Saturday, February 25, 2012

4 z 1: The KLF

Do większości wpisów wcześniej się przygotowuję, ale czasami chęć napisania o czymś napada mnie zupełnie znienacka. Tak było z tym postem, bo też mówi on o zespole, który...lubi znienacka napadać na ludzi :) Najczęściej krzycząc: "KLF is gonna ROCK YOU!" albo "Ancients of MU-MU!" (założę się, że gdyby byli w Polsce lepiej znani, piarowcy Łaciatego by to jakoś wykorzystali :)

Historia The KLF - jedynego wartego uwagi brytyjskiego zespołu początku lat 90. według Chrisa Lowe'a z Pet Shop Boys i wykonawcy, który sprzedał najwięcej singli na świecie w 1991, czyli roku, o którego roli w historii muzyki lubi mówić Marek Niedźwiecki (oraz wielu fanów U2, Metallicki, Guns N'Roses, Bryana Adamsa, Scorpions, Europe :) etc.)- to właściwie jeden wielki skandal, a przynajmniej happening. Czytając ich biografię ma się wrażenie, że gdyby mieli oficjalną stronę domową, byłaby to chyba jedyna witryna świata, która mogłaby czuć się całkowicie pewna oszczędzenia przez Anonimowych :) A może to oni nimi są?
-jeżeli nazwa tej formacji cokolwiek oznacza, jest to skrót od "Front Wyzwolenia Kentucky",
-jej pierwszą nazwę: The Justified & Ancients of Mu-Mu (akronim: The JAMs) zainspirowały książki o złowieszczych Illuminatach, czytane przez jej członków Billa Drummonda (m.in. menedżer Echo & The Bunnymen oraz The Teardrop Explodes) i Jimmy'ego Cauty'ego, w latach świetności znanych jako King Boy D i Rockman Rock.
-w swoich utworach samplowali kogo popadnie (od The Beatles do Samanthy Fox). Oczywiście nielegalnie (co akurat w Wielkiej Brytanii drugiej połowy lat 80. było powszechne). Kiedy poszukiwania muzyków ABBY w Szwecji w celu uzyskania zgody na wykorzystanie fragmentów Dancing Queen spełzły na niczym, pozbyli się wiezionych ze sobą kopii albumu 1987 (What The Fuck Is Going On?) paląc je i zrzucając przez burtę promu do Morza Północnego,
-kiedy w 1988 r. udało im się pod pseudonimem The Timelords umieścić na szczycie brytyjskiej listy przebojów inspirowany serialem Doktor Who i glam rockiem singiel Doctorin' the Tardis (zmianę nazwy podyktował im ponoć...gadający policyjny Ford Galaxy), wydali poradnik z instrukcją, jak powtórzyć ich osiągnięcie (lojalnie zaznaczyli, że przy zaistnieniu pewnych sprzyjających okoliczności). Do tej pory nie miałem czasu zapoznać się z nim w całości, ale na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie pasjonującej i wciąż aktualnej lektury :)
-wraz z kapelą Extreme Noise Terror "uświetnili" ceremonię rozdania Brit Awards 12 lutego 1992 r. (okrągła rocznica, haha :) Podczas wykonywania przeboju 3 a.m. Eternal palący papierosa i ubrany w kilt Drummond strzelał w widownię ślepakami z karabinu maszynowego. Po występie menedżer KLF obwieścił emeryturę swoich podopiecznych, którzy zdążyli jeszcze podrzucić na afterparty zdechłą owcę przepasaną szarfą z napisem "Umarłam za was. Smacznego". Przed kąpielą w jej krwi uchronił gości jedynie weganizm muzyków ENT oraz groźba procesu z BBC...
-14 maja 1992 r. The KLF obwieścili, że powrócą do grania, kiedy na świecie zapanuje pokój, a tymczasem...zadecydowali o wycofaniu swojej dyskografii z katalogu macierzystej wytwórni the KLF Communications. Nikt nie potraktował tej deklaracji poważnie, jednak od tej pory Drummond i Cauty weszli do studia tylko kilka razy, ukrywając się pod innymi pseudonimami. (O dziwo, prawdopodobnie żaden z nich nie był Panem Blobbym.)

Ktoś sceptyczny mógłby zauważyć, że na takie pomysły po kilku piwach wpadłby i Big Cyc. Sęk w tym, że Mu-Mu sami utrudnili zaprowadzenie spokoju w świecie, ponieważ od czasu ich przejścia na emeryturę melomani kłócą się, czy muzyka zeszła na psy, PONIEWAŻ odeszli, czy też to oni sprowadzili ją na manowce. Nie ulega wątpliwości, że ich ekstrawagancje i talent do manipulowania mediami pomógł w popularyzacji wszelkich gatunków wykorzystujących sampling i rap (nazywa się ich "ojcami house'u stadionowego" i uważa za jednych z pionierów mash-upu), mają więc swoją cegiełkę w obecnym kształcie sceny muzycznej. Na pewno można ich winić za pojawienie się często ich samplującego zespołu Scooter (a pomyśleć, że w czasach Timelords tworzyli oni niezbyt ciekawy, ale dość niewinny depeszopodobny twór Celebrate The Nun...). Ponoć ostatnia litera w nazwie grupy EMF stanowi hołd dla KLF. Trzeba też podkreślić, że nie bali się współpracy z artystami reprezentującymi mniej "modernistyczne" style. W promocji Tardisa pomagał im nieskażony jeszcze wtedy zarzutami pedofilii Gary Glitter, w America (What Time Is Love?) wspomagał obecny lider Black Country Communion Glenn Hughes (wcześniej m.in. w Deep Purple i Black Sabbath), zaś w Justified & Ancient - nieżyjąca już gwiazda country Tammy Wynette.

Zresztą...czniać wszystkie konteksty...tworzyli świetną imprezową muzykę i tyle! :)







Jednak ich moim ulubionym utworem pozostaje kompozycja, która miała znaleźć się na soundtracku do niezrealizowanego z braku funduszy filmu White Room - wyśmienita parodia brzmienia Stock-Aitken-Waterman i fascynacji serialem "Sąsiedzi". Nie mógłbym przejść obojętnie obok piosenki mówiącej o Australii i TORBACZU :))



Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale wydaje się, że rok 2012, kiedy tylu ludzi nosi maski na twarzach, sieje anarchię i oddaje się mętnym wywrotowym ideologiom typu paczaizm, to dobry moment na comeback KLF. Może dzięki niemu świat nie nabrałby sensu, ale na pewno byłby weselszy :) ALL BOUND FOR MU-MU LAND!

Tuesday, February 21, 2012

Recenzja: Jamie Woon "Mirrorwriting", czyli nocne powietrze


Ach, żebyście to widzieli...

Mam na myśli czerwcową korespondencję między mną a Muzyko(b)logerem na temat bohatera dzisiejszego odcinka. Kiedy sięgnąłem po pierwszą z brzegu piosenkę tak zachwalanego przez niego artysty, zacząłem oskarżać mojego kolegę o...zniewieściałość. Zresztą sami posłuchajcie i oceńcie, czy nie podpada ona pod kategorię określaną przez Marka Niedźwieckiego jako "kminek dla dziewczynek?"



Brakuje tylko paru sugestywnych "c'mon, girl", co? ;) 

"Problem" polega na tym, że to tylko jedna z co najmniej kilkunastu piosenek, dzięki którym Jamie Woon, kończący 29 marca 29 lat Londyńczyk o malezyjskochińsko-irlandzko-szkockich korzeniach, dał się poznać światu. Gdy posłucha się ich wszystkich, najlepiej w jednym ciągu, pierwsze, co chce się powiedzieć, to: "Chłopak ma kawał głosu i wielki talent", a zaraz potem: "R'n'B niejedno ma imię".

Muzyko(b)loger w swojej recenzji wspominał, że Mirrorwriting nie spełniła nadziei niektórych recenzentów. Trudno mi się ustosunkować do tych zarzutów, ponieważ odbieram próbki wcześniejszych dokonań Woona, jakie słyszałem (singiel Robots i utwór tytułowy z epki Wayfaring Stranger, skądinąd cover dziewiętnastowiecznej amerykańskiej pieśni ludowej - obydwa z 2007) jako muzykę dla konesera, a przynajmniej kogoś, kto potrzebuje natychmiastowego głębokiego wyciszenia i relaksu. W moje gusta całkowicie trafia sama debiutancka płyta tego wokalisty, która ukazała się 18 kwietnia 2011 roku.

I to trafia na rozmaite sposoby, ponieważ nie jest to tak futurystyczne dzieło, jak można byłoby wywnioskować po pierwszych (wyśmienitych) trackach, które mogłyby pretendować do miana idealnego soundtracku współczesnego (przede wszystkim nocnego) miejskiego życia. Woon dobrze sprawdza się nie tylko w otoczeniu wysmakowanej elektroniki, śpiewając do łamanych rytmów (do wielbicieli sloganów: tak, jest trochę dubstepu, ale podanego na tyle dyskretnie, że nie odstręczy laika), lecz również w bardziej tradycyjnych, akustycznych aranżacjach (Spiral, Waterfront). A jakkolwiek buńczucznie to zabrzmi, Gravity i pod względem wokalnym, i kompozycyjnym mogłoby iść w konkury z wieloma szlagierami z przeszłości, nawet tej bardzo odległej "croonerskiej".



Wciąż bardzo żałuję, że nie mogłem umieścić żadnej z tych wyśmienitych piosenek, którymi zachwyciliśmy się razem z Muzyko(b)logerem, w swoim rankingu ulubionych singli 2011. Night Air (wydane na małym krążku w 2010), Shoulda, Street, a przede wszystkim iście hymnowe Spirits nie miałyby problemów ze zmieszczeniem się w czołówce.





Mogłoby się wydawać, że na razie świat nie do końca poznał się na talencie z Wielkiej Brytanii. Do czwartego miejsca w plebiscycie BBC Sound of 2011, 15 miejsca na rodzimej liście sprzedaży albumów, pewnych sukcesów w notowaniach belgijskich, duńskich i norweskich, niedawno doszła coraz wyższa pozycja Shoulda w pierwszej setce Airplay w...Rumunii (w tym tygodniu piosenka wskoczyła na najniższy stopień podium). Przypomnę, że nie tak dawno na szczycie tego zestawienia znajdowała się Lykke Li z I Follow Rivers. Czasem warto wyróżniać się w dance'owym tłumie ;) (Dla nas oczywiście odpowiednikiem Jamiego na mainstreamowych playlistach jest Aloe Blacc).


Sukcesy na listach (albo ich brak) to jednak tylko jedna strona medalu. Druga jest taka, że coraz więcej artystów (choćby The Weeknd czy Frank Ocean) z dobrymi rezultatami próbuje łączyć szacowny, ale ostatnio nieco podupadły z powodu eksplozji prostackiego, jak to nazywam, afro-house'u (Guetta, RedOne itp.) gatunek, jakim jest R'n'B z najnowszymi trendami indie i electro. Dlatego wydaje mi się, że tzw. czarne brzmienia jeszcze nie raz zagoszczą w tym roku na tym blogu, zaś Jamie może stać się jednym z najbardziej wpływowych artystów tej dekady. Oby jak najprędzej doczekał się należnego mu uznania! Bo przynajmniej moim znaniem przepis na idealnego wokalistę drugiej dekady XXI wieku to połączenie Jamiego Woona z Willem Youngiem (o ile utrzyma obecną zwyżkę formy).

W ten sposób dotarliśmy do końca, mam nadzieję interesującego dla Was, podsumowania roku 2011 w muzyce. W tym momencie blog ma przed sobą dwie drogi: albo skupić się na ocenie aktualności, albo cofnąć się we wspomnieniach do roku 2010, 2009 i jeszcze dalej. W nadchodzących tygodniach postaram się Wam udowodnić, że wbrew prawom fizyki można jednocześnie podążać obydwoma ;)

Friday, February 17, 2012

Recenzja: The Sound of Arrows - "Voyage", czyli najdłuższy sen

Ferie, jak to ferie, rozleniwiają. Do tego w moim życiu zawodowym ostatnio sporo się działo (częściowo w związku z muzyką - mam nadzieję, że niedługo będę mógł opowiedzieć o tym coś więcej), stąd parodniowa cisza na blogu. Jednak wreszcie zorientowałem się, że karnawał mija, a co za tym idzie planowany przeze mnie wpis powoli staje się bezprzedmiotowy. Trzeba było więc zadziałać ;)

Dzisiaj chciałem napisać o istniejącym od 2006 r. duecie ze szwedzkiego miasta Gävle (Stefan Storm - wokalista, Oskar Gullstrand - klawisze). Na razie opublikowali dwie epki (Danger! - 2008, M.A.G.I.C. - 2009), kilka singli oraz płytę Voyage (2011). Dowiedziałem się o nich dzięki Twitterowemu kontu portalu Scandipop. Podkreślam, że dowiedziałem się, w odróżnieniu od "zainteresowałem się", ponieważ zdecydowałem się na śledzenie go spodziewając się wieści o takich wykonawcach, jak Kent, Mew czy Saybia, nie zaś setek (moim zdaniem niezasłużonych) komplementów pod adresem niejakiego Erica Saade (domyśliłem się, że prawdopodobnie konto prowadzi  homoseksualista, który nie zawsze kieruje się w swoich ocenach muzyków aspektami czysto artystycznymi). Dlatego chwalenie tam "strzałek" nie robiło na mnie większego wrażenia, a ich muzyki postanowiłem spróbować dopiero, kiedy odnośnik do niej znalazłem na bardziej przeze mnie cenionym blogu Romantic Synthesis (swoją drogą Artur nieźle nastraszył mnie zapowiadając rezygnację z blogowania po Nowym Roku, tymczasem na jego stronie aż huczy od newsów :) Natura ciągnie wilka do lasu?).

No i okazało się, że piosenka pt. Wonders stanowi jeden z najmocniejszych elementów i tak niesamowicie mocnej zaserwowanej przez Artura playlisty! Słuchając kompozycji tak pełnych jednocześnie patosu (aranżacja, klawisze) i słodyczy (wokal) na usta ciśnie się popularne w języku angielskim określenie "guilty pleasure", jednak nie ma możliwości, aby takiemu fanu Pet Shop Boys, jak ja "cuda" nie przypadły do gustu. To samo można powiedzieć o bardziej zbliżonym do aktualnych trendów w muzyce pop nieco wcześniejszym singlu Nova. A początek kompozycji My Shadow ze wszystkich, których wysłuchałem przygotowując podsumowanie roku, przypomina...disco polo! Na szczęście potem piosenka dryfuje w przyjemniejsze klimaty...





Czyżbyśmy więc mieli do czynienia ze szwedzkim Erasure XXI wieku (puszczam w tej chwili także oko do stylistyki teledysków, które, jak widać, w dość specyficzny sposób prezentują młodych mężczyzn ;)? Gdyby tak było, pewnie wolałbym Wam zaserwować opowiastkę o Bellu i Clarke'u. Skandynawowie to jednak nie tylko kandydaci na władców parkietów (choć pozycję w światku remikserów mają już mniej więcej taką jak wspominany przeze mnie Frankmusik. Co ciekawe, podobnie jak Anglik, obrabiali muzykę nieszczęsnej Natalii Kills). Voyage stanowi swoiste dopełnienie najbardziej rozmarzonych płyt 2011 z mojego zakątka muzycznej galaktyki, które wyszły z warsztatu Washed Out i Shine 2009. Rozmarzenie The Sound of Arrows jest bardzo ejtisowe, przypomina o takich gigantach elektroniki jak Jean-Michel Jarre czy Vangelis. Ale żebyśmy od tych wszystkich "chmur" i "najdłuższych snów" nomen-omen nie zasnęli, w kilku miejscach daje o sobie znać szwedzki rodowód muzyków w postaci rytmów rodem z repertuaru...Ace of Base. Wydawałoby się, że nic nie byłoby mnie w stanie bardziej wyprowadzić z równowagi, niż chór dziecięcy skandujący tytuł piosenki w rytmie niby-reggae, jednak o dziwo to połączenie działa całkiem nieźle. Na tym zresztą "dziecinność" tego albumu się nie kończy - pierwsze dźwięki na nim to wręcz melodia z serialu "Z mchu i paproci"!




Na podobnym patencie oparta jest mrocznawa propozycja Ruins of Rome. Praktycznie każda z piosenek na tym albumie w jakiś sposób pozytywnie się wyróżnia i coś mi mówi, że ci panowie mają jeszcze kilka intrygujących niewykorzystanych pomysłów w zanadrzu...





Co jeszcze się ciekawego u mnie ostatnio działo? M.in. z dużą radością zauważyłem, że bohater wpisu, który opublikuję po weekendzie, zdobył ostatnio sporą popularność w... Rumunii (szkoda, że nie w Polsce...) Z chyba jeszcze większą radością obserwowałem wzrost popularności niektórych postów związany z polskimi koncertami M83, Friendly Fires i Foster the People :) Nie byłem też w stanie oprzeć się gigantycznej machinie promocyjnej bombardującej Internet plotkami, klipami i zdjęciami pani Lany Del Grant w szortach i sukience ;), a nawet wpadło mi do głowy trochę przemyśleń w związku z jej muzyką, którymi pewnie też niedługo się z Wami podzielę :) A na razie bawcie się dobrze w ten weekend.

Sunday, February 12, 2012

Dzień taki jak ten...

Taki dzień, że nie bardzo chce się o czymkolwiek pisać. Fani muzyki pop, a szczególnie R'n'B, mają prawo powiedzieć jak Franciszek Józef przed wiekiem: Niczego nam nie oszczędzono. Nie jestem w stanie ująć tej żałoby tak, jak pamięci o Freddym i G.C., więc dzisiaj pozwolę się wypowiedzieć innym

RIP Whitney, I Will Always Love You & Your music [*]

(kolega - fan Whitney; pewnie takich wpisów powstały dziś tysiące...)

It's a tragedy. Whitney Houston was the greatest singer I've ever heard and she will be truly missed.
(Oczywiście tak napisać mógł każdy, ale jeżeli robi to taka instytucja amerykańskiej piosenki jak Tony Bennett, komentarz wydaje się zbyteczny.)




(Ile już raz ta piosenka emocjonalnie mnie ratowała...)




Od dłuższego czasu miałem trochę inny pomysł na dzisiejszy wpis. Chciałem Wam zadać pewną zagadkę. Czy wiecie może, co łączy wykonawców poniższych piosenek? ;)










(P)odpowiedzi nie będzie. Kto zgadnie, ten zgadnie ;)

Tuesday, February 7, 2012

Recenzja 2 w 1: Patrick Wolf i Wolf Gang, czyli kawaler i ludzie króla

Zanim przejdę do właściwej treści posta, chciałbym podzielić się z Wami pewną radą, a jednocześnie złożyć małą(?) samokrytykę. Drodzy Czytelnicy, może zabrzmi to banalnie, ale jeżeli rozmawiacie z kimś o muzyce, naprawdę warto być szczerym. Jeżeli będziecie się z kimś zgadzali tylko dlatego, żeby nie tracić jego sympatii, na dłuższą metę nie będziecie się z tym dobrze czuli, tym bardziej, że nic Wam nie gwarantuje, że Wasz szacunek dla cudzych idoli będzie odwzajemniany. Dzisiaj przekonałem się o tym w pewnym miejscu (jeżeli czytają to jadis i konwicki, pewnie domyślają się w którym ;) Naprawdę, jeżeli Wasi koledzy nie podzielają Waszych gustów (a przywiązujecie do tego znaczenie), lepiej poszukać sobie innych. Gdzieś muszą być.

Po dzisiejszej nauczce postanowiłem być bardziej szczerym i dosadnym blogerem, nawet gdybym miał się komuś narazić (a wbrew pozorom bywam czasem dziki ;) Do tej pory niestety nie do końca tak było, ponieważ wyszedłem z założenia, że blog powinien być przede wszystkim urozmaicony, ale chyba przesadziłem. Najpopularniejszy wpis (o pewnym hardrockowym zespole z gadem w nazwie;) napisałem totalnie pod publiczkę, a "grupa docelowa" nawet mi za niego nie podziękowała :( Najchętniej bym go usunął, bo tak naprawdę nie chcę propagować tu muzyki w tym stylu, nawet kosztem oskarżeń o "pedalskość", "brak szacunku dla klasyki" (czy w porównaniu z takim Led Zeppelin czy Sinatrą to jest zresztą klasyka?) i "britpopową dupowatość", ale był już cytowany w innym poście i na jednej podstronie, więc niech sobie wisi. Fanów tego zespołu i tak nie przekonam, żeby urozmaicili "muzyczną dietę", a inni może odkryją w nim coś, czego ja nie widzę (albo potraktują moją pisaninę na zasadzie literatury absurdu ;) 

Zresztą czasami stosunek do czyjejś muzyki może zmienić się bez żadnego wpływu osób trzecich. Np. pewnie pamiętacie moją pozytywną recenzję ostatniej płyty Coldplay. Znudziła mi się ona błyskawicznie i teraz wszystkie pochwały pod jej adresem mnie wręcz drażnią. Apeluję też do osób, które zaczynają przygodę z moim blogiem, żeby nie brały całkowicie na serio wpisu o Falco. Mam świadomość, że część piosenek, które w nim omawiałem, jest średnia, ale w tym wypadku zaważyły pewne miłe wspomnienia związane z kursem języka niemieckiego ;) Dwa posty "rocznicowe" też powstały trochę na zasadzie owczego pędu (nadmiar siedzenia na Facebooku się kłania :/), chociaż ich treść była szczera. Co do pozostałych wpisów możecie być pewni, że powstały z potrzeby serca.

Na co konkretnie przełoży się polityka "głasnosti"? Na pewno na dwie rzeczy. Po pierwsze, będę rzadziej obiecywał, że "o tym na pewno napiszę", bo spontan jest najlepszy :) Po drugie, będzie to w mniejszym stopniu niż zakładałem "retroblog". Moja sympatia muzyki do lat 80. zrodziła się mniej z potrzeb estetycznych, a bardziej z potrzeby porozmawiania z kimkolwiek o czymkolwiek, a kiedy odkryłem w tym okresie coś, co naprawdę mi się spodobało, niestety nie był to ani Whitesnake, ani Gary Moore, ani Kim Wilde, ani Sandra (chociaż dyskografię tej pani znam piąte przez dziesiąte, może kiedyś nabiorę ochoty na więcej), ale paru, jak by powiedział MUZYKO(B)LOGER "dupnych wykonawców", o których nikt nie chciał ze mną rozmawiać, bo już miał swoich idoli, za którymi poszedłby w ogień. Mam nadzieję, że trochę Was zaintrygowałem, w swoim czasie dowiecie się, o kim mówię ;)
***

Dobra, tyle obietnic i rozliczeń, możemy przejść do rzeczy :) Dzisiaj chciałem napisać o ostatnich dokonaniach dwojga wykonawców, którzy mają ze sobą nieco wspólnego - wywodzą się z Londynu, występują pod podobnie brzmiącymi szyldami, a na ich zeszłorocznych płytach słychać ślady inspiracji muzyką lat 80. (choć nie tylko). Pewnym podobieństwem jest też to, że Patrick Denis Apps aka Patrick Wolf (urodzony 30 czerwca 1983 w południowym Londynie) jest homoseksualistą (w bieżącym roku ma sformalizować związek ze swoim partnerem), zaś teledyski Wolf Gang w ostatnich miesiącach zostały zasypane na YouTube licznymi homofobicznymi komentarzami, które, o ile zrozumiałem, wynikały z tego, że ktoś popełnił tzw. spuneryzm i wydawało mu się, że trafił na stronę poświęconą książce Golf Wang sygnowanej przez Odd Future. Jak widać, umysłowość internetowego trolla to prawdziwa puszcza dziewicza.

Podstawowa różnica między tymi artystami jest taka, że przy Wolf Gang Patrick Wolf to prawdziwy wyjadacz z pięcioma albumami na koncie (Lycanthropy - 2003, Wind in the Wires - 2005, The Magic Position - 2007, The Bachelor - 2009, Lupercalia - 2011), udzielał się też jako altowiolista na albumach m.in. Arcade Fire i CocoRosie, a przed rozpoczęciem kariery solowej kierował alternatywnym zespołem Maison Crimineaux. "Wilcza banda" to w teorii debiutanci, chociaż członkowie tej ekipy zbierali wcześniej doświadczenie w innych, trochę już zapomnianych indierockowych projektach - perkusista Lasse Petersen w The Rakes, zaś gitarzysta Gavin Slater w Ghosts. Najmłodszy stażem z tej trójki jest wokalista i spiritus movens przedsięwzięcia Max McElligott, który dla kariery muzycznej poświęcił dyplomatyczną i studia z dziedziny antropologii społecznej na prestiżowej London School of Economics.

Czy słusznie? Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie przyniesie dopiero kolejny album. Suego Faults (nazwa miejsca, które przyśniło się Maxowi) nieco się dłuży, tym bardziej, że gros kompozycji przywodzi na myśl The Beatles przefiltrowanych przez estetykę Eltona Johna (dobrym przykładem jest utwór tytułowy). Słychać też nawiązania do innych dźwięków z przeszłości: The Police (Breaks in Paris), indie lat 80. (Lions in Cages), a Nightflying to prawie że nowa odsłona The Heat Is On Glenna Freya! Końcowe Pieces of You zalatuje wręcz bluesem. Przyznam szczerze, że słysząc w 2010 pierwszą (bardziej 80sową) wersję The King and All of His Men (teledysk też wydawał mi się bardziej klimatyczny, ale już go chyba wykasowano), oczywiście w Radiu Roxy, spodziewałem się większej liczby "petard", a mniejszej dawki fortepianowego smędzenia. Udzielam chłopakom kredytu zaufania, jednak obawiam się, że jeżeli ich debiut pod koniec ubiegłego roku ledwo zmieścił się w pierwszej setce brytyjskich notowań, drugi przemknie niezauważony.





(Hubert, było w Plotkarze ;)



***


Nie jestem ekspertem od wczesnej twórczości Patricka Wolfa. Długo wydawała mi się dość trudna w odbiorze. Można się w niej doszukać inspiracji folkiem, piosenką musicalową i kabaretową (przynajmniej tak mi się wydaje). Recenzję przedostatniego krążka The Bachelor (i innych ciekawych płyt) możecie przeczytać na blogu Mandusi. Lupercalia zainteresowały mnie ze względu na famę albumu inspirowanego latami 80. Można dyskutować, na ile jest ona zasłużona. Na pewno takie brzmienie posiada najbardziej znany singiel z tej płyty, czyli The City (ten saksofon...) oraz The Falcons (przypomina mi Dear Jessie Madonny), a w bardziej klubowym wydaniu - czwarty singiel Together. Większość odsłon tego "święta miłości" ma jednak bardziej pastelowy charakter, czerpiąc z muzyki baroku (co słusznie podkreślił Artur z Romantic Synthesis) i klasycyzmu. Oryginalnymi quasi-orientalnymi zaśpiewami (i uroczym chrapaniem :) wyróżnia się kompozycja Slow Motion.

Wydaje mi się, że temu krążkowi dobrze zrobiłyby zmiany w trackliście, a konkretnie większe wymieszanie dynamicznych i spokojniejszych fragmentów, jednak i tak wydaje mi się, że będzie to jeszcze długo moja ulubiona płyta Wolfa. Jest to artysta tak nieprzewidywalny, że trudno przewidzieć, co trzyma dla nas w zanadrzu...









Z powodów zawodowych nie wiem, kiedy pojawi się kolejny post, ale znowu będzie bardzo karnawałowo.

Friday, February 3, 2012

Historia jednej piosenki: ABBA - "The Day Before You Came", czyli koniec i początek

Jutro urodziny obchodzi moja koleżanka z forum.80s.pl Sylvia, znana też jako Aurinko lub GirlFromLebanon. Od ok. sześciu lat w miarę regularnie korespondujemy na różne tematy muzyczne. Gdyby nie ona, nie byłoby na tym blogu wpisów o Europe i Mew oraz kilku innych, które ukażą się na nim w przyszłości. Sylvia jest bardzo fajną dyskutantką, chociaż jak każdy ma też swoje małe dziwactwa, np. jeszcze nigdy nie skomentowała żadnego mojego tekstu bezpośrednio na blogu, za to robi to bardzo wylewnie na profilu FB :) Jej najbardziej rozpoznawalną cechą jest entuzjazm, z którym opisuje swoje ulubione piosenki i płyty. Można powiedzieć, że o ile inni chwalą swoich faworytów, Sylvia się nad nimi rozpływa :) Całe ciągi pozytywnie nacechowanych przymiotników, które tworzy w takich sytuacjach nieodmiennie budzą mój podziw :)

Dzisiaj chciałem napisać kilka słów na temat kawałka, nad którym Sylvia rozpływa się przy każdej nadarzającej się okazji i ma ku temu powody :) Myślę tutaj o ostatnim (przynajmniej według biorącego udział w sesji dźwiękowca Michaela Tretowa) utworze nagranym przez sławną ABBĘ, czyli The Day Before You Came.

W założeniu miał on trafić na nowy album legendarnej grupy, jednak nigdy on nie powstał. Słuchając tej próbki bardzo tego żałuję, ponieważ tworząc w takim stylu i na tym poziomie ABBA śmiało poradziłaby sobie z naporem gwiazd nowej fali. Sugerował to już ich ostatni studyjny krążek The Visitors z 1981 (dla laików - ten z One of Us), a szczególnie utwór tytułowy, nawiązujący w warstwie tekstowej do stanu wojennego w Polsce. Jednak moim ulubionym nagraniem z "Gości" pozostaje przezabawne Two for the Price of One. Tego po prostu trzeba posłuchać, żeby uwierzyć!

Dalszego ciągu wspólnej przygody jednak nie było, na co niebagatelny wpływ miały rozwody w zespole. Dyskografię zamknęła (na jakiś czas) składanka The Singles: The First Ten Years, na której znalazły się jako bonusy utwór-bohater tego odcinka i miłe dla ucha (a dzięki wokalistkom także oka :) Under Attack. Członkowie zespołu, który już w trakcie ostatnich sesji przymierzali się do solowych nagrań, rozeszli się w swoje strony, co zaowocowało przynajmniej dwoma wielkimi hitami lat 80.: One Night in Bangkok Murraya Heada z musicalu "Szachy" autorstwa pary Andersson-Ulvaeus oraz I Know There's Something Going On Fridy (Phil Collins za perkusją!).

Przez dłuższy czas nie bardzo rozumiałem zachwyty Sylvii nad tą piosenką. Ot, leci niemrawy podkład, a na jego tle Agnetha Faeltskog (dla laików - blondyna) opisuje rozkład dnia pracownicy biurowej, dodając na końcu każdej zwrotki, że tak wyglądał "dzień zanim przybyłeś". Można więc wywnioskować, że bohaterka utworu zwraca się do mężczyzny swojego życia, na którego pojawienie się nie miała większej nadziei. Oczywiście Sylvia zawsze podkreślała, że przemawiają do niej emocje w głosie Agnethy, ale powiedzmy sobie szczerze, czy kiedykolwiek ta wokalistka zaśpiewała coś beznamiętnie? Dlaczego więc zmieniłem zdania i dzisiaj uważam, że ten utwór jest świetny i godny wpisu na tym blogu?

Po pierwsze, uświadomiłem sobie, że jego tekst nie tylko dyskretnie opisuje stan ducha pewnej osoby w pewnym momencie, ale też stanowi kapitalny obrazek obyczajowy z życia Europy przełomu lat 70. i 80. Skończyły się już przecież czasy, kiedy w pomieszczeniach biurowych bezkarnie paliło się papierosy, minęła moda na Dallas (pamiętajmy, że bohaterka miała do wyboru znacznie mniej kanałów telewizyjnych do dyspozycji niż my), ucichły też kontrowersje wokół linijki "wszyscy mężczyźni to gwałciciele", którą można znaleźć w powieści Pokój kobiet wymienionej w tekście Marilyn French. Można też wywnioskować, że już wtedy w Europie Zachodniej na obiad chodziło się "do Chińczyka" :)

Po drugie, dotarło do mnie, że dla każdego pasjonata muzyki lat 80. (a sam się do nich zaliczam) aranżacja nie jest wcale niemrawa, lecz bardzo stylowa i świetnie buduje napięcie. Po trzecie wreszcie...sam przeżyłem podobną historię. Zbieżność z urodzinami Sylvii jest zupełnie przypadkowa (z ostatnim szumem wokół ABBY zresztą też), ale niemal dokładnie rok wcześniej w biurze, w którym wtedy pracowałem, pojawiła się pewna osoba. Nie przeżywałem "dnia przed jej nadejściem" tak jak Agnetha, bardziej przejęty powitaniem nowej podwładnej był mój ówczesny szef, jednak koniec końców ta osoba mocno zmieniła moje spojrzenie na świat, kobiety, samego siebie, muzykę i...szynszyle :) I bardzo lubiła ABBĘ :) Jeśli zaciekawił Was ten temat, poświęcę jej jeszcze kilka słów, kiedy nadejdzie Dzień Kobiet (oczywiście tylko w zakresie zainteresowań tego bloga :P).

Do The Day Before You Came powstał też ciekawy teledysk - trochę aktorstwa, trochę subtelnej erotyki, trochę pięknych, choć industrialnych pejzaży i przejmujące ujęcia członków zespołu. Nawet ktoś, kto minutę wcześniej spadł z Marsa, patrząc na te twarze, odgadłby, że to już jest Koniec. Choć dla Agnethy nie był to koniec. Nagrała jeszcze kilka płyt, nawet jedną w 2004, na którym z właściwą jej charyzmą apeluje, by jej nie dotykać, co bardzo ujęło Sylvię...i mnie ;)



Bonus 1: strona B singla - utwór pt. Cassandra



Bonus 2: Nagrana w 1984 nie wiadomo do końca po co wersja brytyjskiego synth-popowego duetu Hurt..., wróć - Blancmange. Większych różnic poza męskim wokalem nie ma, jeżeli ktoś nie ma czasu, może sobie darować. Tekst nieco zmieniono, zamieniając Marilyn French na Barbarę Cartland.



Morał na dziś: a-ha nie byli pierwszym skandynawskim zespołem, który zakończył karierę będąc na szczycie :)

PS. A tak w ogóle, to wydaje mi się, że "ten, który nadszedł dzień później" po prostu tą panią utrupił i dlatego ta piosenka jest taka smutna - bo śpiewa ją duch :P

Wednesday, February 1, 2012

4 z 1: Frankmusik

A niechaj naród wżdy postronny zna, że PGTB nie VH1 i własne działy ma! Zmieniamy 3 z 1 na 4 z 1!

Dzisiaj kolejna propozycja na karnawał i - tak jak zapowiadałem - kolejny wykonawca na literę F. To już jakaś klątwa - dzisiaj zauroczył mnie następny, ale na razie o tym cisza, zobaczymy jak ta sprawa się rozwinie :) Frankmusik to przyjęty na cześć dziadka pseudonim urodzonego 9 X 1985 r. w londyńskim Croydon Vincenta Jamesa Turnera. Dzięki pomocy szkolnego kolegi pracującego w firmie Island Records, który odnalazł go na MySpace, debiutował w 2007 r. EP-ką Frankisum. Sceniczne szlify zdobywał supportując jedne z moich ulubionych formacji - Keane (co mnie trochę dziwi) i Pet Shop Boys oraz - jak to bywa z wykonawcami dance/electro - na brytyjskich paradach gejowskich. Pierwszy album długogrający pt. Complete Me wydał w 2009 r. Znalazło się na nim wiele wzbogaconych modnymi trickami produkcyjnymi melodyjnych kompozycji, które dzięki jego szorstkiemu falsetowi nabierały niespodziewanego (chyba mimowolnego) dramatyzmu. Trzy z nich prezentuję poniżej. Stworzył też wiele remiksów.

Nie bez kozery wspominam o produkcyjnych sztuczkach, ponieważ mimo, że w 3 Little Words zakochałem się od pierwszego usłyszenia (oczywiście po raz kolejny dzięki Roxy) nie byłem w stanie wyłowić żadnych słów, po których mógłbym zidentyfikować ten kawałek. Na szczęście ponownie odkryłem go w trakcie przypadkowego surfowania po You Tube. Warto pamiętać też o Confusion Girl, który to singiel promował teledysk, w którym wystąpiła niejaka Holly Valance, kiedyś niegrzeczna dziewczyna australijskiego popu :) (kochani, tak kiedyś grała Eska i Radio Plus!)

Niestety, ktoś chyba nagadał Vincentowi, że gdyby normalnie się ściął, byłby całkiem przystojny, a gdyby śpiewał normalnie, zdobyłby więcej fanów. Nie podejmuję się ocenić prawdziwości pierwszej części tego zdania, za to założenie numer 2 ewidentnie okazało się błędem. Nie pomogła nawet współpraca z modnym Far East Movement. Zeszłoroczny album Do It in the AM to znaczny spadek na formy i porażka komercyjna (ani w Wielkiej Brytanii, ani w USA nie otarł się o setkę, 13 miejsce debiutu w ojczyźnie muzyka wydaje się przy tym bajką...) Można najwyżej popatrzeć na uroczą Amerykankę Colette Carr w klipie No I.D. Sytuacji nie polepszyła rola producenta krążka Tomorrow's World Erasure, który przy całej mojej sympatii do synthpopowych weteranów przejdzie do historii chyba tylko jako "ten, na którym Andy Bell użył Auto-Tune", chociaż o ile czytałem był to jakiś inny gadżet.

Na razie trudno ocenić, czy Turner będzie próbował wrócić do korzeni, czy wystarczy mu bycie kumplem Natalii Kills. W każdym razie doszedł do wniosku, że powinien coś zmienić w swoim życiu i 3 stycznia zmienił... pseudonim na Vincent Did It. Oby zrobił jeszcze kiedyś coś dobrego.







Coś dla fanów Uli "Afro" Fryc - hehe.

I jeszcze cover, który na pewno wielu wyda się dziś obrazoburczy, ale Always On My Mind w wersji PSB też na pewno się wydawało.



Ups. Uświadomiłem sobie, że wokalistka śpiewająca piosenkę, o której napiszę następnym razem, nosi nazwisko na F. Pewien angielski wyraz na F po prostu ciśnie się na usta...