Wednesday, April 25, 2012

Za co cenimy...a-ha i Mortena Harketa?


Każdy z nas na pewno czegoś w swoim życiu bardzo żałuje. Moim największym muzycznym wyrzutem sumienia jest absencja na koncercie A-Ha w Łodzi w listopadzie 2009 r., tym bardziej, że było tam wielu moich znajomych z forum i świetnie się bawili (co było dla mnie zrozumiałe samo przez się). Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi - zazwyczaj chodzi o pieniądze, o kobietę albo obydwie rzeczy na raz. Nie pamiętam, jak było w moim przypadku i nie chcę już do tego wracać. W każdym razie wyciągnąłem wnioski i ani nie odpuszczę New Order - kolejnej kapeli, która być może daje nam w tym roku ostatnią okazję posłuchać się na żywo (inna sprawa, że jak mówią specjaliści bez Hooky'ego to już nie to...), ani nie odpuszczę Norwegom, jeżeli jeszcze kiedyś pojawią się w Polsce. Wprawdzie oficjalnie była to ich pożegnalna trasa, ale przecież z show-businessem żegnali się i Scorpions, i Cher, i Tina Turner, a potem z realizacją tych deklaracji bywało różnie. A przecież wszystko to przedstawiciele jeszcze starszej generacji. Stali bywalcy wątku poświęconego tej grupie na forum.80s.pl (Gosia, obserwator, Sylvia i inni), który uważam, że najbardziej aktualne i najpełniejsze źródło wiedzy o A-Ha i solowych projektach członków tego tria w Polsce, chyba się już z tymi pogodzili, ale ja wierzę, że natura ciągnie wilka do lasu.

Pisanie o A-Ha przypomina nieco pisanie o Europe. Obydwa składy mimo poruszania się w zupełnie innej stylistyce należą do moich ulubionych i trudno byłoby mi ograniczyć się do wymienienia mojego Top 10 ich ulubionych numerów. Z drugiej strony mam świadomość, że dla coraz większej części populacji jest to gwiazda jednego przeboju (jak on się nazywał...Lesson One?) A jeszcze w okresie promocji albumu Lifelines w playliście Radia Zet były po 3-4 jego piosenki... Dlatego mimo, że nie próbuję iść w zawody ze wspomnianym forumowym wątkiem, uważam, że dzięki takim postom, jak ten, mój blog spełnia ważną rolę edukacyjną ;)


Analogii z Europe jest zresztą więcej - to dwie formacje ze Skandynawii składające się z przystojnych muzyków (ze szczególnym wskazaniem na wokalistę), które z tego powodu nie były traktowane tak poważnie, jak na to zasługują. Oczywiście trudno traktować poważnie zapewnienia gitarzysty Pala Wakhtaara, że jego zespół był "bardziej rock'n'rollowy niż Stonesi", jednak gdyby nie kilka chwytliwych syntezatorowych singli, prawdopodobnie Norwegów wspominalibyśmy dzisiaj nie jako gwiazdy lat 80., lecz...legendy indie. I też nie tylko wbrew pozorom ze względu na płyty wydane w XXI wieku, lecz również wcześniejsze dokonania.

Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć na naprawdę mnóstwo różnych sposobów:
1. Za pięciooktawowy głos wokalisty Mortena Harketa, o którym mówi się, że mógłby nim ciąć szkło :) "Powrotny" singiel Summer Moved On z 2000 r. zawiera najdłuższą nutę wyśpiewaną przez wokalistę w singlowym nagraniu notowanym na brytyjskiej liście przebojów (trwa 20,2 sekundy!). Nieszczęsne Take On Me to też doskonały materiał do wokalnych popisów.





1b) Za piękne kości policzkowe wokalisty :)


2. Za piosenki "w stylu a-ha", czyli podniosłe, dynamiczne, bardzo ejtisowe numery z nośnymi refrenami, w których Morten może w pełni ukazać swoje wysokie rejestry. Gdyby każda ich piosenka spełniająca te kryteria miała zostać singlem, mieliby ich dwa raz więcej. Załapałoby się m.in. The Swing of Things.





3. Za piękne ballady, z których co najmniej trzy zyskały status klasyków muzyki pop ostatniego ćwierćwiecza. Jedna nawet półwiecza, ponieważ jest coverem kompozycji The Everly Brothers z 1963 r. (Klip numer trzy znajdziecie w punkcie czwartym). 





4. Za nowatorskie teledyski. Bardziej od nich swoimi klipami w latach 80. namieszali chyba tylko Michael Jackson, Madonna i Duran Duran. Obsypane nagrodami MTV Take On Me było pierwszym tego typu obrazem wykonanym w technice rotoskopii (połączenie gry aktorskiej z animacją i komiksem). W 2002 r. wiele pochwał zebrało oparte na filmie dokumentalnym Mortena Skalleruda z 1991 r. wideo do Lifelines, którego pełna wersja przedstawiała w przyspieszonym tempie rok z życia wioski w północnej Norwegii.







5. Za "nordycki chłód i tajemniczość" :) Na albumie Memorial Beach z 1994 r. panowie wręcz przesadzili z budowaniem nastroju, ponieważ poza singlami Dark Is the Night (For All) (ale by ta piosenka szalała po amerykańskich koledżowych radiostacjach w wykonaniu trochę młodszego zespołu...) i może Angel in the Snow sprawia ona wrażenie zbioru niedopracowanych pomysłów. Lepiej pod tym względem prezentuje się np. wcześniejsze nagranie Living a Boy's Adventure Tales. Na ostatnich krążkach także można znaleźć kilka numerów, przy których czuje się na plecach oddech Buki... (Aby usłyszeć to drugie w Radiu Plus kilka razy zrezygnowałem z obiadu w licealnej stołówce :), bo miałem wrażenie, że najczęściej jest nadawane po godz. 19.00 :)





6. Za umiejętne wykorzystanie kobiecych wokali. To domena ostatnich albumów. Na singlu Velvet oraz w uroczym You'll Never Get Over Me można usłyszeć Amerykankę Lauren Savoy - żonę Pala, z którym tworzy zespół Savoy (to on jako pierwszy wykonywał Velvet), w Turn the Lights Down - uznaną norweską wokalistkę Annelie Drecker, którą być może kojarzycie z promowanej w ubiegłej dekadzie w Trójce formacji D-Sound.



7. Za rekord Guinnessa w kategorii "największa widownia na biletowanym koncercie", pobity na festiwalu Rock in Rio II stadionie Maracana w Rio de Janeiro w 1991 r. Na występ Norwegów pofatygowało się 198.000 fanów - więcej niż np. na Guns 'n' Roses. Szacun! (O ile pamiętam jeśli chodzi o występy niebiletowane rekord dzierży Rod Stewart i też został on pobity w Rio, tylko, że na Copacabanie).

8. Tak zupełnie prywatnie - za raczej niedocenianą, a pełną smaczków, płytę East of the Sun, West of the Moon z 1990 r. Moim osobistym faworytem jest utwór Rolling Thunder, który doskonale łączy "stare" syntezatorowe a-ha z "nowym" gitarowym. Ale warto też zwrócić uwage na Slender Frame, Waiting for Her czy Cold River.

9. Za to, że rzeczywiście kończą na szczycie, jak to anonsowało ich ostatnie tournee. Album Foot of the Mountain, mimo że promował go dość nijaki singiel, mógł się podobać fanom zespołu z lat największej świetności, Depeche Mode :), a mniemam, że również "nowego" a-ha.

10. Last but not least, za ciekawe projekty solowe. Klawiszowiec (ale też gitarzysta) Magne Furuholmen współpracował poza a-ha z muzykami Coldplay i Travis, a z Guyem Berrymanem z tej pierwszej ekipy, Jonasem Bjerre z Mew i producentem Martinem Terefe tworzy alternatywną supergrupę Apparatjik. Pal Waaktaar-Savoy (zmienił nazwisko po ślubie) tak jak wspomniałem nagrał wraz z żoną sześć albumów, a w 2011 r. zapoczątkował nowy projekt Weathervane. Czemu trudno się dziwić, największy solowy sukces z całej trójki odniósł wokalista. W tym miesiącu ukazał się jego piąty album wydany na własne konto pt. Out of My Hands. Zebrał bardzo ciekawe grono autorów (muzycy Pet Shop Boys, Kent, Dave Sneddon - pierwszy zwycięzca programu Fame Academy w Wielkiej Brytanii, idol nastolatek z lat 90. Espen Lind), ale rezultaty ich pracy spotkały się z dość mieszanymi recenzjami. Poprzednie indywidualne dokonania Harketa w porównaniu z muzyką a-ha brzmiały albo introspektywnie, albo staromodnie. Tym razem mamy właściwie przedłużenie ostatniego etapu historii macierzystej grupy - melodyjny pop, który równie dobrzy brzmi w radiu teraz, jak brzmiałby ćwierć wieku temu. Trochę brakuje mi na tej płycie urozmaicenia - do pewnego stopnia stanowi je przeróbka przeboju grupy Kent sprzed dekady. Jednak jak pokazują, wyniki sprzedaży fanom wokalisty w ojczyźnie, Niemczech i Europie Wschodniej taka sentymentalna podróż chyba wystarcza. Ale skoro można to robić w pojedynkę, czemu by nie w trzech?

Na koniec dodam jako ciekawostkę, że członkowie a-ha są też ludźmi utalentowanymi plastycznie, a Morten miał epizod aktorski, po którym została urocza piosenka :)

Thursday, April 19, 2012

Piętnaście piosenek Kent, które warto znać

Szwedzki Kent to zespół, o którym można powiedzieć tyle pozytywnego, że aż nie wiadomo, od czego zacząć :) Zacznę więc od ogłoszenia o treści organizacyjnej. Sztampowy tekst "mam dla Was dwie wiadomości etc." nie byłby na miejscu, ponieważ mam dla Was wiadomość, która jednocześnie jest dobra i zła. Wszystko wskazuje na to, że od 1 czerwca aktywność bloga spadnie niemal do zera lub zmieni on swoją formułę, stając się platformą reklamową projektu, o którego realizacji marzyłem od wielu lat. Ja, mój kolega Maciek i kilku naszych znajomych stworzyliśmy internetowe Radio Iwelynne. Skąd nazwa? Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o kobietę...a nawet dwie ;) Więcej informacji znajdziecie w opisie tego wydarzenia. Najprawdopodobniej będę prowadził cztery audycje: autorską muzyczną w środy od 18 do 20 (głównie współczesna alternatywa, ale może się tam pojawić naprawdę wszytko), przeboje lat 80. i 90. w czwartki od 18 do 20, "Wieczorek Blogerów" w piątki o 21, czyli prezentacja najciekawszych wpisów z zaprzyjaźnionych blogów (tak drodzy komentatorzy/komentatorki, o Was piszę) oraz audycja "taneczno-energetyczna" (od Bad Boys Blue do Bloc Party) w piątki 22-24.

Trudno powiedzieć, na ile starczy mi sił (bo inwencji na pewno :), możliwe, że po wakacjach będę musiał nieco ograniczyć moją aktywność z powodów zawodowych (byle nie mocniej niż o 2 godziny tygodniowo), ale na razie mam nadzieję, że powstanie z tego coś naprawdę bardzo dobrego. Duże nadzieję wiążemy z Maćkiem m.in. z prezentacją występów młodych artystów przed naszymi mikrofonami. Żeby urzeczywistnić wszystkie te marzenia, z czegoś trzeba będzie zrezygnować, a pierwszym kandydatem do odstrzału niestety jest ten blog (i równoległy historyczny). W kwietniu i maju jednak na pewno blog będzie pracował na pełnych obrotach, a od rocznych podsumowań - tu czy gdzie indziej - na pewno się nie wywiniecie :D Tym, którzy nie mogą się doczekać, polecam wątek, który założyłem wczoraj na Mycharts.pl. Mam nadzieję, że niedługo rozrośnie się do rozmiarów pełnego działu.

A teraz do meritum. Grupa Kent powstała w 1990 r. w mieście Eskilstuna (jak ten czas leci...) Przez pierwsze trzy lata działała pod nazwami: Coca-Cola Kids, Jones & Giftet (Jones i trucizna) oraz Havsänglar (morskie anioły - gatunek rekina). W jej skład wchodzą: powszechnie znany i kochany  Jocke, czyli Joakim Berg (wokalista, gitara rytmiczna), Martin Sköld (basista), Sami Sirviö (gitara prowadząca) i Markus Mustonen (perkusja, pianino). Dwaj ostatni są z pochodzenia Finami. Debiutancki eponimiczny album wydali w 1995 r. Od tego czasu uzbierało się ich dziewięć, składanka stron B singli, boks i epka The hjärta & smärta (Serce i ból). Dwa z nich (Hagnesta Hill i Isola) doczekały się wersji anglojęzycznej. 25 kwietnia ukaże się kolejny. Jego tytuł Jag är inte rädd för mörkret, czyli "nie boję się ciemności" dobrze oddaje istotę muzyki tej formacji. Przyznam, że po maratonie z bardziej znanymi krążkami nie odrobiłem już pracy domowej z dwóch pierwszych (Kent i Verkliget), chociaż właśnie stamtąd wziął się pseudonim jednej z największych znanych mi fanek Szwedów - Stenbrott, jednak wydaje mi się, że pod względem czysto muzycznym z biegiem czasu nieco złagodnieli, chociaż ich coraz bardziej chwytliwe piosenki nadal pozostawały pełne mocy. Teksty jednak pozostały mroczne, podobnie jednak teledyski pełne niezbyt estetycznych postaci, scen typu palenie pluszowych misiów w Dom som försvann albo wyjątkowo mało zachęcające love story w Kärleken väntar. 

Moim zdaniem wyrosła z britpopu i shoegaze'u stylistyka Kentu najpełniejszy wyraz znalazła w ubiegłej dekadzie na praktycznie perfekcyjnych płytach Du & jag döden (w wolnym przekładzie - Ty, ja i śmierć) oraz Vapen & ammunition (Broń i naboje). Następny krążek - Tillbaka till samtiden (Powrót do teraźniejszości) z 2007 r., pierwsze dzieło Kent, na które świadomie czekałem, miał wybitnie przejściowy charakter, z różnym powodzeniem mieszając elementy indie rockowe z elektronicznymi. Na Röd (Czerwony) z 2010 r. już w pełni przeistoczyli się ze szwedzkiego połączenia Oasis z Myslovitz wręcz w szwedzkie Cut Copy. Niestety powstałe w tym okresie kompozycje z nielicznymi wyjątkami odpychają (przynajmniej mnie) klaustrofobicznym charakterem. Na jego następcy - En plats i solen (Miejsce pod słońcem) elektronika brzmiała już znacznie bardziej przestrzennie. Ostatni singiel 999 zwiastuje powrót gitar, resztę nowych piosenek muzycy opisują jako "pełne dumy i nadziei". Co kryje się pod tymi słowami, dowiemy się już za tydzień.

Redukcja kariery Kent do piętnastu utworów to nie do końca wdzięczne zajęcie. Cztery albumy (od Hagnesta Hill do Vapen) to jazda obowiązkowa każdego indiemaniaka, z pozostałymi też nie zaszkodzi się zapoznać. A oto moim zdaniem najbardziej warte uwagi perełki:



Lament, którego nie powstydziłaby się np. ceniona kiedyś (głównie przez krytyków) grupa Cooper Temple Clause.



(Isola, 1997) Jedyny singiel Kent w pierwszej setce w Wielkiej Brytanii i jedna z chyba najlepszych znanych mi kompozycji - skandynawskich i nie tylko. Kiedyś bardzo dawno temu, kiedy jeszcze byłem w stosunku do siebie mniej krytyczny, pokusiłem się o tłumaczenie angielskiego tekstu na polski (szwedzki jest nieco inny). 

Cisza prawie szepcze,
Może o tym, że już jutro zniknie stąd,
Więc jutro damy światu
nowy szpan.
Jesteś zabójcza,
Więc znowu zastrzel mnie,
Cios przyjaciela zawsze boli mniej.

Cisza prawie szepcze,
Jest dla nas niczym tlen,
Jak prędkość światła, wachlarz w skwarny dzień
Szept, co rani,
Tym razem to nie sen
Mam pomysł, na co czekać– chodźmy stąd

Cisza, zacznij słuchać,
To przecież tylko ja,
Lecz czasem duszno tak, że brak Ci tchu.
Szept, co rani
Może się nie znajdzie lek,
Może będę krwawił, aż uwolnię się. 



(Hagnesta Hill, 1999) Najbardziej znana piosenka grupy, m.in. z listy Hop-Bęc i Remizy Eski Rock. Często powtarzam sobie te linijki: "Każdy ma swoją sekundę w blasku słońca". Mam wrażenie, że moja właśnie się zaczęła.



(Hagnesta Hill, 1999)



(Hagnesta Hill, 1999) Przejmująca harmonijka ustna.



(B-sidor 95–00, 2000) Mój kolega Piotrek kończy każdą dyskusję na temat Kent słowami: "Ale i tak "Chans" to ich najlepsza piosenka." Ma prawo :)



(Vapen & Ammunition, 2002) Gwizdy na miarę Engel Rammsteina i hipnotyczny refren "stajemy się jak inni". Donkeyboy przed Donkeyboyem? Pierwszy z na razie pięciu singlowych numerów 1 zespołu w Szwecji (mieli też dwa w Norwegii: Max 500 i Töntarna).



(Vapen & Ammunition, 2002) Piosenka ze względu na podobieństwo do przeboju Visage zainspirowała remiks Fade to Kent.



(Vapen & Ammunition, 2002) Kent w wyjątkowo lekkim wydaniu.



(Tillbaka till samtiden, 2007) Wzruszająca ballada, której wstęp skojarzył się mojemu koledze z forum.80s.pl z Maid of Orleans OMD.



(Röd, 2009) Męcząca płyta, ale promowały ją dwa zjawiskowe single...



(Röd, 2009)



Piosenka nagrana przez zespół w 2008 r. na potrzeby kampanii przeciw przemocy w szkołach prowadzonej przez organizację Friends.



(En plats i solen, 2010) Marcin Bisiorek słusznie promował ten kawałek w swojej audycji w Esce Rock.



Kent A.D. 2012

Jocke i Martin mają też w dorobku utwory pisane dla innych muzyków. Chyba wszyscy pamiętamy Come Along Titiyo z 2001 r., a moją zeszłoroczną playlistę podbił Erik Hassle z Are You Leaving? Niedawno zaś panowie wspomogli pewną żywą legendę norweskiej i światowej sceny pop. Co z tego wyszło? Napiszę Wam w przyszłym tygodniu...

Friday, April 13, 2012

Donkeyboy i Miike Snow, czyli wszystko jest hybrydą?


Tak się składa, że ogromna większość premier płytowych, na które oczekiwałem w pierwszych miesiącach roku, ma jakiś związek ze Skandynawią. Zresztą nie tylko ja - niejeden by się chętnie odświeżył przy dźwiękach duetu Niki & the Dove, ale we większych dawkach będzie to możliwe dopiero w maju. Dlatego prawie dwa tygodnie temu ogłosiłem kwiecień Miesiącem Skandynawskim na Pop Goes the Blog, niestety kilka dni później dopadły mnie problemy techniczne, których do dzisiaj nie udało mi się do końca pokonać, dlatego publikacja pierwszego z czterech planowanych postów tak bardzo się opóźniła.

Część wykonawców, o których chcę napisać, to już stare wygi (w przypadku jednego z nich słowo "weteran" trochę mi nie pasuje), jednak chciałem zacząć od dwóch "gorących" nazw ostatnich lat. W tytule posta umieściłem nazwę biografii Linkin Park, którą mój licealny kolega Julian wypatrzył bodajże w efemerycznym miesięczniku "Muza" i uznał za przykład dekadencji współczesnego rocka :) Trudno, żeby nie przypomniało mi się to wydarzenie, kiedy pisałem o zespole nazwanym na pewnym rosyjskim forum "osłomalczik" :) oraz projekcie, który w swoim logo ma...rogatego zająca.

I. Donkeyboy, czyli życie w stereo
Pamiętacie jeszcze grupę Donkeyboy? W Polsce to właściwie zespół jednego przeboju - Ambitions, chociaż w niektórych stacjach radiowych (m.in. Zet, chyba też Złote Przeboje) można było usłyszeć (choć krótko) też drugi singiel z ich debiutanckiej płyty Caught in a Life - Sometimes. Nie da się tego porównać ze skalą sukcesu, jaki odnieśli w 2009 r. w rodzinnej Norwegii. Ambitions to drugi najpopularniejszy singiel w historii tego kraju oraz największy hit autorstwa rodzimego wykonawcy (większą popularność zdobyło tylko Love Hurts Nazareth), a także na razie jedyny numer 1 tej ekipy w Szwecji. Ambitions i Sometimes łącznie przebywały aż 21 tygodni na szczycie notowań. Był to pierwszy przypadek w ich historii, w którym dwa utwory jednego wykonawcy trafiły pod rząd na pierwsze miejsce listy. Sometimes wracało na prowadzenie dwa razy - pierwszym kawałkiem, który zdetronizował ten przebój był...Töntarna szwedzkiej grupy Kent (hahahaha). Ogółem z albumu "wykrojono" 6 (!) singli, z czego tylko ostatni - Stereolife nie załapał się do pierwszej dziesiątki norweskiej listy przebojów, ani w ogóle się w niej nie pojawił, po czym wnioskuję, że prawdopodobnie trafił jedynie do promocji radiowej.






Moim zdaniem był to sukces całkowicie zasłużony. Grupa zaprezentowała światu własny styl, trudny do jednoznacznego zaklasyfikowania, chociaż budzący wyraźne skojarzenia z klimatami retro. Syntezatory nadawały ich muzyce słodyczy, którą równoważyły teksty, w których często pojawiał się temat zagubienia i niepewności (sam tytuł płyty był wymowny). To już chyba skandynawska specyfika, że nawet mające zachęcać do nierezygnowania z marzeń Ambitions brzmi dość złowieszczo (szczególnie w połączeniu z pierwszą wersją teledysku). Na tyle złowieszczo, że np. Wielka Brytania musiała zadowolić się spłyconą wersją w wykonaniu jednego ze zwycięzców X Factora - Joe McElderry'ego. Może poza Promise Kept każdy z tych 10 utworów ma w sobie coś, co czyni ten krążek jednym z najlepszych w ostatnich latach w kategorii "wszechwag", a jeśli chodzi tylko o pop, może z nim konkurować chyba tylko debiut Gypsy & The Cat.

Kariera Donkeyboy bardzo przypomina losy innego zespołu, który zdobył w ostatnich latach uznanie ludzi mieniących się "koneserami dobrego popu" - duńskiego Alphabeat. Oni też zaczynali od utworów, które przynajmniej mi kojarzyły się z Grease, a na drugim albumie poszli całkowicie w muzykę taneczną - poza trzema singlami z bardzo miernym skutkiem. Formacja z Drammen powoływała się na inspiracje Tomem Pettym, Fleetwood Mac i Pet Shop Boys - na longplayu Silver Moon, który ukazał się 2 marca, słychać już tylko tych ostatnich. Właściwie jedynym wyjątkiem jest ballada All Up to You, która dziwnie przypomina inną ciekawą kompozycję - Your Ex-Lover Is Dead kanadyjskiej grupy Stars. Stylistyczna wolta to jednak nie wszystko - na płycie nie uświadczymy już oryginalnego, ekspresyjnego głosu Linnei Dale. Przyczyna jest chyba dość prozaiczna - zbliża się premiera debiutanckiego krążka wokalistki, która w 2007 r. zajęła siódme miejsce w norweskim Idolu (ciekawe, czy jej rywale byli rzeczywiście lepsi od ówczesnej siedemnastolatki...) Niestety zastępujące je panie Vivian Sørmeland (trzecie miejsce w Idolu 2006 - co ciekawe, wygrał jej chłopak) i nieznana mi skądinąd Elisabeth Sæverås to już nie ten kaliber, a bardziej aż za dobrze nam znane klimaty Velvet itd.

Można zapytać, jak robią to ostatni niektórzy fani Bad Boys Blue ;), po co żonglerka wokalistkami w zespole z chłopcem w nazwie? Tym bardziej, że złośliwi mogą powiedzieć, że np. utwór Stay i bez tych dziewczyn brzmi jak Kelly Clarkson z Papa Dance w chórkach. Cóż, głos Cato Sundberga, który zdecydowanie dominuje na ostatnim krążku, nie wszystkim musi się podobać, choć ja akurat do falsetów nic nie mam (co ciekawe, jego brat klawiszowiec ma na imię...Kent - hahahaha). W każdym razie odpadł czynnik zaskoczenia - płyta przegrała w Norwegii walkę o szczyt z Brucem Springsteenem, a singiel City Boy (być może znacie go z propozycji do listy przebojów Radia Zet lub Radia Kolor) spędził na nim tylko tydzień (za to w Danii aż cztery). Mam nadzieję, że po dość przeciętnym Pull of the Eye następnym zostanie coś, co wynagrodzi mi fakt, że promocja pierwszej z wymienionych tu piosenek zaczęła się już w listopadzie (MUZYKO(B)LOGERZE, ja wiem, że Ty czujesz mój ból...)







II. Miike Snow, czyli koń nie jest domem

...a Miike Snow nie jest wokalistą (ani kapusiem - hehehehe; nie wiem skąd mnie dzisiaj naszedł taki apetyt na suchary). Jest to zespół, który powstał w 2007 r., a tworzą go producenci Christian Karlsson i Pontus Winnberg oraz nowojorski wokalista Andrew Wyatt. Być może te nazwiska nic Wam nie mówią, ale to już uznane marki w świecie muzyki pop (najwyraźniej na tyle rozpoznawalne, żeby kryć prywatność za maskami:). Wyatt jest współautorem hitu Bruno Marsa Grenade (piosenka jak piosenka, ale doczekała się fajnej parodii), zaś pozostali panowie jako Bloodshy & Avant współpracowali z Britney Spears, Madonną, Kylie Minogue, Christiną Millian, Ms. Dynamite oraz wspominaną przeze mnie niedawno Sky Ferreira.

Najwyraźniej jednak postanowili wykorzystać zdobyty rozgłos promując nieco inne brzmienia. Na dobrą sprawę trudno opisać jakie, ponieważ obydwa albumy tego projektu (eponimiczny z 2009 i Happy to You z marca) cechował duży eklektyzm. Chyba najbardziej utożsamiani są z czymś, co z braku lepszych terminów określiłbym "reggae folkiem", czasami wręcz zatrącający o wodewil (jak w God Help This Divorce). Taki charakter miał pierwszy singiel Animal, piosenka Song for No One czy (trochę) Bavarian No.1 i Archipelago z drugiej płyty. Na debiucie bardzo dobrze wyszły im też ballady. (Przez dłuższy okres miałem niejasne wrażenie, że Silvia zainspirowała...Save the World Swedish House Mafia).






Jednak nie zapominajmy, że mamy do czynienia z uznanymi remikserami, nie obyło się więc bez akcentów klubowych. Na pierwszym krążku taką rolę spełniał m.in. kawałek pod zdroworozsądkowym tytułem A Horse Is Not a Home :), a promocja drugiego zaczęła się od mocnego uderzenia, jakim jest alternatywny kuzyn Pjanoo Erica Prydza - czyli Paddling Out. A jeśli ktoś ma ochotę na więcej, jest jeszcze Devil's Work...i chyba jeszcze bardziej klubowy Pretender i karnawałowy No Starry World. No i oczywiście zbliżający się występ na Burn Selector Festival w czerwcu. W niektórych piosenkach chyba dały o sobie znać fascynacje czarnymi rytmami (The Vase, God Help This Divorce - wydaje mi się, że ten numer powinien spodobać się też fanom The Flaming Lips). Pojawia się też koleżanka z labelu Lykke Li - a jak wiadomo, gdzie jest Lykke Li, tam musi być dziwnie :) Chociaż w spokojniejszych utworach bardzo kojarzy mi się ona z klasycznymi girl groups, ale to już temat na osobne dywagacje...





Sunday, April 1, 2012

Historia jednej piosenki - Scooter "Break It Up", czyli miłe złego początki

No to jakby tu uczcić Prima Aprilis na blogu? Najlepiej robiąc coś, czego w inny dzień by się nie zrobiło. Wezmę chyba przykład z mojego kolegi znanego pod pseudonimem Mavoy, który ostatnio przekonuje świat, że kocha Radio ESKA i przyznam się Wam, że kiedyś byłem pod wrażeniem pewnej piosenki zespołu...Scooter. Tak, tego zespołu Scooter. Zresztą nie tylko ja, moja mama też...

Nie wiem, jak teraz, bo nigdy nie słyszałem żadnego ich albumu w całości, ale we wcześniejszej fazie działalności tercetowi z Hamburga czasami zdarzało się zwolnić tempo, a nawet - o zgrozo - nagrać coś nie opartego na samplach. Jeszcze w tamtym stuleciu, kiedy moja muzyczna intuicja dopiero kiełkowała, wydawało mi się, że słowa "ballada" i "Scooter" się wykluczają. Jednak wśród płyt puszczanych w dzierżawionej przez rodziców dyskotece na wydmie namierzyłem świąteczną składankę sygnowaną przez "Bravo" z 1996 r. Podczas jej odsłuchiwania szczególnie przypadł mi do gustu pewien romantyczny utwór śpiewany przez głos, który wydawał mi się dziwnie znajomy. Jego tytuł brzmiał Break It Up, a pochodził z repertuaru...Scootera, a konkretnie albumu Wicked!

Trudno mi powiedzieć, na ile ta najmłodsze pokolenie kojarzy tę formację (za moich czasów dzięki liście Hop-Bęc byli wszechobecni), ale jeżeli zna jakieś teledyski towarzyszące ich ostatnim albumom np. z Vivy, trudno byłoby im sobie wyobrazić wideo do Break It Up. H.P. Baxxter w kilku ujęciach leży przysypany zielskiem kwieciem na torach kolejowych (!), w kilku innych symuluje grę na gitarze akustycznej (!) i użala się nad swoim "niemożliwym do ukrycia" bólem, "jakiego nie znał świat". Jak można się domyśleć, krzywdę wyrządziła mu posągowa blondynka, która najwyraźniej ma z tego powodu wyrzuty sumienia, ponieważ w jednej z ostatnich scen próbuje się zamaskować czarną peruką. Jest to teledysk grupy dyskotekowej, więc występujący w nim pociąg jest oczywiście rosyjski, a grupa jest niemiecka, więc towarzystwo w pociągu jest wielokulturowe. Aż się łezka w oku kręci na myśl, że 16 lat później ten wokalista będzie wyglądał jak brak bliźniak Annie Lennox, a klipy z jego udziałem będą sprowadzały się do ciągania za stringi pań wątpliwej reputacji...



Jako bonus zamieszczam wideo do najbardziej znanego utworu grupy Celebrate the Nun, w skład której wchodzili przed utworzeniem Scootera Baxxter i Rick J. Jordan. To już w ogóle trudno sobie wyobrazić, ale przecież każdy z nas był kiedyś młody... (albo wciąż jest)