci ulubionego chomika i w innych ciężkich chwilach. 

Takie deklaracje bardziej pasują do gwiazdki pop niż do artysty oskarżanego kiedyś o fascynację pedofilią i twierdzącego publicznie, że zabijanie zwierząt na mięso to większa tragedia niż tegoroczna masakra w Norwegii, ale i tak uważam, że jego nagrania podziałałyby na mnie bardziej ożywczo niż szlachetna, ale nieco usypiająca melancholia moich ówczesnych idoli - Coldplay, R.E.M., Myslovitz. Tym bardziej, że po kilkunastu przesłuchaniach materiału The Smiths trudno nie zacząć się zastanawiać, czy naprawdę życie jest tak ponure, jak widzi je podmiot liryczny i czy nie balansuje on na granicy autoparodii. A co dopiero powiedzieć o wykonawcach, którzy próbują odmalowywać podobne emocje, a nie mają ambicji i erudycji Morrisseya?

Pytanie nie jest do końca retoryczne, ponieważ w czerwcu tego roku, który dostarczył mi chyba jeszcze więcej negatywnych emocji niż trzy lata liceum (żeby nie było wątpliwości - tamte trzy lata dostarczyły mi też wielu emocji pozytywnych, niejednokrotnie związanych z muzyką, jeszcze na pewno wiele razy będzie tu o tym mowa) przetrwać trudne chwile pomogły mi dwie sympatyczne osoby (tradycyjnie pozdrawiam Jasło!) i...dwie piosenki. O jednej była już mowa - Every Teardrop Is a Waterfall. O drugiej kilka słów dzisiaj.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem Heavy w Hit FM z kilku powodów byłem bardzo zaskoczony. Podobnie jak chyba wszystkim innym, którzy w tym momencie słuchali radia, przez głowę przeszły mi dwie myśli. Pierwsza: "Koniec The Rasmus?" Druga: "Czy to na pewno ten gość z The Rasmus?" Obydwa pytania były właściwie pozbawione sensu. W przyszłym roku The Rasmus wraca do studia i występów, a w przeszłości muzyce tej fińskiej kapeli nie brakowało przecież taneczności, by wspomnieć choćby słynne In The Shadows czy Living in a World Without You. Dlatego konwencja solowego albumu Lauriego - New World wydaje mi się raczej logiczną kontynuacją jego dotychczasowej kariery niż li tylko ślizganiem się na fali modnego electro-rocka. Tym bardziej, że pozostała gotycka maniera tekstów, która akurat w tamtym momencie mocno do mnie trafiała, a oprawa muzyczna, która może kojarzyć się z lubianym przeze mnie italo disco tylko dodawała mocy mimo wszystko pozytywnemu przesłaniu kawałka.

"Morrissey i Lauri - żywoty równoległe" - brzmi to jak szaleństwo, ale panów chyba łączy przynajmniej jedna rzecz: obydwaj lubią aktorstwo, każdy kto był na koncercie Moza i widział klip do Heavy, na pewno to potwierdzi, ale obydwu nie za bardzo ono wychodzi :) Brytyjczyk przez lata deklarował celibat, dzisiaj bez żenady śpiewa o beczkach prochu między nogami. A czarującemu (zdaniem wielu) Finowi przecież też nie wierzymy, że żyje w górskiej chatce z niezbyt atrakcyjną...pacynką (?!)



Do tematu The Smiths i Morrisseya na pewno jeszcze wrócę, do tematu Lauriego raczej nie, ponieważ następne single już mnie nie ujęły. Zapraszam w poniedziałek na kolejny odcinek Tour de Skandynawia!

3 comments:

  1. Nie spodziewałem się, że Lauri zasłuży u Ciebie na osobny wpis. Aczkolwiek mam wrażenie, iż był to bardziej wpis poświęcony Tobie i Morrisseyowi niż Lauriemu. Mimo tego jak zwykle dało się wyczuć w tym Twą pasję i erudycję;-) Pisz więcej!
    Natomiast najbardziej zaskoczyło mnie wyznanie: R.E.M. są obecnie moimi idolami!
    Stawiam zatem pytanie: od kiedy?!;-)

    ReplyDelete
  2. Ja nie napisałem, że to moi obecni idole, tylko, że ówcześni ;) W liceum chyba zazwyczaj słucha się wykonawców, o których jest "zawsze głośno": Metallicki, Red Hot Chilli Peppers, Kultu, U2, Placebo... Czy właśnie tych wymienionych przeze mnie.

    Blog, jak to blog, autopsychoanaliza będzie się pojawiać, ale obiecuję, że w umiarkowanych ilościach :) A w tym cyklu zawsze będę pisał pod wpływem przejściowych impulsów, dlatego będzie tu wszystko: od folku do rave i euro dance :)

    Po finiszu Tour de Skandynawia pokręcimy się trochę po latach 80. :)

    ReplyDelete
  3. U mnie nowy post, zapraszam :)

    ReplyDelete