Friday, November 2, 2012

Historia kilku piosenek (plus trochę promocji)

Do moich ulubionych blogerów muzycznych należy Marcello Carlin, który cztery lata temu podjął się zrecenzowania wszystkich albumów, które dotarły do szczytu brytyjskiej listy sprzedaży. Jak na razie pozostaje wierny swojemu postanowieniu, chociaż jakiś czas temu miał moment załamania, do czego przyznał się w komentarzu umieszczonym w pokrewnej, tyle że poświęconej singlom rubryce Popular znanego m.in. z Pitchforka i "Guardiana" Toma Ewinga na stronie Freaky Trigger. Winę za to ponosił jego nie najlepszy stan zdrowia i słaba sprzedaż autobiograficznej (i jak najbardziej w dużej mierze poświęconej muzyce) książki The Blue in the Air. Na szczęście przełamał się (ciekawe czy miał czas przeczytać mój podnoszący na duchu komentarz) i pozostaje najbardziej systematycznym ze znanych mi autorów bloga o podobnej tematyce, wliczając w to jego drugą żonę Lenę Friesen, która poświęciła się analizie brytyjskich singli numer 2 (co zawsze mnie cieszy jako Żuławiaka, ma ona menonickie korzenie).

Recenzje Carlina mają bardzo specyficzny charakter. Właściwie jedyną ich cechą wspólną jest to, że zawsze poświęca trochę miejsca każdemu utworowi znajdującemu się na płycie, chyba że pisał już o nim wszystko lub zrobi to w przyszłości Lena (jak na razie między dwoma blogami występuje różnica czasowa siedmiu lat; sytuację "pogarsza" fakt, że Lena uwzględnia większość numerów 2 na konkurencyjnych wobec oficjalnej listy publikowanej w magazynie "Record Retailer" powstających aż do maja 1988 r. notowań "NME"). Często używa metafor zaczerpniętych z serialu "The Prisoner" oraz porównań do albumu Escalator Over the Hill Paula Hainesa i Carli Bley oraz bębniarskiego kunsztu Roberta Wyatta. Cechą szczególną tego autora jest również umiejętność dostrzegania mrocznych, melancholijnych, często równocześnie wyprzedzających swoich epokę tonów w twórczości omawianych artystów. A trzeba pamiętać, że w latach 70., których jak na razie dotyczy gros zebranego materiału, przez wiele tygodni na liście potrafiły dominować niechlujnie kompilowane na użytek mało wyrobionych konsumentów składanki artystów kojarzonych z nurtem "easy listening". Można więc pogratulować Carlinowi wrażliwości i wyobraźni.

Tylko...czy to na pewno kwestia bujnej wyobraźni? Weźmy pod lupę jeden z wydawałoby się najbardziej beztroskich gatunków muzyki pop - disco (Wikipedia podaje wprawdzie "new wave" i "post-disco", ale sprawia to wrażenie litowania się nad anachronicznym brzmieniem grupy). Piosenka o rok młodsza od ostatnich rozważań Carlina, bo z 1980. Brytyjskiemu zespołowi Nick Straker Band dzięki A Walk in the Park udało się wylansować spory europejski przebój (m.in. 3 miejsce w Niemczech, gdzie wciąż jest chętnie przerabiany i samplowany). Kariera formacji zapowiadała się nieźle (inny utwór - A Little Bit of Jazz, dotarł w 1981 r. na szczyt tanecznych notowań Billboardu), jednak takie wywodzące się z funku granie szybko zaczęło trącić myszką, poza tym część z jej członków dzieliła czas z występami w bardziej awangardowym projekcie New Musik. Straker był aktywny muzycznie jeszcze w 1987 r., między nagrał własną wersję przeboju grupy Tavares It Only Takes a Minute, o którym akurat usłyszałem pierwszy raz dzięki płycie Take That and Party.

Co o samej piosence? Napędzające całość klawisze, słodki falset w refrenie, żarliwa gitarowa solówka pod koniec. Wypadałoby się, że to idealny akompaniament dla jakiejś młodzieżowej wersji Oktoberfest. Czy jest równie beztroski?

Przechadzka do parku
Musi wrócić mi rozum - chociaż trochę
Dookoła jest ciemno, nie wiem dokąd mnie prowadzą.
Oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas i zachować się jak mężczyzna
Gdzie mógłbym się zwrócić, żeby uwolnić się od tego zakłopotania?

Przechadzka do parku, krok w ciemność
Przechadzka do parku, podróż w ciemność,
Odchodzę, dzisiaj uciekam

Przechadzka do parku
Z dala od wszystkich zatłoczonych uliczek mojego umysłu
Poszukuję prostszej ścieżki.
Poszukuję cienistej polany, na której mógłbym się odprężyć.
Lecz dlaczego idziemy do przodu - mimo błędów, mimo zniszczeń?
Życie bywa dobrą zabawą - to zależy od sytuacji.

Przyznacie, że brzmi dość mrocznie, choćby ze względu na użyte metafory, a happy end nie sprawia zbyt przekonującego wrażenia.
Tak się złożyło, że prawie bezpośrednio po A Walk in the Park, słuchałem jak dla mnie superprzebojowej (jak to w latach 80., świetnie wykorzystano saksofon), ale już zupełnie zapomnianej kompozycji grupy The Blow Monkeys, o której chyba wspomina się już tylko w kontekście niefortunnej nazwy stanowiącej wyzwisko pod adresem rdzennych Australijczyków (lider formacji, Szkot Robert Howard występujący pod pseudonimem Dr. Robert spędził na Antypodach dzieciństwo), może jeszcze w związku z coverem You Don't Own Me ze ścieżki dźwiękowej Dirty Dancing. This Is Your Life znalazło się na brytyjskiej liście singli dwukrotnie - w 1988 r. i w zremiksowanej wersji rok później, odpowiednio docierając do 70 i 32 pozycji.

Czyżby znowu zawinił pesymistyczny tekst? Nie jestem pewny, czy mogę zaufać wersjom znalezionym w Internecie, dlatego ograniczę się do kilku cytatów: "Czas przejąć kontrolę nad tym, co sprawiło, że się sprzedałeś", "To twoje życie - jest smutne", "Powalone na kolana rozbite rodziny - czas skupić nienawiść na czymś innym", jest też mowa o "pokornych sługach" i przyjacielu, któremu podcięto skrzydła, kiedy przeżywał "najlepszy czas" i zaprowadziło go to za kratki. Refren brzmi: "Krąży powiedzenie, które brzmi tak - mówią skarbie, że nie będziesz żałować tego, czego nie miałaś; Krąży powiedzenie, które brzmi tak - Przetrwają najsilniejsi" (to ostatnie to właściwie często nadinterpretowany termin naukowy z teorii Darwina)

A to wszystko w piosence, która wydaje się sztandarowym przykładem "dekadencji" lat 80. w stylu "po tym już tylko grunge". Co z tego wynika? Albo ówcześni wykonawcy śpiewali, co im ślina przyniosła na język, albo nie byli tak słabi, jak głosi fama albo po prostu The Blow Monkeys wyróżniali się na ich tle bardziej, niż to pamiętamy (Wikipedia przypisuje im pionierską rolę w gatunku UK garage i śpiewaniu o homofobii).
Żeby nie kończyć tak pesymistycznie, weźmy na warsztat jeszcze jeden stary szlagier o bardziej optymistycznej wymowie, ale też nie będący typową "potupajką". Chyba już mało kto pamięta, że jedną z pierwszych szołbiznesowych przygód Madonny była rola tancerki podczas amerykańskiego tournee francuskiego wokalisty Patricka Hernandeza, który w 1979 r. przeżywał swoje 15 minut sławy dzięki kompozycji Born to Be Alive (numer 1 we Francji, numer 10 w Wlk. Brytanii, numer 16 w USA). Jeśli mam być szczery, to dostrzegam w aranżacji, a przede wszystkim manierze śpiewania absurdalnie przystojnego Hernandeza sporo z popularnego nieco wcześniej glam rocka, może także dlatego, że w teledysku (ech, gdzie te czasy, kiedy wystarczyło nagrać taki prosty klip, żeby zwrócić na siebie uwagę...) jest on wystylizowany na angielskiego dżentelmena (ta laseczka...) Francuz (chociaż w gruncie rzeczy chyba najbardziej międzynarodowa hybryda europejskiego popu przed Aurą Dione - miał korzenie hiszpańskie, włoskie i austriackie) nie chcę mówić punkowo, ale na pewno zadziornie śpiewał takie oto rzeczy (w nieco dowolnym, ale chyba oddającym istotę rzeczy tłumaczeniu):

Urodziliśmy się, aby żyć
Urodzony, aby żyć (czy chciałbyś żyć pełnią życia?)
Widzisz, że urodziłeś się (aby żyć)

Ludzie pytają mnie, dlaczego nigdy nie zatrzymasz się i nie ustatkujesz
Ale ja nigdy nie będę chciał tego, co ludzie potrzebują, aby usprawiedliwiać swoje kłamstwa

Dobrze jest być wśród żywych

Czas był po mojej stronie, kiedy biegłem w dół ulicy. To było takie przyjemne
Walizka, stara gitara i coś nowego, co pozwoli mi zająć myśli

Widzisz, że urodziłeś się (aby żyć)

Wniosek? Muzyka taneczna? Na pewno. O niczym? Już niekoniecznie. Hipisowskie czasy jednak nas trochę zmieniły. Czyżby to miała być unowocześniona i ugrzeczniona wersja I Got Life z Hair?
Skoro już rozwodzę się nad tymi starociami, dodam, że już w latach 80. miało miejsce zjawisko tego, co Muzykobloger rozmawiając ze mną o Hop-Bęcu nazywa "dupnymi coverami". Dobrym przykładem jest znana pewnie wszystkim fanom disco, ale bardziej pod tytułem "Oo-Oo" :) albo "My body, your body" ;) kompozycja Let's All Chant z 1978 r. firmowana przez Michael Zager Band od nazwiska jej autora, amerykańskiego producenta. U góry zamieszczam wersję oryginalną, która oprócz fajnych tancerek :) może poszczycić się smaczkami w postaci fleciku i trąbki. Poniżej - nagrana w celach charytatywnych wersja duetu londyńskich radiowców Pat & Mick wyprodukowana przez trio Stock-Aitken-Waterman. To chyba jeden z koronnych argumentów za tym, że właśnie w okresie triumfów wytwórni PWL w Wielkiej Brytanii oraz popularności stylu Latin freestyle w USA kształtowało się taśmowe podejście do popu, które obecnie owocuje skargami, że "muzyka się skończyła". (Za straszną fryzurę jednego z tych panów mogę tylko przeprosić).




OGŁOSZENIA:
1. Wczoraj minęło pół roku od powstania profilu Iwelynne Music News, na którym wciąż się udzielam, chociaż z braku czasu niestety coraz rzadziej. Maciek jednak skutecznie nadrabia i wciąż wierzymy, że dzięki Waszym lajkom powstanie z tego małe imperium medialne :) A ja coraz mocniej zastanawiam się nad nagraniem chociaż dwu, za to solidnych audycji w przerwie świątecznej...

2. Jeżeli chcecie posłuchać większej liczby utworów z lat 80. trochę lepszej jakości niż Pat & Mick, polecam nową inicjatywę kolegi Artura. Nie wiem do końca, co z niej wyjdzie, ale o poziom jestem spokojny.

3. Skorzystałem z zaproszenia redaktora strony All About Music i w niedzielę rozpocznie się publikacja mojego cyklu "Muzyka Świata". Zacznę oczywiście od Australii (do tego chciałem się ograniczyć, ale Łukasz miał trochę inny pomysł), za tydzień Islandia. W związku z tym, że przygotowywanie tam tekstów jest dość pracochłonne, ten blog zmieni nieco formułę. Posty będą nadal powstawać, ale najpierw będą trafiać we fragmentach jako opisy na profil bloga. To powinno mi oszczędzić niepotrzebnego wysiłku jednocześnie zachowując jakość wpisów.